Po premierze "Procesu" Kafki

"Proces" - reż: Waldemar Śmigasiewicz - Teatr Miejski w Gdyni

"Kiedy słyszę, że morze będzie partnerem, uśmiecham się". Tak mówi większość reżyserów, zaczynając realizować spektakl na Scenie Letniej w Orłowie.

To samo powtarzał Waldemar Śmigasiewicz, który postanowił wystawić "Proces" Kafki na plaży, ze Stefanem Iżyłowskim w roli Józefa K. Tym razem jednak morze rzeczywiście zagrało - nadając spektaklowi wymiar wręcz metafizyczny. 

Zadanie było jednak karkołomne. Labirynt pokoi, które szukając sprawiedliwości, przemierza Józef K., reżyser zastąpił kilkoma krzesłami, stolikiem, piaskownicą, huśtawkami. Główny bohater nie jest także, jak w powieści, 30-latkiem, lecz dojrzałym mężczyzną w sile wieku. To jednak nie jedyne zmiany. Waldemar Śmigasiewicz zrezygnował z wielu wątków, inne skrócił. Nie ma np. "oczu miasta" śledzących Józefa na każdym kroku... Nowy jest także wyjątkowo udany przekład Renaty Derejczyk. 

- Franz Kafka ukrył w "Procesie" świat niezwykły, zarówno w swym komizmie, jak i wymiarze tragicznym. Dzieło to należy interpretować tak, by ocalić w nim dwie sfery - zapewniał reżyser. 

Oglądamy więc pełną absurdalnych sytuacji czarną komedię - bez szczęśliwego końca. 

- Durnie, czego ode mnie chcecie, jestem niewinny, jestem Józef K. - powtarza bohater, skromny urzędnik bankowy zagubiony w obcym mu, wrogim, zbiurokratyzowanym świecie, którego mechanizmu nie może pojąć, w świecie opanowanym przez wszechobecną władzę sądowniczą, gdzie wszystko jest możliwe. 

Stefan Iżyłowski należy do tych aktorów, którzy gdy wychodzą na scenę, robi się wręcz ciasno. W roli Józefa K. jest śmieszny i bezradny, a przecież... niezabawny. Gra mimiką. Zdziwiona twarz nagle się ożywia, unoszą się brwi. Duże ciężkie powieki. Powoli przychodzi zmęczenie, śmiertelne zmęczenie. Ze sceny na scenę Józef K. się kurczy, maleje. Przestaje walczyć, poddaje się. Zmęczenie widać w ruchu ręki, obrocie głowy, wolnym otwieraniu powiek - to ktoś kto już wie, że nie wygra. 

- Całe życie byłem bezbronny. Gdzie jest mój grzech? - pyta Józef K. 

Znakomita rola - nie tylko aktorsko trudna, ale też wyczerpująca fizycznie, bo Stefan Iżyłowski praktycznie przez prawie dwie godziny nie schodzi ze sceny, a właściwie z plaży. Piękne ukoronowanie 50-lecia pracy scenicznej. 

Atutem spektaklu jest znakomite, najwyższej próby aktorstwo wszystkich! Każdy tu stworzył wyrazistą i ciekawą postać. Zapamiętamy m.in. Macieja Sykałę i Bogdana Smagackiego (jako Franciszka i Willema). Kapitalną Dorotę Lulkę - jako wciąż chcącą się kochać Leni, Piotra Michalskiego - jako malarza Titorellego, Rafała Kowala w roli Hulda czy Dariusza Siastacza (Nieobecny) i oczywiście Małgorzatę Talarczyk - lękliwą panią Grubach. 

Przyznaję, nie wszystkie tropy w spektaklu były dla mnie czytelne, a w komediowej otoczce zginął gdzieś jakby tragizm "Procesu", ale jednocześnie tekst nabrał nowych, zaskakujący znaczeń i stał się bardziej czytelny dla publiczności. Daję słowo, że po "Procesie" widzowie gorąco się sprzeczali o absurd w sztuce i aktorskie kreacje.... 

Tylko finał wydał mi się kiczowaty, ale być może się mylę. Jednak "Proces" gorąco polecam. Nie tylko miłośnikom Kafki.

Grażyna Antoniewicz
Dziennik Bałtycki
6 lipca 2009

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia