Podziw i wątpliwość

"Lalka" - reż. Wojciech Kościelniak - Teatr Muzyczny w Gdyni

Stanisław Wokulski w czasie wycieczki do Paryża: Rzucić się w wir życia? Czy wyskoczyć z balonu? W roli Wokulskiego występuje Rafał Ostrowski. Czterdziestodniowy potop pomysłów - do tego jedynie potrafię przyrównać to, co na scenie Teatru Muzycznego wyrabia w swojej musicalowej wersji "Lalki" Prusa Wojciech Kościelniak

Jest w tym porównaniu miejsce i na podziw, i na wątpliwość. Trudno nie podziwiać reżyserskiej roboty, dzięki której przez trzy godziny (z przerwą na odetchnięcie) możemy się sycić tyloma i to tak fantastycznie odegranymi aktorskimi etiudami, w jakie zmienia się każdy kolejny numer widowiska. Trudno jednak od pewnego momentu nie zacząć się zastanawiać, czy wyładowany tyloma efektami spektakl nie zaczyna gdzieś dryfować.

Najbardziej zbija w nim z tropu to, jak prowadzeni ręką Kościelniaka poruszają się na scenie aktorzy. Komuś, kto oglądał jego nagrodzoną na ubiegłorocznym Festiwalu Teatrów Muzycznych w Gdyni "Operę za trzy grosze", musi się to skojarzyć z tamtym przedstawieniem. Nie znaczy to jednak, że swój patent Kościeniak mechanicznie przeniósł do "Lalki". Jest w tym dziwacznym z pozoru pomyśle nowy sens.

W powieści Prusa wieloznaczny tytuł odnoszono zwykle do panny Izabeli Łęckiej, tego "seksualnego potwora", jak się o niej wyraził pewien współczesny polski pisarz. Kobiety równie pociągającej aparycją, co odpychającej swoją wewnętrzną pustką. Oryginalność pomysłu Kościelniaka polega na tym, że lalkami, a właściwie marionetkami, są tu wszyscy. Także Wokulski, wydobywany w pierwszej scenie ze starej skrzyni, jak porzucona lalka. Wszyscy bohaterowie wiszą jak marionetki na zbyt luźnych i poplątanych sznurkach, dlatego właśnie poruszają się czasem tak, jakby ich dotknęła pląsawica.

Tak, również Wokulski. Bodaj czy nie najoryginalniejsze w gdyńskiej "Lalce" jest pokazanie na nowo tej postaci oraz pary Izabeli i Stacha. Izabela nie jest chyba aż tak zimną i pustą kobietą, skoro po raz pierwszy odwiedzając sklep Wokulskiego, potrafi ogrzać dłońmi lampkę na proscenium. Wokulski to, owszem, ktoś, kto w pościgu za raz zobaczonym ideałem wspina się wciąż wyżej po teatralnej drabince, potem wyłania się spod klapy w podłodze i wspina na kolejny poziom - tak przez cały spektakl, jakby to była gra komputerowa - ale czy w tej wspinaczce obejrzał się kiedykolwiek za siebie, czy zainteresował się ludźmi, którym pomagał? Jest w jego idealizmie coś nieludzkiego.

Trzeba finałowej katastrofy, czyli podsłuchanej w pociągu rozmowy Łęckiej i Starskiego, a potem samobójczej próby, żeby się Stach Wokulski zatrzymał w połowie drabinki, prowadzącej do niedosiężnego ideału. Dopiero gdzieś na skrzyżowaniu naszych poziomych i tych wiodących w górę tęsknot leży właściwy sens życia. Puenta, o której nauczyciele będą mogli dyskutować z młodzieżą, po tym jak obejrzą przedstawienie.

Finałowy song Wokulskiego to świetna, dramatyczna kulminacja całego spektaklu. Pozostawił on jednak we mnie jedną wątpliwość, z którą się noszę do dzisiaj. Czemu grający Wokulskiego Rafał Ostrowski nie dostał takiego numeru do zaśpiewania wcześniej, w pierwszej części? Czemu Zbigniew Sikora, grający Rzeckiego, nie dostał takiego monologu, jaki wygłasza na koniec drugiego aktu? Czemu Renia Gosławska jako Izabela Łęcka tylko w scenach ze Starskim wyzwala się z gorsetu zbyt marmurowej postaci? W pierwszym akcie zabrakło mi tej trójki bohaterów, a na nich przecież zawsze musi się wspierać każde odczytanie powieści Prusa. Wokulski, Łęcka i Rzecki wtopili się w równo grający zespół Teatru Muzycznego.

Jarosław Zalesiński
POLSKA Dziennik Bałtycki
2 marca 2010

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia