Po premierze "Lalki"

"Lalka" - reż: Wojciech Kościelniak - Teatr Muzyczny w Gdyni

Czterdziestodniowy potop pomysłów - do tego jedynie potrafię przyrównać to, co na scenie Teatru Muzycznego wyrabia w swojej musicalowej wersji "Lalki" Prusa Wojciech Kościelniak.

Jest w tym porównaniu miejsce i na podziw, i na wątpliwość. Trudno nie podziwiać reżyserskiej roboty, dzięki której przez trzy godziny (z przerwą na odetchnięcie) możemy się sycić tyloma i to tak fantastycznie odegranymi aktorskimi etiudami, w jakie zmienia się każdy kolejny numer widowiska. Trudno jednak od pewnego momentu nie zacząć się zastanawiać, czy wyładowany tyloma efektami spektakl nie zaczyna gdzieś dryfować. 

Gdy Izabela Łęcka, przebrana za anioła, zaczęła fruwać wysoko nad sceną, w szacie paronastometrowej długości, pomyślałem sobie: zaraz, Prus był pisarzem okresu pozytywizmu czy baroku? A jednak w finale musiałem uznać się za pokonanego. Wątpliwości wątpliwościami, ale "Lalka", której premierę obejrzeliśmy w minioną sobotą, to niecodzienny spektakl. 

Najbardziej zbija w nim z tropu to, jak prowadzeni ręką Kościelniaka poruszają się na scenie aktorzy. Komuś, kto oglądał jego nagrodzoną na ubiegłorocznym Festiwalu Teatrów Muzycznych w Gdyni "Operę za trzy grosze", musi się to skojarzyć z tamtym przedstawieniem. Nie znaczy to jednak, że swój patent Kościelniak mechanicznie przeniósł do "Lalki". Jest w tym dziwacznym z pozoru pomyśle nowy sens. 

W powieści Prusa wieloznaczny tytuł odnoszono zwykle do panny Izabeli Łęckiej, tego "seksualnego potwora", jak się o niej wyraził pewien współczesny polski pisarz. Kobiety równie pociągającej aparycją, co odpychającej swoją wewnętrzną pustką. Oryginalność pomysłu Kościelniaka polega na tym, że lalkami, a właściwie marionetkami, są tu wszyscy. Także Wokulski, wydobywany w pierwszej scenie ze starej skrzyni, jak porzucona lalka. Wszyscy bohaterowie wiszą jak marionetki na zbyt luźnych i poplątanych sznurkach, dlatego właśnie poruszają się czasem tak, jakby ich dotknęła pląsawica. 

Tak, również Wokulski. Bodaj czy nie najoryginalniejsze w gdyńskiej "Lalce" jest pokazanie na nowo tej postaci oraz pary Izabeli i Stacha. Izabela nie jest chyba aż tak zimną i pustą kobietą, skoro po raz pierwszy odwiedzając sklep Wokulskiego, potrafi ogrzać dłońmi lampkę na proscenium. Wokulski to, owszem, ktoś, kto w pościgu za raz zobaczonym ideałem wspina się wciąż wyżej po teatralnej drabince, potem wyłania się spod klapy w podłodze i wspina na kolejny poziom - tak przez cały spektakl, jakby to była gra komputerowa - ale czy w tej wspinaczce obejrzał się kiedykolwiek za siebie, czy zainteresował się ludźmi, którym pomagał? Jest w jego idealizmie coś nieludzkiego. 

Trzeba finałowej katastrofy, czyli podsłuchanej w pociągu rozmowy Łęckiej i Starskiego, a potem samobójczej próby, żeby się Stach Wokulski zatrzymał w połowie drabinki, prowadzącej do niedosiężnego ideału. Dopiero gdzieś na skrzyżowaniu naszych poziomych i tych wiodących w górę tęsknot leży właściwy sens życia. Puenta, o której nauczyciele będą mogli dyskutować z młodzieżą, po tym jak obejrzą przedstawienie. 

Finałowy song Wokulskiego to świetna, dramatyczna kulminacja całego spektaklu. Pozostawił on jednak we mnie jedną wątpliwość, z którą się noszę do dzisiaj. Czemu grający Wokulskiego Rafał Ostrowski nie dostał takiego numeru do zaśpiewania wcześniej, w pierwszej części? Czemu Zbigniew Sikora, grający Rzeckiego, nie dostał takiego monologu, jaki wygłasza na koniec drugiego aktu? Czemu Renia Gosławska jako Izabela Łęcka tylko w scenach ze Starskim wyzwala się z gorsetu zbyt marmurowej postaci? W pierwszym akcie zabrakło mi tej trójki bohaterów, a na nich przecież zawsze musi się wspierać każde odczytanie powieści Prusa. Wokulski, Łęcka i Rzecki wtopili się w równo grający zespół Teatru Muzycznego. 

Patrzę na listę z obsadą - no tak, musiałbym wymienić praktycznie wszystkich. Nie tylko Andrzeja Śledzia jako najbardziej ze wszystkich rozpląsanego Tomasza Łęckiego, nie 

tylko Tomasza Gregora jako groteskowego i sympatycznego zarazem barona Krzeszowskiego, nie tylko ekspresyjną Dorotę Białkowską jako Marię. Bo przecież są jeszcze Szyc, Bacajewski, duet Meller i Smuk, gościnnie grający Reznikow... Mogę jedynie napisać: siłą zespołu Teatru Muzycznego jest jego zespół. 

Nie mogę za to pominąć nazwiska kompozytora Piotra Dziubka. Nie ma co prawda w partyturze "Lalki" jednego, dającego się potem nucić songu, ale jest nośna muzyka, która stale się zmieniając, zachowuje jeden charakter. 

Stale towarzyszą nam też animacje Damiana Styrny. Czasem wzmacniają efekt przeładowania, ale na ogół funkcjonalnie wpasowują się w całość. 

I już ostatnie nazwisko związane z gdyńską "Lalką". Maciej Korwin, dyrektor Teatru Muzycznego, od jakiegoś czasu kokietuje nas publicznymi wypowiedziami, że on to jest od niepoważnej rozrywki, a od robienia poważnej sztuki teatralnej są inni dyrektorzy i inne teatry. W takim razie publicznie zakładam się z dyrektorem Korwinem, że wspólnie z Wojciechem Kościelniakiem i całym zaangażowanym w to przedsięwzięcie zespołem wyprodukowali spektakl, który okaże się najlepszym przedstawieniem, wprowadzonym na afisz w trójmiejskich teatrach w 2010 roku.

Jarosław Zalesiński
POLSKA Dziennik Bałtycki
2 marca 2010

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia