Poker i trochę miłości

"Coś w rodzaju miłości" - reż. Martyna Łyko - Teatr W. Siemaszkowej w Rzeszowie

„Coś w rodzaju miłości" Millera jest historią kryminalną, w której, jak w każdym dobrym kryminale podłoże psychologiczne odgrywa rolę istotną. A może nawet istotniejszą, niż w przeciętnym, dobrym kryminale.

Detektyw Tom - Robert Żurek, próbuje rozwikłać zagadkę morderstwa popełnionego przed laty. W tej sprawie może mu pomóc Angela - Mariola Łabno - Flaumenhaft. Jej bohaterka bierze życie takim, jakim ono bywa, a bywa najczęściej byle jakie. Może właśnie dlatego miewa ona zaburzenia psychiczne i Tom szybko orientuje się, że składane przez nią zeznania są z sobą sprzeczne. Pomiędzy nim i nią, nawiązuje się przedziwny rodzaj gry w pokera, również w sferze uczuć.

U Millera atmosfera, napięcie, klimat, psychologia, prawie wszystko, zależą od tego, kto w jego sztuce gra i jak to robi. Krótko mówiąc, zależą od aktorów. Jeśli są oni mało wyraziści, nawet o wątłym sukcesie nie wolno marzyć. Na szczęście, Łabno - Flaumenhaft i Żurek, są doświadczeni, dysponują świetnym warsztatem i są w stanie zapewnić jednym widzom dobrą zabawę kryminalną, innym posmakowanie cudzego, gorzkiego życia w jego wydaniu niespełnionym, niektórym osobistą refleksję ogólną o takim życiu. Ona wysmakowanie gra kobietę w gruncie rzeczy boleśnie osamotnioną, noszącą w sobie dwie tajemnice, pierwszą, która dotyczy sedna kryminalnej zagadki, drugą, kto wie, czy nie głębszą, związaną z jej powikłaną i obolałą osobowością. Elastycznie, w sposób wycieniowany porusza się po skali niedomówień i skutecznie broni swej postaci przed jednoznaczną oceną. On gra kogoś, osobowościowo równie samotnego, kto instynktownie czuje, że to, co ona mówi, ma głęboko ukryte sens i ład, ale na wierzchu, w warstwie słownej, stanowi tylko odbicie jej niepokojów i strachu przed krańcowym osamotnieniem. Domyśla się, że ona stoi na granicy osobowościowego rozpadu, chce jej pomóc i jednocześnie rozwiązać kryminalną zagadkę, której zakończenie ona zna, ale wciąż zwodzi go obietnicami powiedzenia o tym. Cały czas toczą z sobą psychologiczną bitwę. Tak długo, jak tego zechce ona. Świadoma, że jak ujawni rozwiązanie kryminalnej zagadki, on nie będzie jej już odwiedzał i wszystko się skończy. Piekielnie inteligentna, świetna psychologiczna gra ze zbrodnią w tle, i równie świetne, określające jej ramy role, w spektaklu granym w dobrym tempie.

Przyjmując takie tempo przedstawienia, reżyserka Martyna Łyko w zasadzie na nim poprzestaje. Nie kusi ją chęć odświeżenia leciwej sztuki Millera, osadzenia w zmienionych realiach, w innym czasie, dopisania zmodyfikowanej puenty, a może zawieszenia jej gdzieś w powietrzu. Dobrym pomysłem jest wykreowanie mrocznego, przymglonego światła udanie sugerującego intymność treści. Z kolei światło sceny tworzy rodzaj okna przesłoniętego firanką, które równie udanie ma świadczyć, że widzowie kogoś podpatrują. A może jest to lustro, w którym oni przypatrują się sobie, własnej samotności? Ale już po jego drugiej stronie, tego okna, może lustra, scenografka Paulina Rzeszowska szczelnie wypełnia przestrzeń przesadzoną ilością przedmiotów mieszkania z lat równoległych Millerowi, gdzie nawet telefon jest na kablowej uwięzi. Trochę dziwi tak mało inwencji. W czasach heroicznych zmagań młodych twórców z materią teatralną, czego skutki wywołują chwilami zdumienie i szok. Ale często też bywają ciekawe.

 

Andrzej Piątek
Dziennik Teatralny Rzeszów
21 marca 2016
Portrety
Martyna Łyko

Książka tygodnia

Wybór poezji
Wydawnictwo Ossolineum
Zbigniew Herbert

Trailer tygodnia

5. Międzynarodowy Fest...
Adolf Weltschek
W tegorocznym programie znalazło się ...