Pod "Maski władzy" kryło się nieco za mało

"Maski władzy. Maciejewski-podróże" - Teatr Wielki w Poznaniu

Ze spektaklu "Maski władzy" w Teatrze Wielkim z muzyką teatralną Romana Maciejewskiego wychodzi się z uczuciem, że powinno się tam wydarzyć coś więcej.

W latach 40. Maciejewski przebywał na emigracji w Szwecji. Chcąc się utrzymać, przyjmował zlecenia na stworzenie muzyki teatralnej m.in. do starochińskiego dramatu Kao-Tse-Tchenga "Śpiew lutni", " Makbeta" Williama Szekspira i " Caliguli" Alberta Camusa. Piątkowy spektakl był eksperymentem łączącym skrócone wersje wspomnianych trzech sztuk, które ukazują władców z różnych perspektyw. I trzeba przyznać, że niektóre zamierzenia reżysera Sylwestra Biragi były zrozumiałe i obiecujące.

Zastosowanie stylizacji (m.in. wykorzystanie w chińskim dramacie aktora śpiewającego głosem kontratenorowym albo prostokątnej sceny-wybiegu otwartej z trzech stron dla publiczności), użycie inteligentnych metafor (żeby dotrzeć do leżącej na dnie kufra szaty królewskiej, Makbet wyciąga ułożone na wierzchu szaty przyjaciół, które rozdziera sztyletem) albo wykorzystanie ciekawych pomysłów scenicznych (m.in. nawiązanie do Chaplinowskiego "Dyktatora" w ostatniej scenie spektaklu) zasługują na uwagę. Z drugiej jednak strony skromność użytych środków powodowała, że przedstawienie bywało nużące. Obserwowanie zmian charakteryzacji aktora przy toaletce mogło skupić uwagę publiczności za pierwszym razem. Ale za drugim - już nie. Bo scena nie toleruje powtórzeń. Jeśli coś ma trzymać w napięciu, nieustannie przykuwać uwagę, interesować i zaciekawiać, ma prawo pojawić się tylko raz. A potem musi nastąpić ewolucja tematu lub coś już zupełnie innego.

Gdy narrator "Śpiewu lutni" opowiada historię uwikłanego w intrygę dworską głównego bohatera, widz oczekuje czegoś więcej niż długiej narracji z wykorzystaniem symbolicznych przedmiotów i gestów albo następującego na końcu tańca. Tego typu realizowanie pomysłów powodowało, że przebieg spektaklu okazał się "nierówny".

Sytuację mogły uratować jedynie muzyka i gra aktorska. I ten ratunek po części się udał. I to udał się dość przewrotnie. Bo niektóre recenzje po premierze "Śpiewu lutni" w Teatrze Miejskim w Göteborgu były mocno krytyczne wobec muzyki Maciejewskiego - zarzucano jej wtedy "brak życia" lub "bycie częścią rekwizytów scenicznych". Natomiast w przypadku "Masek władzy" muzyka do "Śpiewu " chwilami angażowała bardziej niż to, co się działo na scenie. I choć wykonanie suit pod dyrekcją Krzysztofa Słowińskiego niekiedy wywoływało skrzywienie na twarzy (głównie ze względu na "kiksy" i problemy z intonacją w partiach instrumentów dętych blaszanych), to jednak zespół zgrabnie wydobył najistotniejsze walory w poszczególnych utworach (m.in. płynność melodyczną w pierwszej części i dramatyczną ekspresję w częściach pozostałych).

Na koniec kilka słów o aktorze. Tomasz Raczkiewicz zaangażował się w grę bardzo odważnie. Bez kokieterii "zakładał" tytułowe maski. Niekiedy wręcz przywiązywał się do nich trochę za mocno, nie pozwalając sobie na wysubtelnienie niektórych odcieni emocji lub urozmaicenie pomysłów interpretacyjnych. Czasami też bywał bardziej komiczny niż straszny, ale przypuszczam, że był to zabieg świadomy. I obok słuchania interesującej muzyki, to raczej obserwowanie zachowania Raczkiewicza angażowało widzów najbardziej. Bo gdyby metaforycznie uznać spektakl za maskę, oczekiwałoby się, że tuż pod nią kryje się nieco więcej.

Martyna Pietras
Gazeta Wyborcza Poznan
22 maja 2010

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia