Podróż przez miasta z koszmaru

"Klęski w dziejach miasta" - reż. Weronika Szczewińska - Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu

Długo przyszło nam czekać na kolejną premierę w kaliskim teatrze. A gdy już się jej doczekaliśmy, odczucia i opinie są mieszane. Zaryzykuję jednak twierdzenie, że "Klęski w dziejach miasta" w reż. Weroniki Szczawińskiej warte są obejrzenia choćby jako sceniczna ciekawostka i odważna wyprawa w świat dźwięków. Bo obok aktorów to głównie one grają w tym spektaklu.

Na konferencji prasowej zwołanej trzy dni przed premierą twórcy uchylili rąbka tajemnicy i uprzedzili, że muzyczność rozumiana jako źródło teatralności została w tym spektaklu silnie wyeksponowana. W tym celu powstały instrumenty stanowiące jednocześnie elementy scenografii. Harfa i gong są wśród nich przykładami najbardziej konwencjonalnymi. Obok nich widzimy na scenie i słyszymy ogromny rurofon nafaszerowany niewidoczną elektroniką. Jak podkreślają twórcy przedstawienia, rury są ukrytym składnikiem każdego miasta, który został tu wydobyty na światło dzienne, obnażony i wystawiony na setki spojrzeń.

Garść odległych inspiracji

Jak twierdzą Weronika Szczawińska i Agnieszka Jakimiak, pracując nad swoim spektaklem, inspirowały się "Niewidzialnymi miastami" Italo Calvino. To szlachetna inspiracja i wybitny pisarz z potężną erudycją i niebanalną wyobraźnią. Twórczynie kaliskiego spektaklu - cały czas wierzę im na słowo - zapożyczyły od Calvino motyw wędrówki przez nieistniejące miasta. Drugim źródłem inspiracji okazały się "Klęski w dziejach miasta Kalisza" Władysława Kościelniaka. To, co powstało z tych wpływów i zapożyczeń, a także z poszukiwań i wysiłków własnych, daje się określić jako muzyczny reportaż z czterech miast, które być może są jednym miastem, spektakl jest próbą poetyckiej diagnozy rzeczywistości, w której przeszłość i przyszłość oświetlają się nawzajem, a to, co znane, przybiera nieznany kształt. To sceniczny koncert na szóstkę aktorów i dźwięki czterech klęsk - teatralne odsłuchiwanie miejskiej przestrzeni. Pośród katastrof, plag i epidemii autorki i autorzy spektaklu poszukują historycznych fundamentów teraźniejszości oraz budulca dla miasta, które mogłoby być " - czytamy w oficjalnej nocie o tym przedstawieniu.

Dwie panie od "Klęsk"

To mogłoby być czy jest? - chciałoby się spytać. Trochę tak i trochę owak, bo spektakl W. Szczawińskiej jest i równocześnie nie jest o Kaliszu. Główne sprawczynie tego przedstawienia ukończyły studia humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Mimo młodego wieku i wyglądu, mają już całkiem pokaźny dorobek. W. Szczawińska reżyserię studiowała w warszawskiej Akademii Teatralnej. Od 2008 r. reżyserowała m.in. w teatrach w Olsztynie, Wałbrzychu, Kielcach, Koszalinie, Bydgoszczy, a także w Teatrze Powszechnym w Łodzi, Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i Starym Teatrze w Krakowie. W 2014 r. nominowana była do Paszportu Polityki w kategorii "Teatr". Kilka swoich poprzednich spektakli zrealizowała na podstawie scenariuszy A. Jakimiak, absolwentki Wydziału Reżyserii krakowskiej PWST. Autorka tekstu "Klęski w dziejach miasta" współpracowała z wieloma reżyserami. Jest laureatką Głównej Nagrody w Konkursie im. K. Mętraka dla krytyków filmowych. Publikowała m.in. w "Dialogu", "Didaskaliach" i "Kinie".

Z całą pewnością nie mamy więc tu do czynienia z nowicjuszkami. Co jednak nie zmienia faktu, że nowym doświadczeniem dla nich jest sam Kalisz, jego historia i mieszkańcy.

Trochę zabawy, więcej koszmaru

"Klęski w dziejach miasta" w jednej ze swoich warstw polegają na "puszczaniu oka" do kaliskiej publiczności. Ta przez pewien czas nawet daje się wciągać w tę zabawę, starając się odczytywać aluzje i doszukiwać dowcipów. Gdyby autorka tekstu chciała pokierować go w tę stronę w sposób konsekwentny, zyskalibyśmy może całkiem zabawną komedię, farsę lub satyrę. Ale autorka razem z reżyserką chciały czegoś więcej - Wielkiej Metafory i Uniwersalnego Uogólnienia. I to im raczej nie wyszło. Publiczność bez skutku czeka na jakąś puentę i próbuje tropić przesłanie. A całym przesłaniem jest - obawiam się - zabawa dźwiękiem, epatowanie nimi i próba przymuszenia aktorów, by zatańczyli tak, jak im one zagrają. Tu na uwagę zasługuje kreacja aktorska występującej w Kaliszu gościnnie Nataszy Aleksandrowitch. Pochwała za samozaparcie należy się jednak również aktorom "Bogusławskiego". Stworzyli kilka naprawdę interesujących momentów, a trzeba przy tym pamiętać, że przyszło im uosabiać abstrakcje, jak Plaga, Epidemia, Wichura czy Pożar. Same momenty to jednak za mało. Na pocieszenie mamy jeszcze teatr dźwięków - tajemniczych, zaskakujących, czasami komicznych. "Klęski w dziejach miasta" nie są też przesadnie długie, a akcja bywa dynamiczna. Widz nie powinien więc skarżyć się, że ze sceny wieje nudą. Wieje czymś innym - sennym koszmarem, duszącym oparem niemożności i niepewności, ku czemu to wszystko zmierza. Oczywiście, można mieć taką właśnie wizję historii i nawet przyszłości. Ocenę tej wizji pozostawmy jednak widzom. I nie wymagajmy od nich zachwytów. Duszące koszmary nie służą do tego, by się nimi zachwycać.

Robert Kordes
Życie Kalisza
7 maja 2015

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia