Pół minuty czerwieni przełamanej żółcią, czyli o komponowaniu i nie tylko

Rozmowa z Janem Kantym Pawluśkiewiczem

Teatr jest magią. Film również jest magią, ale jest to zupełnie inny przekaz. Natomiast magia teatru bierze się z tego powodu, że z realnych kształtów zdolny reżyser jest w stanie stworzyć świat nierealny, boski.

Z Janem Kantym Pawluśkiewiczem - kompozytorem piosenek, muzyki teatralnej i filmowej, jurorem XVII Interpretacji w Katowicach rozmawia Patrycja Golik.

Podczas tegorocznej edycji Interpretacji jest Pan nie tylko widzem, ale również jurorem. Czy fakt ten jakkolwiek zmienia sposób odbierania sztuki; czy „przepuszcza" ją Pan przez inne kryteria?

Jan Kanty Pawluśkiewicz: - To nie ma żadnego wpływu, po prostu jestem w teatrze. Tak się złożyło, że jestem tutaj również jako juror. Ale to szczęśliwy splot wydarzeń, gdyż - jako widz wyłącznie - pewnie nie byłbym w stanie zobaczyć wszystkich tych spektakli, z racji tego, że przyjeżdżają one z całej Polski, specjalnie w tym celu wyselekcjonowane. Będąc jurorem, towarzyszy mi jedynie swego rodzaju niepokój. Mianowicie, czy dość precyzyjnie oglądam, czy na pewno jestem świadom przekazywanej idei i – w końcu – czy odpowiednio ją zinterpretuję. Będąc samym widzem, mogę bardziej kaprysić. Wtedy, być może, w wyniku stanów początkowej irytacji, opuściłbym salę. Tutaj nie mogę tego zrobić z oczywistych względów. Generalnie różnicy w odbiorze nie ma, oprócz tego, że, jako członek jury, staram się być po prostu cały czas czujny.

Jaki teatr jest Pańskiemu sercu najbliższy? Co Pana najbardziej zachwyca w sztuce teatru?

- Magia. Teatr jest magią. Film również jest magią, ale jest to zupełnie inny przekaz. Natomiast magia teatru bierze się z tego powodu, że z realnych kształtów zdolny reżyser jest w stanie stworzyć świat nierealny, boski. Świat stanu iluminacji. Ale także przekleństwa czy rozpaczy.

Polska scena teatralna bardzo zmieniła się na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, a jako kompozytor muzyki teatralnej mimochodem śledzi Pan jej ewolucję. Zmierzamy w dobrą stronę?

- W kompletnie złą, dlatego że - jeśli chodzi o komponowanie - jest ono w stanie zaniku. Rozumiem, że kompozytorzy chcą nawiązać do klasyki awangardy lat 50., słusznie swego czasu zarzuconej i odsuniętej. Z jakiego jednak powodu współcześni kompozytorzy muzyki teatralnej sięgają do tych złych wzorców? Nie wiem. Rozumiem, że istnieje pokusa, by zrobić coś atonalnie, lecz przypomina mi to branie muzyki gotowej, którą w prowincjonalnych magazynach na tak zwanych „skibordach", czyli instrumentach elektronicznych, przerabia się w taki sposób, że coś tam faluje, coś nudnego się toczy. Jednym słowem - mamy do czynienia z modelem skarłowaciałej „minimal music", a więc najmniejszej koncepcji melodycznej. Ona wprawdzie przemawia w sensie teatralnym, ale w sposób zbyt prostacki, co sprawia, że zupełnie mnie nie obchodzi. Domyślam się jednak, że jest to tylko stan przejściowy.

Ze współpracy z którymi reżyserami teatralnymi jest Pan najbardziej usatysfakcjonowany?

- Mój czas w teatrze już minął, obecnie zajmuję się muzyką symfoniczną, filmową, operą. A reżyserzy, z którymi współpracowałam, to przede wszystkim Tomasz Zagadło, Kazimierz Kutz, Tadeusz Bradecki. Czyli krakowski i warszawski Teatr Narodowy. Jednak to właśnie Kutz jest osobą, która w sposób mistrzowski potrafi przekazać to, czego oczekuje ode mnie, w ten przewrotny sposób, że o muzyce po prostu nie rozmawiamy. Zamawiając muzykę, spodziewa się, w jakim kierunku podążam i jeżeli on zaproponuje coś radykalnie innego, to moją estetykę również zmienię po to, by jak najlepiej akompaniować spektaklowi. Jest natomiast sytuacją wysoce niekomfortową, żeby nie powiedzieć żenującą, kiedy to reżyser teatralny wie dokładnie, jaka powinna być muzyka, zaznaczając przy tym, że nie ma zupełnie słuchu, jest za to bardzo wymagający i równocześnie kapryśny. Są to zresztą wyraźne znaki, że jest po prostu słabym reżyserem.

Jak więc wygląda proces tworzenia muzyki do teatru?

- Są różne metody. Wybitni kompozytorzy, tacy jak Stanisław Radwan, uczestniczą cały czas podczas prób do spektaklu. Osobiście mam inną szkołę, zjawiam się dopiero na próbach generalnych, nagrywając muzykę co najmniej dwa tygodnie wcześniej. Z Kutzem na przykład określaliśmy tylko kolor napięcia. Poszczególne barwy - żółć, fiolet, zieleń - oznaczały temperaturę napięcia. Przyjęliśmy taki system, gdyż zajmuję się malarstwem, a Kutz również jest w tej kwestii dobrze wyedukowany. Mówił więc na przykład, że potrzeba pół minuty czerwieni przełamanej żółcią i od razu było wiadomo, o co chodzi.

Skoro mowa o barwach - „wyżywa" się Pan artystycznie na wiele różnych sposobów. Skąd fascynacja malarstwem i technika żel-artu?

- To mój zawód, jestem bowiem z wykształcenia architektem po pięcioletniej szkole w katedrze rysunku prof. Wróblewskiej i prof. Młodzianowskiego i po czteroletniej szkole rzeźby, liternictwa oraz grafiki. W pewnym momencie szczęśliwie sobie o tym „przypomniałem". Obserwuję współczesne technologie i żele są czymś zjawiskowym, a skoro nikt się nimi nie zajął, to uznałem, że najwyższa na to pora.

Jest Pan absolwentem Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej, dlaczego więc nie kariera architekta, tylko właśnie muzyczna?

- Wówczas, gdy studiowałem, czekałaby mnie przygnębiająca perspektywa. Muzyka jawiła mi się jako większy obszar wolności. Architektura jest zajęciem dumnym i zachwycającym, jednak w chwili, gdy ukończyłem studia, obowiązywały takie reguły projektowania, które nie stwarzały młodemu architektowi najmniejszych perspektyw na coś sensownego, za wyjątkiem jakichś klinicznych przypadków. Zamiast więc zmagać się z brakiem elementarnej wolności, wybrałem muzykę, która tę wolność mi zapewniała. Wtedy i dziś.

Jan Kanty Pawluśkiewicz - jeden z najbardziej znanych kompozytorów muzyki filmowej, teatralnej i rozrywkowej w Polsce. Karierę artystyczną rozpoczął w 1966 roku jako jeden ze współzałożycieli kabaretu Anawa, który z czasem przerodził się w zespół muzyczny z wokalistą Markiem Grechutą. W 1973 roku wokalistą Anawa został Andrzej Zaucha. Jest autorem muzyki wielu znanych piosenek z repertuaru Marka Grechuty, Andrzeja Zauchy czy Grzegorza Turnaua. Jan Kanty Pawluśkiewicz czasem również sam śpiewa. Jest kompozytorem wielu form muzycznych, między innymi: Opery żebraczej, oratorium Nieszpory Ludźmierskie, poematu symfonicznego Harfy Papuszy oraz wspólnie z Markiem Grechutą musicalu Szalona lokomotywa.

Patrycja Golik
Gazeta Festiwalowa
14 listopada 2015

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski