Podróż do gealickiej tradycji

rozmowa z Grzegorzem Bralem

"Return to The Voice", choć nie powstał z pobudek politycznych, wpisał się w koloryt szkockiej walki o niezależność. W Polsce nigdy bym nie zdobył takich pieniędzy, gdyż budżet spektaklu ze wszystkimi jego elementami przekroczył znacznie roczny budżet całego mojego teatru.

Z Grzegorzem Bralem, reżyserem "Return to the Voice" i dyrektorem Teatru Pieśń Kozła rozmawia Sławomir Szymański.

Sławomir Szymański: Spektakl "Return to the Voice" to powrót lub wyprawa do źródeł kultury szkockiej. Czy przybliża także pewną uniwersalną prawdę o człowieku?


Grzegorz Bral: Nie bardzo wiem, jaka jest "uniwersalna prawda o człowieku". Od pewnego czasu nie rozumiem także rozważań na temat źródeł kultury. To znaczy, jest ich prawdopodobnie bardzo wiele, ale parafrazując Tomasza Manna, zanim pojawia się kultura, istnieje kult. A czasem obie te rzeczy równolegle. Nie wracamy więc do jakichś "źródeł", tylko do takiej muzyki, która się nie zdążyła spopularyzować i w związku z tym inna była jej społeczna czy duchowa funkcja. Europa XX wieku przeszła eksplozję popularyzowania kultury tradycyjnej. Jedni zrobili z tego potężny komercyjny użytek, inni mniejszy. Szkocka kultura muzyczna ma się całkiem dobrze, ale to już nie jest dawna tradycja.

Maciej Rychły, kompozytor i muzyk, z wielką intuicją badacza i archeologa pomagał mi wyszukiwać i aranżować takie muzyczne wątki, które z jednej strony w niczym nie przypominają muzyki popularnej, z drugiej związane są zawsze z jakąś szczególną osobowością. Albo z takim sposobem śpiewania, który powoduje głęboki dreszcz wzruszenia i zastanowienia. Osobiście uważam, że muzyka pochodzi z jakiejś niezwykle istotnej dla człowieka wibracji. Każdy z nas rozumie, czym jest miłość i jak bardzo potężnym aspektem naszego życia jest. Czy może jej zabraknąć? Obawiam się, że może, że zostanie zdominowana przez inne możliwe międzyludzkie relacje. Czy warto ją chronić? Każdy niech sobie odpowie sam. Dla mnie muzyka ma właśnie taką wartość - jak istnienie miłości w świecie. Sądzę, że ten spektakl usiłuje wydobyć znaczenie i siłę pewnych energii, o których być może powoli zapominamy.

Czy żyjemy w czasach zapomnienia o źródłach? Skąd ta kulturowa amnezja?

- Sądzę raczej, że żyjemy w czasach deformowania wszystkiego co wrażliwe, delikatne i uczuciowe. Żyjemy w czasach, kiedy przemoc i wojna, będące ewidentnie działalnością zbrodniczą, stały się jednym z podstawowych tematów przemysłu filmowego. Filmy ociekające krwią, pełne brutalności i przemocy, osiągają największą oglądalność. Żyjemy w świecie propagandy przemocy jako czegoś sensownego i godnego dążenia, a kino jest tego najlepszym przykładem. Kino i oczywiście media. Również teatr niebezpiecznie zbliża się do miejsca, w którym chamstwo i brutalność zaczynają funkcjonować jako walor sam w sobie, który nie wnosi pozytywnej refleksji, a jest jedynie wyrazem gniewu i agresji. Trudno w takim tyglu napięć zrobić projekt subtelny i wyrafinowany energetycznie. Jesteśmy odrętwiali od bodźców i tym byłaby dla mnie owa amnezja - odrętwieniem i katatonią.

Dlaczego sięgnęliście do tradycji szkockich poematów ludowych?

- O ten projekt nas poproszono. W 2012 roku graliśmy w Edynburgu "Pieśni Leara" i ten spektakl zebrał znakomite recenzje krytyków. Pierwszy raz zdarzyło się, żeby międzynarodowy teatr z Polski wygrał ranking na najlepszy spektakl na Fringe'u. Taki sukces oczywiście pozytywnie wpływa też na miejsce, w którym jest grany, w tym przypadku "Summerhall". Sukces ten pociągnął za sobą propozycję stworzenia "Return to The Voice" oraz zapewnił nam pieniądze na jego realizację. Wszyscy wiedzieli, że 2014 rok będzie ważny i gorący dla Szkotów, ze względu na zbliżające się referendum. "Return to The Voice", choć nie powstał z pobudek politycznych, wpisał się w koloryt szkockiej walki o niezależność. W Polsce nigdy bym nie zdobył takich pieniędzy, gdyż budżet spektaklu ze wszystkimi jego elementami przekroczył znacznie roczny budżet całego mojego teatru. Zaczęły się podróże do ludzi, do miejsc, zaczęło się poszukiwanie muzyki. Szkocja to przynajmniej kilkadziesiąt różnych muzycznych obszarów. Od pieśni imitujących ptaki, przez pieśni imitujące szkockie dudy, tak zwany "pibroh", poprzez "pieśni Osjana" i wiele, wiele innych. Musieliśmy coś wybrać, żeby ten dziwny spektakl był jednorodny muzycznie. W trakcie szukania zrozumieliśmy, że szkocka tradycja poematów ludowych jest całkowicie pozbawiona sentymentalizmu. Niezwykle precyzyjna, dosadna i skuteczna emocjonalnie. Nie dziwi mnie wcale, że Szkoci kochają opowiadanie, historie, że nie tylko żyją opowieściami, ale mają też potężny potencjał współczesnej dramaturgii. Dałoby się wyliczyć przynajmniej z trzydziestu współczesnych młodych szkockich dramaturgów o światowym formacie. Fantastyczni autorzy i to właśnie pochodzi z bardzo głębokiego źródła, który i dla nas stał się kluczem kompozycyjnym.

Gdzie poszukiwaliście materiałów, dawnych pieśni, i inspiracji? W jaki sposób wybraliście utwory, które składają się na spektakl?

- Z początku zupełnie nie wiedzieliśmy jak szukać, ani czego tak naprawdę szukamy. Ale ktokolwiek dowiadywał się, że międzynarodowa grupa z Polski przygotowuje projekt muzyczny o Szkocji, wskazywał nam jedną osobę - Johna Pursera. Pojechaliśmy z Maciejem Rychłym i kilkoma kolegami na wyspę Skye i dwukrotnie spotkaliśmy owianego już legendą Pursera. I tutaj rzeczywiście otworzyły się nie tylko możliwości, ale i zrozumienie tego, czego powinniśmy szukać. Pojawili się ludzie wciąż kultywujący dawne tradycje oraz ci, którzy wraz z wiekiem i nieprzystosowaniem, odchodzą w niepamięć. Odwiedzaliśmy różne osoby dowiadując się coraz więcej, ale wciąż to nie był materiał na spektakl. Największym po Johnie sojusznikiem okazała się Cathlin Macaulay pracująca w szkockim Archiwum Muzyki Dawnej w Edynburgu. Wpuściła nas w świat dziesiątek tysięcy zebranych i utrwalonych na taśmach dawnych nagrań z lat trzydziestych, czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, no i zaczęło się mozolne wsłuchiwanie w dźwięki. Tak, bo to nie było szukanie czegoś konkretnego. Jeśli masz przed sobą zbiór kilkudziesięciu tysięcy nagrań, to naprawdę masz małe szanse, żeby to wszystko ogarnąć. Skupiliśmy się więc na tych intuicyjnie dobieranych wibracjach ludzkich głosów. Wybraliśmy na początku 30 utworów, potem zostało 15 i z nich powstał spektakl. Kiedy wysłałem kilka utworów do Jeana Claude'a Acquavivy na Korsykę, żeby pomógł przy aranżacjach, to nie wiedział zupełnie z jakiego kraju pochodzą utwory. Powiedział mi, że równie dobrze mogłyby pochodzić z dawnej Korsyki, jak i z Indii. I chyba tego właśnie z Maciejem Rychłym szukaliśmy - muzyki, która, jak to Maciej nazywa, pochodzi sprzed powstania państwowości, która nie definiuje narodowości, terytorialności, ani kulturowej tożsamości, tylko odnosi się do czegoś o wiele głębszego. Do wibracji i związku człowieka z kosmosem, w jakim żyje.

Największa trudność w tworzeniu spektaklu?

- Brak czasu. Mógłbym spędzić kilka lat przy takim projekcie. "Return to the Voice" jest próbą uchwycenia dawnej pamięci przy pomocy wibracji i harmonii. Bo tutaj nie chodzi o jakiś wyłącznie wokalny lub teatralny efekt. Tutaj zadaniem każdego ze śpiewaków jest penetrowanie własnej, najgłębszej możliwej pamięci i jeśli to się przenosi (a w Edynburgu się przeniosło) na widzów, to mam poczucie spełnienia.

Premiera "Return to the Voice" na festiwalu Fringe w Edynburgu wypadła w gorącym okresie, tuż przed szkockim referendum w sprawie niepodległości. Czy miało to wpływ na reakcje szkockiej publiczności?

- Sądzę, że gdyby międzynarodowy zespół zaśpiewał w Polsce bardzo stare, nieznane, a jednocześnie nasycone wobec nas szacunkiem polskie pieśni, to byłoby wiele dobrych reakcji. Jedna z bardzo znanych badaczek i wykonawczyń dawnej muzyki gaelic na moje przeprosiny za to, że tak bardzo kaleczymy ich archaiczny język odparła prosto: "Lepszy amerykański gaelic, londyński gaelic, Polski gaelic, niż żaden gaelic". I to było chyba najważniejsze doświadczenie. Przypomnieć dawne, zapomniane wibracje. Oczywiście, referendum nadało rangę temu projektowi i to wszyscy czuliśmy. Niechcący ten projekt nie jest już od tamtej pory wyłącznie koncertem. Stał się opowieścią o Szkocji, o Tybecie, o Mali, o każdej kulturze i narodowości, która została ludziom odebrana.

Czy w polskich, a może słowiańskich tradycyjnych pieśniach również tkwi potencjał przywracania pamięci i powrotu do źródeł?

- Sądzę, że przed nami w Polsce wielka praca do wykonania. Czy będziemy tkwili w powierzchownych politycznych i kulturowych dąsach, czy znajdziemy dość siły i odwagi, aby poważnie i głęboko zadać sobie jeszcze raz pytanie o swoją kulturową tożsamość?

Polska premiera "Return to the Voice" odbędzie się 19 grudnia 2014 r. o godz. 19:00 w Katedrze Św. Marii Magdaleny we Wrocławiu. Kolejne spektakle odbędą się w dniach 20, 21 grudnia 2014 o godz. 19.00 i 21 grudnia również o godz. 21:30.

Sławomir Szymański
Materiał Teatru
10 grudnia 2014
Portrety
Grzegorz Bral

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia