Pod kloszem

"Kupiec wenecki" - reż. Paweł Łysak - Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie

Lubelski "Kupiec wenecki" Pawła Łysaka to fatalny prognostyk przed nowym otwarciem, jakie szykuje ten reżyser jako kolejny dyrektor warszawskiego Teatru Powszechnego.

Początek rozbudza nadzieję i sugeruje nawet poezję. Jakieś niemrawe światło z głębi i znad sceny, krajobraz trochę jak po katastrofie, choć to bardziej piaszczyste wybrzeże, na którym utknął wrak rozbitego statku Antonia - on zresztą wygląda na zamyślonego artystę, obok którego zdarzenia po prostu przebiegają. Nic więcej, bez większego wpływu na niego samego. Obojętność? Wydaje się, że na początku tej historii wszystkie kody osobowościowe i prawdy o człowieczeństwie zostały już genetycznie zapisane

Biorąc pod uwagę, że to drugi pełnoprawny spektakl Łysaka na podstawie Shakespeare'a, wiele można wybaczyć. Ale chyba nie to, że sytuacje przełamania właściwie przestają istnieć, a zarówno Antonio, jak i Shylock wydają się skamieniałymi typami, o których niewiele można powiedzieć, rzecz jasna oprócz tego, iż dają się podciągnąć pod założoną z góry tezę. Nikt do takich zabiegów nie pasuje lepiej niż Shakespeare, lecz także nikt skuteczniej od niego nie kompromituje łatwych reżyserskich wytrychów.

Na hasło "Kupiec wenecki", zwłaszcza dziś, reaguje się dwuznacznie. Że niby trudno to wystawiać, skoro na wstępie trzeba się utaplać w problemie antysemityzmu. Problem winy i przebaczenia, jeden z naczelnych u Shakespeare'a, schodzi w tym momencie na dalszy plan. Paweł Łysak, co gorsza, idzie publicystyczną ścieżką, wybierając nadto mocny skrót myślowy: ten antysemityzm po prostu jest, podobnie genetycznie zapisany, niczym oczywista oczywistość. Wystarczy go unaocznić.

Jerzy Regulski miałby szansę na pełnoprawnego Antonia, gdyby w ogóle wiedział, do jakiego świata go wrzucono. To zatem nieświadomy melancholik czekający na wsparcie przyjaciół czy też chrześcijański hipokryta z planem na upodlenie Shylocka, gdy tylko poczuje, że istnieje taka możliwość? Tkwi w tym przewrotność, bo reżyser sugeruje, iż realnie na Żydzie chcą się zemścić dokładnie wszyscy, i to tylko dlatego, że tak już musi być. I tyle. Jeśli ktoś doczytał się w Shakespeare'owskim arcydramacie czegoś nadto, niech się przygotuje na jedynie marne wypełniacze czasu. Zatem Łysak trochę pościga się z Krzysztofem Warlikowskim na wynajdywanie u przyjaciół Antonia homoseksualnych podtekstów (choć Bassanio Wojciecha Rusina intryguje), dla symetrii pozwalając również na igraszki Porcji i Nerissie w czasie rozmyślań na wyborem właściwego męża. Zgoda, te relacje u Shakespeare'a pozwalają na stawianie wielu pytań, wystarczy przypomnieć, jak w naszym teatrze analizował postaci choćby Konrad Swinarski. Jednak to zawsze było wpisywane w oddzielny kontekst, pod którym drzemały jeszcze kolejne. Konkurowanie z wyrafinowaniem i drażniącą reżyserią Warlikowskiego nie ma sensu, zwłaszcza że Pawłowi Łysakowi brakuje takiego doświadczenia w wystawianiu Stratfordczyka.

Pewnie dlatego to po trosze reżyserski patchwork. I budowanie klimatów, czyli typowy zabieg, kiedy kończą się pomysły i wypada już tylko ciąć tekst. Aż do sceny sądu nad Shylockiem, gdy Janusz Łagodziński z pełnym zaangażowaniem wykrzyczy monodram o pomiatanym Żydzie, który żyje na nierównych prawach. Byłby to może najlepszy fragment spektaklu, gdyby nie nerw czystej dydaktyki, wtłaczanej najprościej, jak tylko się da.

Oto Shylock jako ofiara wiekuistego konfliktu, w którym tylko jedna strona gra świętych, w istocie będących świętoszkami. Dla pewności Łysak dokleił sądzącym Shylocka Wenecjanom sterczące długie nosy. Żeby przypadkiem nie było wątpliwości, o co tak naprawdę chodzi. Janusz Łagodziński potraktował swoją sekwencję jako niemal coup de théâtre, i miał do tego pełne prawo. By rozniecić emocje i ratować przynajmniej swoje aktorskie emploi jako najciekawszy aktor lubelskiej sceny. Choć może i uwierzył w zamysł Pawła Łysaka - jedno jest pewne: jeśliby tylko niuansować relacje Antonio-Shylock, rozdzielić widoczne u Shakespeare'a racje i potraktować dramat jak parabolę doczesnych namiętności, rola zarówno Regulskiego, jak i Łagodzińskiego wymagałaby precyzyjnego opisu oraz weryfikacji niuansów. W strategii Łysaka pozostaje miejsce jedynie na brawa za zaangażowanie.

A co z historią pierścienia, która w "Kupcu" odsłania, ile warty jest człowiek, gdy po przysiędze przechodzi do codzienności? Posłużyła jako fragment dorzucony tylko po to, by jakoś dobrnąć do finału. Równie niejasnego, za to raczącego rubasznym humorem. I znów nie wiadomo dlaczego i po co.

Szkoda lubelskiej sceny. Smutny eksperyment. Ryzykujemy Warszawę na parę lat?

Przemysław Skrzydelski
W Sieci
6 maja 2014

Książka tygodnia

Banksy
Wydawnictwo ARKADY
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia