Pojedynek na wielu frontach

"Fatalista" - reż. Wojciech Urbański - Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy

Na początku był rosół. Nie jakiś tam zwykły rosół, lecz złoty rosół szabasowy. A także, szminka koloru czerwieni strażackiej na kołnierzyku koszuli Beniamina Fatalisty.

 

Czy przeznaczone nam jest podążać jakąś z góry wyznaczoną drogą? Wierny swoim ideałom Beniamin wierzy, że bunt człowieka przeciwko wszechświatu jest bezcelowy, bowiem Księga Losu zawiera w sobie przeznaczenie wszystkich ludzi, daje się zatem ponieść fali przypadków i tym samym zdejmuje z siebie oświeceniową odpowiedzialność jednostki za swoje czyny. Z mętnego tłumaczenia się przed żoną Leą wynika, że stając naprzeciwko okoliczności to one decydują za niego. Na poziomie komedii małżeńskiej mamy więc dwa ścierające się temperamenty w trudnej grze uczuć, gdzie każdy ruch ma swoje następstwa i trzeba go dobrze przemyśleć.

Doskonała konstrukcja dialogowa, bystra i ironiczna, pozwala nam śledzić tę małżeńską grę jakby to była gra w ping-ponga. W gruncie rzeczy jednak mamy do czynienia z toczącą się od zawsze wojną metafizyczną między fatalizmem a woluntaryzmem. Lea, która w tej bitwie staje po stronie woluntaryzmu, reprezentuje humanizm i miłość do jego produktów– sztuki, poezji, literatury. W tym przekonaniu zawarta jest ufność, że jedyna wolność jaka jest dana człowiekowi znajduje się w jego wolnej woli. Lea jest w tym spontaniczna i szczera, jest dojrzalsza w swoim stanowisku, łatwiejsza do zrozumienia, bo bardziej zdroworozsądkowa. Dlatego też, za młodu, zafascynował ją Beniamin, prezentujący światopogląd tak różny od jej własnego, ideowiec, który w swojej bezczelności zaproponował jej małżeństwo, bo w końcu i tak jest nieuniknione. On sam określa się jako fatalista, decyduje się więc na czyn najbardziej radykalny, by dowieść konieczności wypadków oraz swojej miłości do Lei, obie te rzeczy zapisane gdzieś tam w górze– stawia na szali własne życie.

Relacja Boga z człowiekiem, sposób w jaki został stworzony świat i czy człowiek jest w nim tylko aktorem spełniającym boski plan zawsze stanowiły podstawę rozważań metafizycznych. Wolna wola człowieka przybierała nieraz formę dramatyczną i ostateczną, bo jedynym środkiem buntu przeciwko Bogu i zdeterminowanej z góry rzeczywistości jest targnięcie się na to, co należy naprawdę do nas, na nasze własne życie. Tylko w ten sposób może w skrajnym determinizmie przejawiać się wolna wola człowieka. Te filozoficzne rozważania i tragizm człowieczeństwa nie jest obcy Beniaminowi. Beniamin nie wierzy jednak w Boga, wierzy w porządek ustalony z góry, wierzy, że nawet jeśli stanie na torach kolejowych w pewną zimową noc rozpędzony pociąg się zatrzyma. Zabezpiecza się jednak na wypadek śmierci. A najgorsze jest to, jak sam mówi, że właściwie nawet nie wie czy przeżycie tego eksperymentu oznaczałoby, że istnieje przeznaczenie czy też nie. I tutaj właśnie dochodzimy do podstawowego, wydawałoby się, przesłania jakie niesie za sobą sztuka. Największy tragizm człowieka nie polega na istnieniu, lub nieistnieniu wolnej woli, lecz na prostym i nieco cynicznym może fakcie, iż tak naprawdę to wszystko jedno. Bo czyż nie będzie wszystko jedno za kilka lat, gdy wybuchnie wojna i śpiewy szabasowe w żydowskiej dzielnicy Warszawy zamilkną?

Choć mogłoby się wydawać, że Tadeusz Słobodzianek, autor kontrowersyjnej dla niektórych środowisk sztuki „Nasza klasa", tym razem nie poruszył tematu wojny i Shoah, nie ma nic bardziej mylnego. Zdarza się tak, że milczenie jest dużo wyraźniejsze od suchego tekstu i tym razem tak się właśnie stało. To dzięki takiej, a nie innej aranżacji, reżyserii Wojciecha Urbańskiego, objawia nam się niepokojący charakter spektaklu, burzący odbiór sztuki jako sielankowej komedii. Gdy przypatrzymy się bliżej scenografii (autorstwa Joanny Zemanek), gdy wsłuchamy się w dźwięki (Natalia Czekała), zaczynamy odczuwać pewnego rodzaju dyskomfort. Uwagę zwraca otwarte okno w jadalni, w której dzieje się cała akcja dramatu. Dlaczego, gdy Lea wychyla się przez nie i krzyczy na chłopców grających w piłkę, a jej głos echem odbija się po ścianach kamienicy, przechodzą nas, widzów, ciarki? Dlaczego, przełykamy niespokojnie ślinę, gdy w kompletnej ciszy słychać szabasowe śpiewy rabinów? Dlaczego szare ściany warszawskich przedwojennych kamienic wyglądające przez to okienko wzbudzają w nas poczucie, że gdzieś już to widzieliśmy? Małżeńskie perypetie i przemycone w nich wątki religijno-światopoglądowe przybierają nagle formę dystrakcji, odwracając naszą uwagę od tego, co ma wkrótce nastąpić. W pewnym sensie rozstrzygnięta zostaje potyczka światopoglądowa, którą toczą bohaterowie. Z perspektywy widza, znającego rozwój dziejów, to co nadchodzi jest nieuniknione i konieczne– zagłada Żydów europejskich. I ta wiedza przebija się do świadomości widza, co sprawia, że z pozoru odszczepione od rzeczywistości konwersacje, za chwilę, gdy Holocaust zmiecie z powierzchni ziemi nie tylko ludzkie istnienia, ale także dotychczasową koncepcję humanizmu i istoty człowieczeństwa, stają się nagle dyskusją o sensie ludzkich dziejów.

To myślenie o Holocauście jest, zdaje się, pewnym spadkiem po myśli Hanny Arendt. Zło nie jest działaniem sił nadprzyrodzonych, zło jest wynikiem działań człowieka, w dodatku, działań opartych na kalkulacjach rozumu. Arendt znana jest także z silnej krytyki postawy Żydów godzących się iść jak baranki na rzeź. Wynika to być może z wpisanego w judaizm wiecznego cierpienia narodu wybranego, w pewnym sensie, wersją fatalizmu.

Jednak w obliczu fabryk śmierci, które rzucają złowieszczy cień na całą akcję spektaklu, postawy filozoficzne wobec wolnej woli i istnienia determinizmu wydają się zbyt małe, zbyt liche, by wytłumaczyć ogrom żydowskiej zagłady.

Zuzanna Geremek
Dziennik Teatralny Warszawa
4 marca 2019

Książka tygodnia

Opowieści
Wydawnictwo MG
Fiodor Dostojewski

Trailer tygodnia

(F) Paralele
Marek Zimakiewicz
„Paralele”, to inicjatywa Fundacji An...