Po premierze spektaklu Brooka

"11 and 12" - reż: Peter Brook - Instytut im. Jerzego Grotowskiego

Z teatrem Petera Brooka żyję w artystycznej symbiozie od roku 1972, kiedy to powalił mnie na kolana formą przestawienia "Sen nocy letniej" Williama Shakespeare\'a.

Formą, której używają dziś nasi młodzi (młodzi, nie młodzi, bo już tacy młodzi nie są...) artyści teatru myśląc, że odkryli nową Amerykę. Ten schemat trochę przypomina modę mini, która wraca i odchodzi. 

Teatr, jak wszystko, co jest zbiorowym działaniem, różnym pędom i trendom ulega. Tyle że wieloletni przyjaciel Jerzego Grotowskiego dodał wtedy do tej szaleńczej zabawy w udawanie napisanej przez klasyka parę swoich zdań ważnych do dziś, byśmy się w tym udawaniu i chęci imponowania nie zapętlili. Brook, jak każdy mędrzec, porzucił już dawno teatralne gadżety, efekty, efekciki i fajerwerki napędzające rytm przedstawienia, a też budujące wrażenie zaskakujące obrazy. On chce nam coś ważnego powiedzieć w możliwie najprostszy sposób. Prosty nie znaczy prymitywny. A my mamy w polskim (niby młodym) teatrze epokę, jak w polityce "oczywistych oczywistości", która zmierza w stronę totalnej bezmyślności i głupoty.

W sobotę na Scenie na Świebodzkim byliśmy świadkami najnowszej polsko-francusko-brytyjskiej premiery Petera Brooka. Kończący w marcu 85 lat reżyser tylko przez telefon mógł wysłuchać braw, bo zmogła go choroba i do Wrocławia nie dotarł.

Jego spektakl "11 i 12" pokazuje coś, czego większość z nas nie widzi w permanentnym pędzie ku efekciarstwu. Forma, którą teraz proponuje Brook, wydaje się dziś archaiczna i na pewno nie ma nic wspólnego z rytmem telewizyjnych klipów, w konwencji których budowane są nie tylko teatralne premiery, ale nawet radiowe i telewizyjne serwisy informacyjne. Brook sięgnął po formę teatru afrykańskiego, który do opowiedzenia historii posługuje się najprostszymi środkami. Europejczykowi może się to wydawać trochę masłem maślanym. Narrator opowiada historię, a aktorzy ilustrują ją ruchem.
Po opowieść zaczerpniętą z życia sufickiego myśliciela Tierno Bokara z Mali Brook sięga po raz drugi (pierwszy raz zbliżyliśmy się do jego przemyśleń w roku 2005). Tym razem wybrał z książki malijskiego pisarza Amadou Hampate Ba wątek dość szczególny, pokazujący, jak między jednym a drugim paciorkiem różańca rodzi się religijny fanatyzm.

Ten jedenasty był zawsze, a ten dwunasty pojawił się przypadkiem, z zakłopotania. Szybko jednak owe paciorki podzieliły religijnych fanatyków. Aż do okrucieństwa i zbrodni. W tym wyborze tkwi kwintesencja dzisiejszego islamskiego terroryzmu.

Krzysztof Kucharski
Gazeta Wrocławska
18 stycznia 2010

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...