Poetyka żenady

"Król Ubu" - reż. Jan Klata - Teatr Stary w Krakowie

Jedz, pij i popuszczaj - zwraca się do zgromadzonych Ojciec Ubu, władca krainy paździerzu pogrążonej w epoce wiecznego remontu. Swym najnowszym spektaklem Jan Klata rzuca wyzwanie wszelkim konwenansom.

Historiozoficzny traktat o postpolityce pełen aktualnych aluzji? Nic podobnego. Raczej miasteczko South Park z czasów świetności, gdy jeszcze seksualno-gastryczne dowcipy, choć niskie i wulgarne, wywoływały śmiech. Ten rodzaj śmiechu, którego natychmiast każdy z nas by się powstydził. Klata wyraźnie stawia na tę właśnie wstydliwą, a jednak oczyszczającą moc kloaki. I trzeba przyznać, że ten grubą kreską przerysowany świat tworzy z żelazną konsekwencją, nieustannie jadąc po bandzie.

Przez niemal dwie godziny przez scenę kameralną Narodowego Starego Teatru przewalają się tłumy radosnych postaci odzianych w ostentacyjnie brzydkie kostiumy. Okładają się po głowach dmuchanymi maczugami, wyginają w rytm popularnych przebojów. Poetyka żenady. Gromada samców zajętych żarciem, wypróżnianiem, bijatyką i kopulacją, z przywodzącą na myśl Gabrysię Siarzewską z "Kilera" Ubicą (cudownie ordynarna Paulina Puślednik - na zdjęciu) - w tle orzeł, car, no i Smoleńsk. Bylejakość, prymitywizm, brzydota - oto metafora Polski, zdaje się mówić, a raczej krzyczeć Klata.

Jest Królowa Matka Rozamunda z brodą, jak z rozpalającej wyobraźnię Polaków oraz debatę publiczną Eurowizji (Błażej Peszek), zmieniająca się w Dzwon Zygmunta i nijak niemogąca wpasować się w kompozycję piety; jest 14-letni, z lekka "przegięty" książę Flaczysław marzący o roli dzwonnika z Notre Dame (Paweł Kruszelnicki) i jego zupełnie już odklejony od rzeczywistości ojciec Wacław (Zygmunt Józefczak). Jest wreszcie reprezentujący zachłanny apetyt na życie fajnans master Ubu - Zbigniew Kaleta.

Zaskakująco, niemal subtelnie wypada na tle tej tandetnej scenicznej rzeczywistości rwący potok kunsztownych obelżywości, jakie wydobywa z tekstu Jarry'ego w najnowszym przekładzie Jan Gondowicz, znany popularyzator patafizyki. Zapyta ktoś może - gdzie tu sens? Nie wiem. Ale ostatecznie idzie przecież o nonsens. Klata wystawia rubaszną, współczesną fraszkę ludową, wulgarną i obelżywą, toporną i tępą, plującą widzowi w twarz, jak opluwa się jego inteligencję w najrozmaitszych telewizyjnych kabaretonach czy serialach. Gdy ze wstydu skrywając twarz w dłoniach, oglądałem w finale złego Cara w masce Hannibala Lectera (Zbigniew Ruciński) z rozmysłem kierującego w katyńskim lesie polski samolot z bohaterami wprost na brzozę, nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Ale co jeśli kilka milionów Polaków tak właśnie wyobraża sobie przebieg tej katastrofy?

Klata zrobił z "Królem Ubu" to, co błyskotliwy reżyser mógł wraz z wytrawnym zespołem zrobić ze sztandarowego dzieła teatru absurdu. Stworzył mianowicie spektakl prowokacyjnie beznadziejny.

Michał Centkowski
Dwutygodnik
24 października 2014

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia