Poezja w lalce ukryta

7. Międzynarodowy Festiwal Szkół Lalkarskich „Lalka-nie-lalka”

Na początku drugiego dnia 7. Międzynarodowego Festiwalu Szkół Lalkarskich w Białymstoku swoimi umiejętnościami animacyjnymi mogli się popisać studenci białostockiego Wydziału Sztuki Lalkarskiej.

Studenckie impresje

Na przedpołudniowy teatr studencki składały się dwa mini-spektakle. Pierwszy z nich, „Alfabet lalkarza, czyli wszystko gra" to przegląd etiud zaprezentowanych przez studentów pierwszego roku. Młodzi lalkarze w swoich wariacjach animowali nie tylko lalki czy pacynki, tworzywem stały się również ich dłonie i przedmioty codziennego użytku. Zaprezentowali różnorodność technik animacyjnych, wykorzystując przy tym nie tylko formę, ale przede wszystkim własną wyobraźnię i inwencję twórczą. Pierwsze kroki stawiane w świecie teatru formy zaowocowały interesującymi pomysłami i rozbudziły ciekawość publiczności.

Drugi mini-spektakl, „Improwizacje", przygotowany przez studentów II roku, powstał w ramach zajęć z przedmiotu „Gra aktora lalką stolikową". Pierwsza impresja poruszała wątek zaufania – mały i zalękniony chłopczyk o rudych włosach animowany przez studentkę stawiał nieśmiałe kroki na przykrytym czarnym płótnem stoliku. Przed każdym poważnym ruchem niepewnie spoglądał na swoją animatorkę, szukając w jej oczach aprobaty, dodającej odwagi. Gdy się czegoś przestraszył, szybko ukrywał się w jej ramionach, łaknąc przytulenia dającego poczucie bezpieczeństwa. W końcu zaufał na tyle, by „samodzielnie" przechadzać się po stoliku, czyniąc przy tym rozmaite figury, na które publiczność reagowała rozczuleniem. Zupełnie inne odczucia wzbudzała komiczna para braci o tym samym imieniu – Lucas. Pierwszy, wypalony nauczyciel przesiaduje na łóżku swojego bezrobotnego od dziesięciu lat brata, narzekając na znienawidzoną pracę i życie, będące pasmem niepowodzeń. Lucas i Lucas stanowią przerywnik między poszczególnymi etiudami, prowadzeni przez animatorów z lekkością, pomimo marnej egzystencji nie stracili poczucia humoru, który towarzyszy zabawnym scenkom z ich udziałem – już samo ich pojawienie wywoływało śmiech na sali. Z podobną lekkością zaprezentowana została wyprawa na ryby pewnej lalki, której zmagania z wodą, wędką, czy złowionym kaloszem wymagały nie lada umiejętności od prowadzących postać. A to wszystko w rytm „Don't worry be happy" Bobby'ego McFerrina. Nastrój radości ogarnął kolejne impresje: złośliwej baby kopiącej, przeszkadzającej we śnie i denerwującej bezrobotnego Lucasa oraz drewnianych lalek, które usilnie próbowały pocałować się, co, zważywszy na ich ogromne nochale, okazało się poważnym problemem. „Improwizacje" zamknęła zbiorowa etiuda – obserwując przekrój poprzeczny pewnej kamienicy, widzowie mogli podglądać jej mieszkańców – znaną już wcześniej złośliwą babę, strojnisię, która swym pudrem zabielała niższe piętra, romantycznego skrzypka oraz Żyda-zarządcę nieustannie liczącego pieniądze. Choć etiudy nie miały wspólnego wątku, skomponowały się w zwięzłą całość, ukazującą efekty precyzyjnej i czasochłonnej pracy z lalką.
Następnie Akademia Sztuk Scenicznych w Bratysławie zaprezentowała dwa spektakle przygotowane przez młodych adeptów sztuki lalkarskiej (Klára Jediná oraz Peter Tilajčík). Choć na pozór różne (inne historie, inne czasy, inne inspiracje), oba poruszają problem braku miłości i nieutulonej potrzeby kochania.

Koń też człowiek?

Holstomer jest koniem, którego Lew Tołstoj w swoim opowiadaniu o tym samym tytule spersonifikował, by na przykładzie ciężkiego jako orka życia udowodnić, że miłość nie tylko nie zwraca uwagi na pochodzenie czy wiek, ale i na gatunek. Peter Tilajčík w roli konia z wyrazistą ekspresją przedstawił losy zwierzęcia przechodzącego od jednego właściciela do drugiego. Jego życie jest barwne i pełne przygód, choć nie zawsze szczęśliwych. Publiczność znajduje się po dwóch stronach sceny, wyściełanej białym prześcieradłem, na którym, niczym na wybiegu, Holstomer prezentuje koleje swego życia. W pocie czoła orze pole niedbających o niego gospodarzy, pokornie przyjmując baty. Gdy wyczerpany traci nadzieję na lepsze jutro, kupuje go pewien włościanin i robi z niego konia z klasą i prezencją, który ma zaimponować wybrance nowego właściciela. Holstomer, zniszczone kurtki markujące umięśnione ciało (aktor jest postury raczej delikatnej i kruchej) zamienia na wieczorowy, biały frak i dumnie przechadza się po scenie, jakby był na wybiegu. W spektaklu często stosowano parabazę – Holstomer rozmawia z publicznością, pokazuje jej zdrowe zęby, zaprasza nawet jedną z dziewcząt na scenę, by razem z nią przejść dumnie przez swój wybieg. Próbuje wkupić się w łaski zarówno publiczności, jaki i swoich właścicieli (są nimi małe, głowy pacynek animowane za pomocą palców aktora).

Spektaklowi nie brakuje pomysłowości i efektywności – częste zmiany świateł, druciane koniki wirujące na płycie gramofonowej, megafon i tym podobne sztuczki wzmacniają jedynie dosadną grę Tilajčíka. Tak sugestywnie wcielił się w swoją rolę, że mógłby ją z powodzeniem zagrać na czarnym tle bez żadnych rekwizytów. Może za wyjątkiem jednego – skórzanych uzd, którymi obwiązane zostało jego ciało. Gdy Holstomer uświadamia sobie, że nikt go nigdy nie kochał, zdejmuje z siebie ubranie – na nagim ciele, w ostrym świetle jarzeniówek oczom publiczności ukazują się skórzane paski, którymi przez całe przedstawienie był przewiązany Tilajčíka. Jeszcze bardziej wzbudza tym współczucie i żałość. „Holstomer" to historia konia, którego żaden człowiek nie pokocha tak, jak koń by sobie tego życzył. Największym atutem okazała się wyrazistość Tilajčíka, niestety sama historia nie była już tak interesująca. A dla konia dobra rada, od jego „stworzyciela", samego Lwa Tołstoja: „przez miłość trzeba przejść jak przez szkarlatynę, więc może wynaleźć szczepionkę przeciw miłości?".

Cyrkowe życie

Krypto-autobiograficzna powieść rumuńskiej aktorki Aglaji Veteranyi „Dlaczego dzieci gotuje się w mamałydze" zainspirowała Katarinę Aulitsovą do przeniesienia na deski teatru historii, opowiedzianej przez małą, ale doświadczoną dziewczynkę. Narratorka (Klára Jediná) nie miała łatwego życia – rodzice-cyrkowcy (mama – akrobatka, tata – klaun) prowadzą koczowniczy tryb życia, nie dają szansy swojej córce na zakorzenienie się, nie są też w stanie dać jej poczucia bezpieczeństwa. W domu cyrkowców absurd jest na porządku dziennym, a śmiechem i beztroską zamiata się problemy pod dywan. Być może dlatego opowieści bohaterki, choć smutne, opowiadane są w sposób zabawny.

Jediná tworzy na scenie cyrkową atmosferę wykorzystując przy tym grę świateł – nakłada na głowę podświetlany cylinder, z którego animuje pacynki, na lampie zawiesza długą blond perukę – symbol matki. Spektakl jest niezwykle żywiołowy i energiczny – bohaterka płynnie przechodzi przez kolejne wątki swojego dzieciństwa, a w każdym z nich, pomimo lekkości, daje się wyczuć pewne rozgoryczenie. W jednej z ostatnich scen na białym parasolu wyświetlany zostaje amatorski film, na którym widzimy rodziców dziewczynki i ich szalone pomysły (wyskakiwanie z okna, podcinanie liny, po której chodzi córka, dekapitacja ukochanej lalki). Po seansie bohaterka wyznaje, że nie chce mieć dzieci, zamyka się w drewnianym kufrze, następuję wyciemnienie, po czym kufer rozjaśnia się chłodnym, niebieskim światłem z uwięzioną w nim, zamkniętą w sobie małą dziewczynką, która boi się dorosnąć.

Pozamiatane
Trzy studentki Szkoły Lalkarstwa i Dramatu z Tel Awiwu, przygotowując etiudy pod wspólnym tytułem „Ballada miotły", mimo że wykorzystały ciekawe narzędzia lalkarskie (miotła jako adorator, sugestywna lalka-baletnica, czy gąbczasta główka na dłoni), to zabrakło im dobrego rozwinięcia pomysłów. Przesadzony taniec z miotłą, czy łapanie muchy za pomocą siatki na motyle, sprayu na szkodniki i odkurzacza to niewiele jak na Szkołę Lalkarską. Dodatkowo, cztery krótkie impresje miały poważne ubytki techniczne, najbardziej rażącym był brak skoordynowania ruchów z muzyką podczas scen tanecznych i partii śpiewanych (a właściwie wyśpiewywanych z playbacku – kolejny poważny minus). Najciekawsze i najśmieszniejsze momenty spektaklu zapewnił Ahmed – pacynka stylizowana na hindusa w turbanie, który poruszając się niczym aktor z Bollywood zapowiadał poszczególne scenki. To właśnie w nim dostrzec można było umiejętności izraelskich lalkarek i ich potencjał, resztę można zamieść pod dywan.

Teatralna treść życia wewnętrznego

Znakomita „Toccata" to przykład mistrzowskiej formy i najwyższego kunsztu sztuki lalkarskiej. Figurentheater Wilde & Vogel zaprezentował festiwalowej publiczności mroczny i przejmujący nokturn o Robercie Schumannie, kompozytorze i pisarzu, którego geniusz okupiony został obłędem. Lalki i marionetki przypominające upadłe anioły, poszarzałe motyle, skorupiaki i mroczne kreatury, zstępują na ziemię i krążą wokół niczym rozstroje nerwowe Schumanna. Choć obracają się wokół śmierci i są nią naznaczone, zostały kunsztownie ożywione przez Vogla, w martwą materię tchnięto życie. Szarość i mrok ogarniające scenę z każdej strony odzwierciedlają stany lękowe i depresyjne kompozytora, przejmująco obnażając studium postępującego obłędu. Fragmenty pamiętnika Schumanna ożyły w „Toccacie" pod postacią wizji na granicy snu i jawy – koszmarnej nocy i gorzkiego przebudzenia. Na scenie nie ma ani jednej niepotrzebnej rzeczy, wszystko jest uzasadnione, każdy, najmniejszy nawet rekwizyt (np. bukiecik poblakłych kwiatów, tak małych jak nadzieja) odczytywać można symbolicznie.

W chłodnym świecie przypominającym grobowiec, w którym żywi są umarłymi, najmniejsza nawet nadzieja na odwrócenie złego losu przemienia się w pragnienie ideału, niemożliwego do osiągnięcia, jak np. piękna kobieta, którą Schumann chciałby pokochać, jednak strach i lęki każą mu odsunąć ją od siebie i powrócić do melancholii swojego życia. Muzyka organowa w wykonaniu Charlotte Wilde odzwierciedla niepokoje duszy cierpiącej. Wzbudza poczucie podniosłości, wyraźnie akcentując poszczególne stany bohatera, ale nie ucieka w napuszoną powagę, tylko pobudza ciało i ducha do drgnień sięgających w głębię egzystencji. „Toccata" niepokoi i zachwyca, przeraża diabelskością i uwodzi pięknem metafizyki, tworzy wysublimowany świat dla udręczonej immanencji.

Nie taki wariat straszny...

Ile jest wariata w wariacie? Czy każdy pacjent zakładu dla obłąkanych rzeczywiście jest szalony? A może postradanie zmysłów jest kwestią umowną zależną od intencji i okoliczności? „Dylematt" zaprezentowany przez studentów białostockiego Wydziału Sztuki Lalkarskiej próbuje na te pytania odpowiedzieć. W sanatorium dla obłąkany przebywają trzej pacjenci podający się za wielkich fizyków: Newtona, Einsteina i Möbiusa. Porządku na oddziale strzeże kulawa doktor Matylda von Zahnd w asyście pielęgniarek (w tej profesji rotacja jest nieustanna – siostry miłosierdzia kolejno zostają uduszone przez pacjentów). Piotr Wiktorko, Paweł Rutkowski oraz Mateusz Trzmiel animują lalki ubrane tak samo jak aktorzy, z kolei Helena Radzikowska oraz Paulina Moś posługują się przede wszystkim słowem.

Möbius, twórca niebezpiecznej dla ludzkości teorii wszystkiego, ukrywa się w szpitalu psychiatrycznym i utrzymując, że ukazał mu się król Salomon, podważa wiarygodność swoją i swojego odkrycia. Einstein i Newton to przebrani agenci, każdy z nich chce wykorzystać Möbiusa na potrzeby własnego wywiadu. Na koniec okazuje się, że prawdziwą obłąkaną jest doktor Matylda, której król Salomon nakazał przechwycenie teorii Möbiusa i przejęcie kontroli nad światem. Spektakl jest pełen energii i kontrolowanego chaosu. Nieprzewidywalne zwroty akcji i umiejętna gra rekwizytem nadały mu barwności i wyrazistości. Przez pełną ekspresji grę zdarzało się aktorom zapominać niekiedy o swoich lalkach, choć animowali je przekonująco i interesująco. Scena hojnie przyjęła beztroskę i poczucie humoru studentów.

Kroki w chmurach

Drugi dzień festiwalu zakończył się w tanecznym stylu, a to za sprawą „Urody życia" w wykonaniu Podlaskiego Stowarzyszenia Tańca. „Pierwsze kroki stawiaj w chmurach, choćbyś wiedział, że nie wskórasz w takich chmurach nic, absolutnie nic" – pisał Marek Hłasko. Marzenia i pytanie czy warto o nie walczyć to jeden z wielu motywów przewijających się w przedstawieniu. Biel muzyków i tancerzy symbolizuje czystość i niewinność nowonarodzonego – początek życia staje się punktem wyjścia. Początkowo niepewne pierwsze kroki szybko zamieniają się w gonitwę do utraty tchu. Świadomość przemijalności życia wzmaga pokusę oszukania czasu – szybciej, znaczy pełniej. A co kiedy przychodzi zadyszka? Trzeba się zatrzymać i dokonać redefinicji. Wytańczony cykl życia od narodzin do śmierci koncentruje się na pragnieniach realizacji marzeń i próbach dążenia do szczęścia. Białe balony wypuszczane w niebo to odchodzące szanse, której już nie powrócą, te pozostałe na ziemi są przeszkodami w drodze do celu.
Spektakl przepełniony jest liryzmem, choć nie zawsze udało się uniknąć nieco patetycznej poetyki. Z układów choreograficznych łatwo wywnioskować, jakie momenty życia są tańczone (zaufanie – przechylanie się w tył w ramiona partnera, namiętności – walki par o prymat pierwszeństwa itp.), dlatego nie powinny trwać dłużej niż 2-3 minuty, niestety niekiedy przedłużały się nawet do 10 minut. Nie zyskały tym na wyrazistości, raczej nużyły. „Uroda życia" okazała się przetańczona, choć zgrabnie ukazała w czym tkwi piękno i gdzie go szukać.

Przy rozgwieżdżonym niebie lub w lekkiej otulinie z deszczu zakończył się drugi dzień Międzynarodowego Festiwalu Szkół Lalkarskich w Białymstoku.

Paulina Aleksandra Grubek
Dziennik Teatralny
23 czerwca 2014

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia