Po drugiej stronie lustra, czyli portret Witkacego

rozmowaz z Januszem Deglerem

O teatrze życia Witkacego, jego romansach, figlach, jakie płatał zza grobu badaczom swojej twórczości i odkryciach, których końca nie widać opowiada prof. Janusz Degler*, badacz zajmujący się twórczością artysty, opowiada autor książki "Witkacego portret wielokrotny".

Magda Piekarska: - Kim Witkacy byłby dziś? Wyobraża sobie go Pan na okładkach kolorowych pism czy na kanapie u Kuby Wojewódzkiego w telewizyjnym show? 

Janusz Degler: - Sądzę, że nie chciałby żyć w świecie, w którym najważniejsze dla niego wartości zostały odsunięte na daleki margines lub całkowicie zdegradowane. Z pewnością uznałby, że spełnia się jego wizja społeczeństwa zuniformizowanego, łatwo ulegającego rozmaitym presjom, modom, stadnym zachowaniom i wzorcom narzucanym przez kulturę masową. Ta wizja go przerażała. Obawiał się nie katastrofy czy jakiejś totalnej zagłady, ale szczęśliwej ludzkości, która poprzestanie na zaspokajaniu swoich potrzeb życiowych i nie będzie już odczuwać potrzeby doznawania uczuć wyższych. Nazywał je uczuciami metafizycznymi. Zdolność do ich przeżywania uważał za podstawowy wyróżnik człowieczeństwa. Ludzie przyszłości będą - jak pisał - "pracować, aby jeść, jeść - aby pracować", a ich życie zostanie "zmechanizowane", podporządkowane ustalonemu rytmowi : każdy będzie miał domek, przy domku ogródek, rano będzie szedł do pracy, o tej samej porze wracał, przeczyta gazetę i na koniec dnia obejrzy jakiś głupi film. Pustkę duchową będzie starał się wypełnić miałkimi przyjemnościami, dającymi poczucie szczęścia, choćby zakupami w supermarkecie. Czyż nie jest to wizja społeczeństwa konsumpcyjnego, do którego wytrwale zmierzamy? Gdyby zatem tu się znalazł, to chyba palnąłby sobie w łeb.

A może potraktowałby ten czas jako kolejne wyzwanie?

- Być może jakimś prowokacyjnym zachowaniem próbowałby ostrzec nas, że społeczeństwo doskonale zorganizowane, dla którego celem jest tylko dobrobyt, to właśnie zbydlęcona ludzkość. Na pewno uznałby to za swój obowiązek. W powieści "Pożegnanie jesieni" porównuje rozwój społeczny do pędzącej lokomotywy, ale dodaje, że zadaniem artysty jest zademonstrować swój protest przeciwko tym nieuniknionym procesom, nawet jeśli miałoby to tylko taki skutek, jak wetknięcie patyka w koła rozpędzonej lokomotywy. Pociągu nie zatrzyma, ale sam gest może być dostrzeżony. Prawdopodobnie w jego wykonaniu byłby to gest drastyczny. A jego wymowa byłaby chyba jednoznaczna: "Opamiętajcie się, czy nie widzicie, dokąd zmierzacie?".

A nie sądzi Pan, że pisarz, który jest z jednej strony tytanem pracy twórczej, z drugiej skandalistą, wariatem z Krupówek, z tą swoją dwoistością świetnie by się tu odnalazł, a w dodatku miałby gwarantowany sukces wydawniczy?

- Witkacy był dzieckiem podszyty. Motorem wielu jego działań była chęć zademonstrowania swej indywidualności, ponieważ widział, że w społeczeństwie egalitarnym jest ona zagrożona przez otaczającą zewsząd przeciętność. Wszystko, co mogło ocalić tę indywidualność, było usprawiedliwione. Nieraz za jego ekstrawaganckim zachowaniem kryła się po prostu chęć epatowania tradycyjnej mentalności i obyczajowości mieszczańskiej. Decydował się przyjąć postawę błazna, jeśli uznał, że może to przynieść oczekiwany skutek. Z premedytacją naruszał obowiązujące tabu lub obyczajowe rytuały. Był uradowany, jeśli mógł zaskoczyć otoczenie szokującym zachowaniem. W 1936 roku na Kongresie Filozoficznym pojawił się w jasnym garniturze, w żółto-zielonej koszuli i czerwonym krawacie z dużymi okularami przeciwsłonecznymi. Oczywiście, gdyby żył dzisiaj, byłby wdzięcznym obiektem zainteresowania mediów, a zwłaszcza prasy kolorowej i brukowej.

Wyobraża sobie Pan te tytuły: "Solska zrywa z Witkacym", "Romans z manikiurzystką" czy "Witkacy w piżamie szaleje na Krupówkach"?

- Dodałbym do tego jeszcze: "Fryzjer z brzytwą czyha na Witkacego w Zakopanem". Był na pewno mistrzem prowokacji. Ale kryła się za tym głębsza motywacja, podobna do tej, jaka przyświeca jego bohaterom: zmienić swoje życie w dzieło sztuki. Tworzył wokół siebie teatr, przyjaciołom rozdawał role, spełniał się w nim jako reżyser i najlepszy aktor. Właściwie był to genialny performer. Nie zdziwię się, jeśli ktoś napisze o tym dużą rozprawę. Do rozumienia Witkacego można dobierać różne klucze i każdy dobrze pasuje w zależności od kontekstu politycznego, społecznego czy tego, co się dzieje aktualnie w sztuce. Stąd jego stała obecność w kulturze.

Jeśli traktować jego życie jako dzieło sztuki, to jakie kryteria powinniśmy do niego przyłożyć? Czym było - tragedią z elementami komedii? Groteską?

- Podobnie jak we współczesnej sztuce, mieszają się tu elementy groteski, parodii, autoironii, persyflażu z tonem serio i pełną powagą, a finał jest tragiczny. Teatr życia Witkacego był teatrem szalonym, trochę jak świat jego dramatów, których bohaterowie poruszają się na granicy kabotyństwa, błazenady i farsy, a większość z nich kończy tragicznie. Oni też tworzą teatr z nadzieją, że dzięki rolom, które im przypadły, zagłuszą dręczy ich stan nienasycenia i doznają głębszych przeżyć, właśnie owych uczuć metafizycznych. Ale czeka ich rozczarowanie, bo to jest tylko gra. Cóż pozostaje? Autentyczna jest tylko śmierć - jedynie w tej ostatecznej chwili można wejść w kontakt z Tajemnicą Istnienia i doznać uczuć metafizycznych.

Jego śmierć jest zagadką. Zwykło się ją tłumaczyć kontekstem historycznym - wkroczeniem wojsk radzieckich do Polski 17 września. Ale czy to jedyna przyczyna?

- Na pewno było tych przyczyn kilka. Myśl o samobójstwie towarzyszyła mu od dawna, od lutego1914 r., kiedy jego narzeczona Jadwiga Janczewska popełniła samobójstwo, a on poczuł się współwinny jej śmierci. Wrócił z Australii, aby udziałem w wojnie odkupić swoją winę. Otarł się o śmierć. Przez wiele godzin leżał na polu bitewnym przekonany, że to koniec. To było przeżycie, które pozostawiło niezatarte piętno na jego psychice. Pod koniec życia ten niesłychanie aktywny człowiek zaczął podupadać na zdrowiu. Niespodziewanie zaczął odczuwać lęk wysokości, który uniemożliwił mu trudniejsze wycieczki górskie, będące jego pasją. W listach do żony uskarża się na trapiące go różne dolegliwości, reumatyzm, bóle kolan i pojawiające się stany depresyjne. Przyczyną długiej i głębokiej depresji było zerwanie przez Czesławę Oknińską ich wieloletniego związku w kwietniu 1938 r. Choć po wielu miesiącach Czesia pogodziła się z nim, to jednak - jak zaświadcza żona - nie powrócił już do równowagi psychicznej i stale miał przy sobie fiolkę z weronalem. Na dodatek uwikłał się w romans z 17-letnią Marią Zarotyńską, narzeczoną zakopiańskiego fryzjera. A ponadto na pewno musiała przerażać go myśl, że on - oficer carskiej Lejb-Gwardii - mógłby dostać się do niewoli bolszewickiej. Panicznie bał się tortur. Przejmująco opisał śmierć przed plutonem bolszewickim w zakończeniu "Pożegnania jesieni".

Nie kusi Pana napisanie książki o jego relacjach z kobietami?

- Zacznę od anegdoty. Trzy lata temu, kiedy ukazał się pierwszy tom listów do żony, zadzwoniła do mnie redaktorka jakiegoś kolorowego pisma z Warszawy z pytaniem, czy nie napisałbym artykułu o kobietach Witkacego. Przekonywałem ją, że z chęcią napiszę o teorii Czystej Formy czy dramaturgii, ale usłyszałem, że czytelniczek to nie zainteresuje. Koniec końców zgodziłem się na wywiad. Przyjechała młoda dziennikarka i zadała mi pierwsze pytanie: "Czy Witkacy to był zajebisty maczo?". Nie mogła zrozumieć, dlaczego nie chcę dalej rozmawiać. Jego relacje z kobietami to na pewno pasjonujący temat. Z wyjątkiem Ireny Solskiej, która wtajemniczyła go w arkana sztuki miłosnej, wszystkie kobiety były znacznie od niego młodsze. Tłumaczę to kompleksem Pigmaliona. On je po prostu "lepił", tworzył według własnych wyobrażeń. W 1938 r. pisze do Jadwigi: "Jesteś moim tworem - nie istniałaś, dopóki nie spotkałaś mnie". Na pewno to samo mógłby powiedzieć o Czesi, do której miał zresztą uczucie na poły ojcowskie. Proponował nawet żonie, aby ją adoptowali! Marię Zarotyńską mógł traktować jak córkę, bo była 34 lata młodsza. Wracając do pytania - na pewno nie napiszę książki o jego kobietach, nie dlatego, że było ich tak wiele i że właściwie każdy związek to osobna historia, ale uważam, iż temat wymaga subtelnego pióra kobiecego. Ja się poddaję.

Co one w nim widziały?

Był mężczyzną o wyjątkowej urodzie. Spojrzenie jego stalowych oczu zniewalało kobiety. I, podobnie jak w wypadku Don Juana, nie tyle on je uwodził, co był uwodzony. Uwodziła kobiety jego legenda kochanka pięknych i znanych kobiet. Były nimi Helena Czerwijowska, Zofia Żeleńska - żona Boya, Izabela Czajka-Stachowicz, która stała się prototypem bohaterki "Pożegnania jesieni", podobno Irena Krzywicka. I wiele innych, długo by wymieniać. Niektóre z tych związków były tylko przelotnymi romansami. Inne mocno go angażowały uczuciowo.

Tak było z Marią Zarotyńską, z którą wdał się w romans pod koniec życia, w 1936 roku. Ona miała 17 lat, on 51.

- Piękna dziewczyna. Była manikiurzystką u zakopiańskiego fryzjera Adolfa Pinno. Spodobała się Witkacemu, z wzajemnością. Dla mężczyzny, który przekroczył pięćdziesiątkę musiało być niemałą satysfakcją to, że staremu fryzjerowi odbił młodziutką narzeczoną. Wybuchła awantura. Ona ucieka z Witkacym, potem wraca do fryzjera, znowu z nim zrywa, oszalały z zazdrości Pinno czeka na rywala w Zakopanem, on boi się tam wrócić, wreszcie na scenę wkracza brat dziewczyny, rzeźnik i sytuacja robi się jeszcze bardziej niebezpieczna.

Jak z taniej operetki.

- Tak, ale potem ten romans przestaje być tylko męskim kaprysem. Witkacy zabiera dziewczynę do Warszawy, wynajmuje dla niej mieszkanie, załatwia jakieś kursy, wprowadza na salony, przedstawia swoim przyjaciołom, m.in. profesorowi Tatarkiewiczowi. Myśli o tym, aby zagrała w filmie. Nie ma wątpliwości, że jest to głębokie uczucie, o którym świadczą także jego listy do niej. Można w tym dostrzec podobieństwo do historii starego Don Juana i jego miłości do 13-letniej córki. Sztukę o tym napisał sto lat temu Barbey d\'Aurevilly.

Co się działo z tymi kobietami po wojnie?

- Niemal wszystkie pozostały samotne. Los Jadwigi był tragiczny: nie przyznano jej renty po mężu, chorowała, dziesięć lat tułała się po znajomych i dopiero w 1955 r. dostała mieszkanko w warszawskim MDM-ie. Czesia podczas wojny trafiła do obozów koncentracyjnych, m.in. do Ravensbrück, po wojnie zamieszkała w Zakopanem, potem przeniosła się do Warszawy i pracowała w PAX-ie. Nigdy nie wróciła do pełnej równowagi psychicznej. Manikiurzystka nie wyszła za fryzjera, została starą panną, listy Witkacego i album ze zdjęciami starannie przechowała. Nawet pierwsza miłość Witkacego, Anka Oderfeldówna, z którą ożenek - jako Żydówką - ojciec mu odradzał, pozostała samotna. Związek z Witkacym fatalnie zaważył na ich dalszym życiu.

Która z kobiet była dla niego najważniejsza?

- Bez wątpienia - matka. Witkacy za młodu bardzo przeżył to, że ojciec rozstał się z nią i związał z Marią Dembowską, która wyjechała z nim do Lovrany, wspomagała finansowo i opiekowała się nim do jego śmierci. Witkacy starał się złagodzić ten bolesny uraz synowską miłością i oddaniem. Nieraz ujawniało się to w zabawny sposób. Kiedy wyjeżdżał do Australii i musiał zostawić ją samą, poprosił, żeby wyskoczyła oknem. Dlaczego narażał matkę na przykry upadek? Chciał sprawdzić czy w razie pożaru da sobie radę. Nie zdecydował się zamieszkać z Jadwigą w Warszawie, pozostał przy matce. Jego miłość była odwzajemniona. Matka ani przez chwilę nie wątpiła w jego wielkość jako artysty.

W lutym wchodzi na ekrany "Mistyfikacja", film w reżyserii Jacka Koprowicza, który przekonuje, że Witkacy wcale nie popełnił samobójstwa i żył szczęśliwie w mieszkaniu Czesi jeszcze w latach 60. Słyszał Pan podobne rewelacje?

- Kilka takich fantastycznych opowieści pojawiło się po nieszczęsnym wydarzeniu, jakim było sprowadzenie rzekomych szczątków Witkacego z Ukrainy i uroczyste ich pochowanie w kwietniu 1988 r. na starym cmentarzu w Zakopanem. Wedle jednej wersji Witkacy upozorował samobójstwo, przez Rumunię przedostał się do Australii, gdzie zaopiekował się nim jego przyjaciel Bronisław Malinowski. Tam spokojnie incognito dokończył żywota. Zgłosił się też świadek, który twierdził, że Witkacego nie pochowano na cmentarzu, ale trumnę nocą przewieziono do Ossolineum i tu ukryto. Oczywiście, w tamtych warunkach nikt nie sporządził aktu zgonu. Musimy zatem zaufać świadkom, przede wszystkim Czesławie oraz licznym mieszkańcom wsi Jeziory, zarówno tym, którzy znaleźli ciało Witkacego, jak i tym, którzy uczestniczyli w jego pogrzebie na tamtejszym cmentarzyku prawosławnym. Uważam pomysł reżysera tego filmu za bzdurę. Żeruje on na nieszczęsnym losie Czesi i mąci ludziom w głowach, opowiadając, że Witkacy upozorował samobójstwo, przeżył okupację, potem przez wiele lat żył szczęśliwie z Czesią w jej mieszkanku. A gdy umarł w 1968 roku potajemnie pochowała go na skwerku koło dębu, bo przypominał jej tamten, pod którym mieli popełnić samobójstwo!

Witkacy protestował przeciwko wchodzeniu przez badaczy z butami w życie autora. A pan właśnie tym się zajmuje. Czy rozszerzając pojęcie dzieła sztuki na jego życie nie broni się Pan przed Witkacym?

- Biograf jest nieraz w trudnej sytuacji, poznaje wiele tajemnic, które może nie powinny być ujawnione. Musi to rozstrzygać we własnym sumieniu. Jego jednak podstawowym obowiązkiem jest mówienie prawdy. Nic bardziej nie szkodzi wizerunkowi artysty niż przemilczanie jakichś jego słabości czy wad. Kiedy z Anną Micińską omawialiśmy zasady wydania listów Witkacego do żony, uznaliśmy, że nie mamy prawa ich cenzurować, mimo iż ujawniają niezwykle intymne szczegóły jego życia. Nie miał przed żoną żadnych tajemnic, ponieważ był przekonany, że ona niszczy jego listy. Każdy pisarz bierze pod uwagę, że jego listy mogą zostać kiedyś opublikowane i często podświadomie je cenzuruje. Witkacy na pewno tego nie robił. Dlatego jest to korespondencja wyjątkowa, szczera do bólu, posunięta do granic ekshibicjonizmu.

Witkacy Pana nie prześladuje za zdradzanie tych tajemnic?

- Ostatnio nie doświadczyłem z jego strony żadnych przykrości. Ale do legendy przeszło wydarzenie z roku 1973, kiedy przygotowywałem wydanie pism krytycznych i publicystycznych. Ukradł mi wtedy teczkę, w której miałem odpisy wielu artykułów, mnóstwo notatek do przypisów. Poszedłem z nią do Teatru Kameralnego na otwarcie Festiwalu Sztuk Współczesnych. Dałem teczkę szatniarce, która postawiła ją pod ladę, a płaszcz powiesiła. Po spektaklu dostaję płaszcz i ku swemu przerażeniu słyszę, że teczki nie ma. Kiedy rozległy się końcowe oklaski, z sali wyszedł postawny mężczyzna, poprosił o płaszcz, powiedział: "tam stoi moja teczka", wziął ją i wyszedł. Nogi się pode mną ugięły, bo te materiały to był rezultat wielomiesięcznej pracy w kilku bibliotekach. Przyjaciele przekonywali, że na pewno złodziej zorientował się, że w teczce nie ma nic cennego i gdzieś ją wyrzucił. Chodziliśmy więc przez dwie godziny, szukając we wszystkich okolicznych śmietnikach - bez skutku. Dyrekcja teatru dała ogłoszenie do radia z obietnicą nagrody dla znalazcy - nikt się nie zgłosił. Był to kolejny "szpryngiel" ducha Witkacego. Szatniarka złożyła zeznanie na milicji i jej opis owego mężczyzny bardzo przypominał Witkacego z fotografii z roku 1938 - w staroświeckim płaszczu gabardynowym, wysoki, postawny, z wyraźnie zarysowanym brzuszkiem. Cały on! Innym badaczom też płatał figle. Pierwszą jego ofiarą był Jerzy Timoszewicz, który redagował poświęcony mu numer "Pamiętnika Teatralnego". Akurat 24 lutego 1970 r., w dniu rocznicy urodzin Witkacego, odebrał z drukarni sygnalny egzemplarz i poszedł z nim do domu. Wziął prysznic i obudził się w... szpitalu. Na pytanie, co się stało, konsekwentnie odpowiadał, że Witkiewicz uderzył go w tył głowy. Lekarze uspokajali żonę, że to chwilowy szok spowodowany upadkiem. Annie Micińskiej podpalił mieszkanie, kiedy robiła korektę "622 przypadków Bunga". Bohdana Michalskiego też trzasnął w łeb podczas jazdy samochodem, ale udało mu się zjechać na pobocze. Ale oczywiście największego szpryngla zrobił rządowej ekipie, która pojechała po jego zwłoki i przywiozła młodą Ukrainkę.

Czy po tylu latach jest coś jeszcze do odkrycia w Witkacym?

- Na szczęście czyni nam także miłe niespodzianki. Odnalazła się jego operetka "Panna Tutli-Putli", Anna Micińska dotarła do autorskiego maszynopisu "Niemytych dusz". Raz po raz ujawniają się listy do różnych osób, a także nieznane portrety. Nie tracę nadziei, że jednak odnajdą się rękopisy dwudziestu sztuk, które Jadwiga wraz z rękopisami filozoficznymi schowała w piwnicy w domu przy ulicy Grójeckiej. Przetrwały Powstanie Warszawskie i potem zostały rozgrabione. Najbardziej frapujące jest to, że twórczość Witkacego to jakby studnia bez dna. Ciągle odkrywamy w niej coś nowego. Pojawiają się kolejne interpretacje, na które jego dzieła są wyjątkowo otwarte. Dzięki temu wciąż jest obecny wśród nas, nie daje się zaszufladkować i odstawić na półkę jak szacowny klasyk.

W tytule swojej książki odwołuje się Pan do "Portretu wielokrotnego" Witkacego. Na zdjęciu, zrobionym w kabinie z lustrami, widać cztery jego twarze. Która jest dla Pana najważniejsza?

- Możemy te wizerunki identyfikować: to jest twarz malarza, to dramatopisarza, to powieściopisarza, to filozofa. Ale jest też twarz nieznana, zakryta, bo Witkacy siedzi tyłem do nas i widzimy jego plecy. Najbardziej intrygowała mnie ta twarz niewidoczna. Dlatego drugą cześć mojej książki zatytułowałem "Po drugiej stronie lustra". Szukałem odpowiedzi na pytanie, jakim był człowiekiem. Czy tę odpowiedź znalazłem, rozstrzygną czytelnicy...

* Profesor Janusz Degler, teatrolog, znawca życia i twórczości Witkacego, wykładowca w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Autor licznych publikacji, laureat nagród i wyróżnień, m.in. Gloria Artis z 2006 roku. Jego ostatnia książka "Witkacego portret wielokrotny" zdobyła tytuły: Książki Roku, przyznawany przez miesięcznik "Nowe Książki" i Książki Jesieni, przyznany przez Bibliotekę Raczyńskich.

Magda Piekarska
Gazeta Wyborcza Wrocław
17 marca 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia