Podróż sentymentalna

rozmowa z Arturem Barcisiem

Rozmowa z Arturem Barcisiem, reżyserem spektaklu "Burzliwe życie Lejzorka", pierwszej w nowym sezonie artystycznym premiery w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie

"Jestem psiejski-czarodziejski - tak to było w piosence, którą śpiewał Pankracy? Tego, że "Okienko Pankracego" Pan pamięta, jestem pewna, a czy widzowie pamiętają ten program? 

- Zadziwiająco dużo osób go pamięta. Nawet mój syn, który jest dzieckiem internetu, powiedział do mnie: "Tato, jestem z ciebie dumny! Masz trzecie miejsce na wrzucie.pl"! (śmiech) 

Zaczęliśmy od przeszłości. Pozostańmy w niej na chwilę. Postać Lejzorka grał Pan aż przez osiem sezonów w warszawskim Ateneum. Czy koszaliński spektakl, który Pan reżyseruje, to taka podróż do przeszłości? Podróż sentymentalna? 

- Z całą pewnością. Kochałem to przedstawienie. Właściwie przestaliśmy je grać, tylko dlatego, że się... zestarzałem. Kiedy Lejzorek umiera, ma 32 lata. A ja miałem już o dziesięć lat więcej. Teatr to sztuka ulotna i nie chciałem, żeby spektakl odszedł w niepamięć. Został napisany na podstawie powieści Ilji Erenburga, wspaniałe teksty piosenek napisał Maciej Wojtyszko, który również wyreżyserował tę sztuką, a rewelacyjną muzykę stworzył Jurek Derfel. Nie chciałem, żeby to zginęło. Właśnie dlatego, kiedy dyrektor Zdzisław Derebecki zaproponował mi, bym zrobił coś w koszalińskim teatrze, od razu pomyślałem o Lejzorku.

Warszawski spektakl cieszył się ogromną popularnością i uznaniem widzów. Czy możemy się spodziewać, że będzie trochę tego dawnego Lejzorka, w nowym Lejzorku? 

 - Chyba troszkę tak będzie, a to dlatego, że adaptacja jest ta sama. Siłą rzeczy pewne rozwiązania będą więc podobne. Zresztą część pomysłów i rozwiązań z tamtego "Lejzorka", to były moje pomysły. Grałem główną rolę, a reżyser Maciej Wojtyszko lubi, jak aktorzy mają własną inwencję. Ja zawsze tę inwencję miałem i miałem też poczucie, że to jest również moje przedstawienie. 

Jakie to pomysły?

- Na przykład, żeby każdy z aktorów grał po kilka ról. To rozwiązanie ciekawe teatralnie, ale to też wyzwanie dla aktorów. W ciągu kilkunastu sekund muszą wcielić się w kogoś innego. To bardzo twórcze.

Lejzorek jest Żydem. Zauważyłam, szczególnie podczas koszalińskich festiwali m-Teatr, że teatry coraz chętniej sięgają po tematykę żydowską. Czy to jakiś trend?

- Nie zauważyłem tego. Wręcz przeciwnie. Kiedyś "Skrzypek na dachu" był spektaklem kultowym, a dziś tak nie jest. Zresztą "Burzliwe życie Lejzorka" tak naprawdę to nie sztuka o Żydach. Historia Lejzorka to historia człowieka, który jest uwikłany w zupełnie nielogiczny świat wczesnego komunizmu, ale potem nielogiczny świat rodzącego się faszyzmu, czy zmanierowany świat perwersyjnego Paryża. Kiedy w końcu trafia do Jerozolimy, chce wrócić do Homla, gdzie są jego korzenie. Dlatego ta opowieść jest uniwersalna i dlatego tak mi się podoba. Dotyczy każdego z nas, bo każdy z nas chce szczęścia. 

A Pan to szczęście znalazł. Powiedział Pan, że jako dziecko, stojąc za kulisami po szkolnej akademii, miał Pan dreszcze, kiedy widzowie bili brawa. I te dreszcze ma Pan też dziś po spektaklu. Proszę zdradzić, jaka jest tajemnica takiego zadowolenia z pracy? Musi ona być pasją?

- Na pewno. Mówiłem mojemu synowi, kiedy nie wiedział jeszcze, kim chce być, że musi wybrać zawód, w którym będzie umiał robić to, co chce robić. Nie może być tak, że ktoś chce zostać lekarzem, bo tak fajnie w tym fartuchu, a biologia wcale mu nie wchodzi. To jest wtedy takie powierzchowne. Trzeba zajrzeć w siebie, przeczytać tę swoją księgę i znaleźć element, który sprawia nam największą frajdę, satysfakcję i który umiemy robić. Powtarzam to też osobom, które chcą zostać aktorami. Czasem dostaję listy, w których ktoś pyta: "co zrobić, żeby być aktorem". Trzeba sprawdzić, czy ma się dar. Tego nie można się nauczyć. Trzeba to mieć. 

Odpisuje Pan na listy? 


- Oczywiście.

Czy ceni Pan swoja prywatność? Na plotkarskich portalach, Pudelkach, Kozaczkach, nie znalazłam o Panu zbyt wielu informacji...

- Bo ja jestem nudny! (śmiech). Co można o mnie napisać? Człowiek, który poświęca się swojej pracy, ma szczęśliwy dom, spokojną rodzinę. No cóż to takiego? To nudne dla Pudelka czy Kozaczka. Od momentu, kiedy odszedłem od polityki... 

Co proszę?

- Był taki czas, że byłem bohaterem forów interetowych. Byłem w komitecie poparcia Bronisława Komorowskiego i Platformy Obywatelskiej. Dostało mi się strasznie z tego powodu. W życiu nie pomyślałem, że ludzie mogą tak mnie nienawidzić, bo opowiedziałem się po czyjejś stronie. Ale kiedy się dowiedziałem, że poparcie twórców nie ma znaczenia dla wyborców i politycy z premierem na czele też tak uważają, pomyślałem, że polityka to moja prywatna sprawa, podobnie, jak religia i po co właściwie publicznie po jakiejś stronie mam się opowiadać. 

Wakacje za nami. Dla Pana były chyba bardzo pracowite. Warszawa, Koszalin, teatr, seriale. Miał Pan czas na odpoczynek? 

- Nie jestem typem człowieka, który by odpoczywał leżąc na plaży. Ja się męczę, leżąc na plaży. Duszę się. Jestem człowiekiem aktywnym, muszę ciągle coś robić. Jeśli zmarnuję piętnaście minut, czekając na kogoś, mówię mu - oddaj mi ten czas. Mógłbym na przykład czytać książkę, poznawać ludzi, a nie mogłem tego zrobić, bo czekałem. Dlatego bardzo sobie cenię punktualność i to, że ludzie są słowni. Czasu jest bardzo mało, żyjemy bardzo krótko i każda zmarnowana minuta już nie wróci.

I próbuje Pan nadgonić czas na trasie Warszawa-Koszalin? 

- Tak. I zostaję dotkliwie ukarany. W Bobolicach i Białym Borze.

Już przyszły pozdrowienia od strażników? 

- I to niejedne. 

Ile ma Pan punktów karnych?

- I tutaj panią zdziwię. Zero! To znaczy możliwe, że już wkrótce te z Bobolic i Białego Boru się naliczą... Trudno tam nie dostać mandatu, skoro fotoradar jest tak zakamuflowany, że nawet z bliska nie można go dostrzec. Ale przecież o to chodzi! Gdyby kierowca go dostrzegł, to by jechał te 30, a nie 40 kilometrów na godzinę, czy jakie tam dziwne ograniczenie obowiązuje... 

Ciągle w ruchu, ciągle w biegu. To jak jest w końcu z tym odpoczynkiem?

- Odpoczywam w domu, który jest moim azylem. Mam tam spokój, mam rodzinę, ogród, moje zwierzęta. Wystarczą mi dwie godziny, żebym był odprężony i wypoczęty. A największe odprężenie daje mi satysfakcja z pracy. Najbardziej się męczę, jak mi coś nie wychodzi. 

Od psa zaczęliśmy i może na psach zakończmy. Ma Pan dwa psy. Jest Pan psiarzem? 

- Takim typowym, to nie. Psiarze mają po pięć psów i to ściągniętych z ulicy. Ja jestem człowiekiem odpowiedzialnym, ciągle mnie nie ma, żona też intensywnie pracuje. To może jakaś informacja dla złodziei? 

Przecież psy strzegą domu.

- Tak... Jamniki robią dużo hałasu, ale chyba by nikogo nie zagryzły. Choć paru listonoszy przekonało się, że ich nogawki są dla psów bardzo smakowite (śmiech).

Ale listonosze chyba generalnie działają tak na psy... 

- No właśnie nie wiem dlaczego. To bardzo dziwne. Nie wiem, czy ktoś już próbował rozgryźć, dlaczego mundurowi są przez psy nielubiani.

Może pies nie rozróżnia munduru strażnika gminnego od fotoradaru i listonosza, więc dla pewności złości się na wszystkich.

- A może jest jeszcze inaczej. Myśli, że złodziej przebrał się za listonosza, albo za policjanta!

 I tak inteligentnych psów sobie życzymy!

Joanna Krężelewska
Głos Koszaliński
15 września 2012

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia