Polak w słowiańskich gaciach

Rozmowa z Markiem Kondratem

Marek Kondrat w ekskluzywnym wywiadzie z Katarzyną Janowską o tym, w czym tkwi siła polskiej literatury, o bliskości z naturą, "Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk" i "Niesamowitej Słowiańszczyźnie" Marii Janion oraz literaturze Josepha Rotha.

Niezapominany Adaś Miauczyński z filmów Marka Koterskiego, czy Olo z "Psów" Pasikowskiego tydzień temu obchodził urodziny
Kondrat mówi o "Irlandczyku" Scorsese i serialu "Sukcesja" zaznaczając, że to kino bez nadziei, w którym nie chciałby grać.

Katarzyna Janowska: Marku, dzień dobry, w jakim miejscu cię złapałam?

Marek Kondrat - Jesteśmy na Mazurach. Nie wszędzie mamy dobry zasięg, ale może się uda porozmawiać przez telefon.

Wakacje?

- Na siłę. Uciekamy przed pandemią. Jesteśmy w lesie, wokół jeziora.

Ucieknijmy od COVID-u choć na chwilę. Łowisz ryby?

- O tak. Bardzo lubię samotny czas na łódce z wędką.

Masz jakieś rekordy łowieckie na koncie? Jakiś szczupak-olbrzym?

- Największy szczupak jakiego złowiłem w życiu ważył 8,25 kg i miał 1,10 m długości.

Wow! Robi wrażenie. Krzysztof Środa, filozof, ale też wędkarz, w książce "Srebro ryb" pisze, że przed wojną zdarzały się ważące 70 kg sumy. Wyobrażasz sobie zmierzyć się z taką rybą?

- To byłoby coś, bo jak słusznie mówisz, w wędkarstwie rywalizacji z rybą jest bardzo istotne. Zmniejszająca się na przestrzeni lat wielkość ryb pokazuje, jak zmieniliśmy środowisko naturalne, jaki jest stan wód i przyrody. W Hiszpanii chodzę często do mercado, gdzie jest cała hala z owocami morza. Można tam zobaczyć niezliczone ilości ryb, także tych wielkich tuńczyków, szpad. Po cenach łatwo rozpoznać, że większość pochodzi z hodowli. Te żyjące dziko są bardzo drogie. I niestety tak będzie wyglądała sprawa całej naszej żywności. Wszystko, co naturalne będzie rzadkością i będzie osiągało ogromne ceny. Widać to już w sklepach z biologiczną żywnością. Na szczęście ludzie zaczynają na to zwracać uwagę, ale boję się, że może być za późno, bo ziemia pod wpływem naszych działań zaczyna się zwijać.

Kondrat: fascynują nas istoty z obcego nam świata

Krzysztof Środa pisze, że dla niego ichtiologia, podobnie jak i ornitologia to rodzaj doświadczenie religijnego. Dla niego za tymi niesamowitymi kształtami i kolorami ryb kryje się tajemnica. Może absolut. Zdarzało ci się tak pomyśleć?

- Ja chyba aż tak głęboko o tym nie myślałem. Łowienie jest dla mnie pretekstem do uzyskania bliskiego kontaktu z naturą. Ale w książce Krzysztofa Środy jest wiele bliskich mi tropów. Dla nas ludzi łowiących występują tam nazwiska ważne, jak np. Tadeusza Andrzejczyka. Autora książki "Wędkarstwo jeziorowe", którą w młodości się zaczytywałem. Ta książka oprócz tego, że miała fachowe strony, odkrywała świat obcy nam. Na targach rybnych widzę w oczach ludzi fascynację rybami, które pochodzą z obcego i jednak mało dostępnego dla nas świata.
Łowię ryby od wczesnej młodości. Zawsze pociągała mnie woda jako nieprzenikniony żywioł. Zarzucenie wędki jest gestem wejścia w głąb tej przestrzeni i jest to dla mnie pociągające. Bardzo często złowione okazy wypuszczam. Ale jak czuję rybę z drugiej strony wędki, to oczywiście pojawia się naturalna potrzeba zmierzenia się z nią.

Znamy te instynkty, choćby z Hemingwaya. Krzysztof Środa pisze, że woda wciąga nie tylko ciała, ale i dusze ludzi. Zaprzedałeś duszę wodzie?

- Przeżywam dziwne stany, ale podniecające kiedy przebywam blisko rzek i to nie koniecznie tych wielkich, najbardziej znanych. Podobają mi się małe, malownicze przesuwające się leniwo rzeczki, ale i te górskie z całym swoim bogactwem. Mogę iść godzinami i obserwować nurt rzeki, zmieniający się krajobraz, otoczenie. Paradoksalnie, płynąca rzeka jest czymś trwałym, kryje w sobie pamięć czasu. Podobnie myślę o miastach. Stare miasta trwają przez wieki, zmieniają się kostiumy jego mieszkańców i zwiedzających, a mury pozostają niezmienne, są świadkami czasów.

Kiedy mówisz o rybach, o przyrodzie to wraca do mnie myśl ze "Srebra ryb" o o bogach ukrytych w drzewach, rzekach, kwiatach. O pierwotnych wierzeniach. Czy ty jesteś religijny?

- Nie, nie jestem. Ale natura jest dla mnie przestrzenią do przeżywania rzeczy niecodziennych. Uruchamia we mnie inny typ wyobraźni niż doraźność. Dlatego uciekam z miast. Kiedyś byłem zawieszony między skrajnościami: albo życie w mieście albo czysta natura.

Dziś miasta są dla mnie nie do zaakceptowania. W Polsce ciągle, mimo usilnych starań polityków, lasy są piękne i monumentalne. Blisko natury czuję się bezpiecznie, na swoim miejscu, zrozumiany. Cały czas uczę się lasu, nazw drzew, wiem jakie zwierzęta i w jakich cyklach żyją w lasach.

Kiedy mówisz, że nie jesteś religijny to znaczy, że nie wierzysz, że istnieje coś więcej niż nasze teraz, jakiś rozdaj transcendencji?

- Jestem sceptyczny wobec tego. Właśnie natura jest rodzajem absolutu, który mi wystarcza. Namiętnie czytam o wszystkich odkryciach dotyczących wszechświata. Ostatnio przeczytałam o życiu, które istniało na Wenus siedemset milionów lat wstecz. Naukowcy taktownie nie polemizują z kościołem.

To odwrotnie niż kościół...

- No właśnie. To jest różnica. Potem kościół się cichcem wycofuje z krzywd, które wyrządził w imię ortodoksji. Naukowcy twierdzą, że życie może skądeś zniknąć, choćby z ziemi, ale ono nigdy nie umiera. Szuka dla siebie nowej formy, nowej przestrzeni. Tak było w przypadku Wenus. Życie się stamtąd uniosło w postaci chmury. Znalezione na Wenus ślady życia uświadamiają mi, jak wiele rzeczy wymyka się naszej wyobraźni. Wszechświat, między innymi, dzięki takim odkryciom, jawi mi się jako coraz potężniejszy. Naukowcy twierdzą, że drugi wielki wybuch jest nieunikniony. Myślę, że nauka już wkrótce jednoznacznie wypowie się w kwestii absolutu. Uświadamiając nam naszą znikomość we wszechświecie, przekreśli możliwość istnienia jakieś transcendencji.

Kondrat: też jestem z pogranicza

- Na tę znikomość mamy już sporo dowodów, choćby pandemia, która zachwiała naszym światem. Bóg to kwestia wiary, a nie dowodów naukowych. Dziś nauka często przegrywa z teoriami spiskowymi, z płaskoziemcami, z nieracjonalnością, więc w zwycięstwo nauki nad emocjami nie wierzę. Zastanawiam się, czy jeśli mówisz, że nie wierzysz w transcendencję to wyraz pesymizmu czy optymizmu? Myśl o tym, że czeka nas życie i to wieczne po śmierci może być zarówno źródłem nadziei, jak i przerażenia.

A to ciekawe odwrócenie sytuacji, bo wiara była przez wieki rodzajem balsamu dla ludzi. Obietnica przyszłego życia miała osłodzić straszliwą czasami doczesność. Ale ja wierzę w postęp nauki i w to, że będzie obalać mity w sposób bezwarunkowy. Choć oczywiście chrześcijaństwo ma dwa tysiące lat i ciągle bardzo silny wpływ na ludzi.

Natomiast źródło mojego pesymizmu lub optymizmu, to już sama zawyrokuj, bierze się stąd, że ja zawsze miałem silną świadomość doraźności. To co się dzieje, przytrafia się w czasie mi wyznaczonym. O innym nie myślę. Jakoś trudno mi sobie wyobrażać niebo lub czyściec, o których na dodatek czytam przy swoim nazwisku.

Kiedy wchodzę do internetu, żeby zobaczyć, co kolorowa prasa o mnie pisze, to znajduję wypowiedzi reżysera o takim samym nazwisku jak moje, który z przekonaniem opowiada o cierpieniach, jakie czekają nas w czyśćcu, czy w piekle. Zastanawiam się, jak można z taką pewnością mówić, o czymś co jest czystą fantasmagorią.

Premiera filmu "Czyściec" Michała Kondrata już w ten weekend, więc może czegoś się dowiemy o tamtym świecie, bo reżyser sugeruje, że temat zgłębił. Na razie trzymajmy się tego świata. Wiem, że twoim ulubionym pisarzem jest Joseph Roth, autor "Marszu Radetzky'ego", "Savoya". Austro-Węgry, Galicja, żydowski sztetl – to korzenie Rotha. Co cię pociąga w jego literaturze?

- Jest ze świata, do którego i ja też przynależę.

Kiedy Olga Tokarczuk dostała literacką Nagrodę Nobla, kolejną dla polskiego pisarza w ostatnich kilkudziesięciu latach po Wisławie Szymborskiej i Czesławie Miłoszu, zacząłem się zastanawiać, skąd bierze się nasza siła akurat w tej dziedzinie. Otóż myślę, że bierze się z różnorodności. Olga Tokarczuk jest być może ostatnią, wielką pisarką, która sięga do wielokulturowego świata. Czytam właśnie "Księgi Jakubowe" i widzę, że Tokarczuk jest z tego samego świata co Joseph Roth. On nieustająco pisze o pograniczu, z którego ja też się wziąłem.

W moich księgach, że tak to nazwę, są także dalekie przestrzenie. Na przykład Ukraina, moja matka miała napisane w dokumentach Lwów, Związek Radziecki.

Dlatego Polska, która jest dziś na ustach prawej strony nie jest do końca moja. Biorę ją w cudzysłów. Jestem bowiem daleki od taniego patriotyzmu, patriotyzmu opartego na wykluczeniu. Polska jest kulturowo o wiele szersza i bogatsza.

Podoba mi się podejście Rotha. Był wielkim entuzjastą monarchii Austro-Węgierskiej, której rozpad obserwował.

Opisał to w trylogii "Marsz Radetzky'ego". Trzy pokolenia rodziny Trottów to kolejne odsłony tej opowieści.

- Roth widział czas rodzących się aspiracji narodowych. W miejsce monarchii pojawiają się państwa takie jak Polska, kraje bałkańskie czy Węgry, które zyskują zupełnie inne oblicze niż wcześniej.

Nad Węgrami do dziś ciąży melancholia za utraconą mocarstwowością. Jedynym śladem ich dawnej wielkości jest Budapeszt.

- To prawda. Do głosu dochodzą ludzie, którym niesłychanie zależy na odrębności. Roth portretuje ich jako nieudaczników, którzy nie mają niczego innego w zanadrzu. Podwiązują się do nowopowstających państw narodowych, kreślą granice i podziały.

Jest świetne opowiadanie o hrabim Morstinie, pt." Popiersie cesarza". Morstin był Włochem, ale nie miał tej świadomości i nie było mu ona do niczego potrzebne. Miał swoje włości i raz w tygodniu, w piątki, przyjmował ludzi, którzy mu dziękowali za datki.

We wsi traktowali go jak przedstawiciela urzędu gminnego. Komuś załatwił uchylenie od wojska, innemu pomógł w karierze. Wielbił cesarza i świetnie czuł się w rozległej, wielonarodowej monarchii. Nagle wszystko się zmieniło. Budki w żółto-czarne pasy obowiązujące na terenie monarchii Austro-Węgierskiej zostały przemalowane, żołnierze przebrali się w inne mundury, tylko chłopi dalej przychodzili do hrabiego Morstina po rady i datki, bo dla nich nic się nie zmieniło. Roth doskonale uchwycił te przemiany, bo z jednej strony miał dziennikarski zmysł obserwacji, a z drugiej ogromną siłę literacką w ręku.

Jest mi też bliski ze względu na poczucie humoru i życiową depresję. Był alkoholikiem i przez wódkę umarł. Nie kombinował, tylko żył. Pisał bardzo dużo, bo potrzebował na alkohol. W swoich słabościach był bardzo ludzki. Nie mogę się nachwalić Wojciecha Ornata, właściciela wydawnictwa Austeria i Elżbiety Jogałłowej, odpowiadającej w wydawnictwie za książki Rotha za wydanie niemal wszystkich jego dzieł po polsku.

Tak więc nasze dawne kresy Białoruś, Litwa, Ukraina, żydowskość dają siłę naszej literaturze, siłę która-obawiam się będzie zanikać. Podczytuję młodych pisarzy, ale nie odnajduję się w ich światach. Dobrze się czuję w świecie "Ksiąg Jakubowych", w którym Aszer Rubin mówi: większość ludzi na świecie jest głupia, a głupota ludzi sprawia, że świat jest strasznie smutny. Mogę to zdanie uznać za swoje motto życiowe.

Kondrat: głupota ludzi sprawia, że świat jest strasznie smutny

Młodzi też trochę szukają w przeszłości, choćby Radek Rak, laureat Nike za książkę "Baśń o wężowym sercu". On trochę jest z ducha "Ksiąg Jakubowych". Galicja, czas rabacji chłopskiej, Jakub Szela, podział na chamów i panów, konkretne wydarzenia historyczne, które Rak przemienia w mit.

Tak, tego jestem bardzo ciekaw. Na pewno przeczytam. Chciałbym ci się zwierzyć, że równolegle do "Ksiąg Jakubowych" czytam "Niesamowitą słowiańszczyznę" Marii Janion. Te dwie lektury określają moją dzisiejszą rzeczywistość i oddalają mnie od tego, co przynosi polityka, co dzieje się dookoła. Książka Marii Janion odpowiada na moją potrzebę zrozumienia miejsca, z którego się wywodzę. Pani profesor podkreśla, że to nie jest pochwała pansłowiańszczyzny, czy nacjonalizmów. To fantazmat, który może wypełnić lukę w świadomości naszych początków. W szkole informacje Słowianach są bardzo powierzchowne, nie przenoszą nas w tamten świat. Od zawsze miałem poczucie, że nie mamy kontaktu z przeszłością i że to jest nasz duży ból.

Fakt, że my sami przed sobą się zbuntujemy i powiemy sobie, że jesteśmy dumni, nic nam nie da. Trzeba być silnym, trzeba mieć argumenty na poparcie dumy, żeby być słyszanym w Europie, w świecie. Proszę bardzo, bądźmy dumni ze słowiańskich korzeni. Ale nie, my wolimy się uważać za rycerzy chrześcijaństwa, czujemy się niemal jego autorami.

Hm, a ja mam wrażenie, że my aż za bardzo jesteśmy nastawieni na przeszłość. I że naszym bólem jest brak myślenia o przyszłości.

Problem w tym, że nie rozumiemy naszej historii. Wyobrażamy sobie ją i naginamy do naszych wyobrażeń. Nie czujemy łańcucha pokoleń, dlatego stoimy w miejscu, a może i co gorsza się cofamy.

Pani profesor Janion, co jest zresztą moim największym sukcesem artystycznym, wymieniła moje nazwisko w związku z wywiadem, którego udzielałem przy okazji któregoś filmu o Adasiu Miauczyńskim i domagałem się tej wiedzy o naszej przeszłości. Sięgnąłem po tę książkę, może trochę z próżności, ale teraz znajduję w niej odpowiedzi na wiele nurtującym mnie od lat spraw. Ale łapię się też za "60 najbardziej jadowitych felietonów" Jurka Pilcha i czytam cytat, który umieścił przy tekście o Europejczyku w prasłowiańskich gaciach.

"W cieniu imperium z kurami, w prasłowiańskich gaciach, naucz się lubić swój wstyd, bo zawsze będzie przy tobie i nie odstąpi ciebie choćbyś zmienił kraj" - napisał to Czesław Miłosz, autor bardzo niepopularny wśród współcześnie rządzących. Ujął to lapidarnie, ale niezwykle trafnie. Sam tego doświadczam, zmieniwszy kraj zamieszkania.

No tak, też jesteś emigrantem, choć to słowo ma dziś zupełnie inne znaczenie niż za czasów emigracji Miłosza. Teraz się nie emigruje, tylko migruje. Jak rozumieć ten wstyd?

Stoimy w rozkroku między tajemniczą słowiańszczyzną a Europą. Nie chcę mówić która część ciała jest po której stronie. Ale to jest duży rozkrok między ambicjami a realną przynależnością. Nasi wschodni sąsiedzi nie mają z tym żadnego problemu. A my zawsze w bolesnym rozkroku. Nasz słowiański urok objawia się wtedy, gdy się napijemy. A na trzeźwo i na co dzień towarzyszy nam wstyd.

I ten wstyd został bardzo dobrze zagospodarowany przez prawicę. Nie musimy aspirować do Europy, możemy wstać z kolan, to my jesteśmy ostoją wartości moralnych i nie tylko.

Tak, to zostało sprytnie wykorzystane. Ale fakt, że my sami przed sobą się zbuntujemy i powiemy sobie, że jesteśmy dumni, nic nam nie da. Trzeba być silnym, trzeba mieć argumenty na poparcie dumy, żeby być słyszanym w Europie, w świecie. Proszę bardzo, bądźmy dumni ze słowiańskich korzeni. Ale nie, my wolimy się uważać za rycerzy chrześcijaństwa, czujemy się niemal jego autorami.

Matka Boska była przecież czarną Madonną z klasztoru na Jasnej Górze. Jezus Chrystus jest królem Polski. Dal wielu to ważne. Na pewno dzięki chrześcijaństwu weszliśmy w krąg kultury łacińskiej, europejskiej, Biblia jest jednym z naszych źródeł kultury.

Bez wątpienia. Ale np. w okresie romantyzmu panowała moda na słowiańszczyznę. Mądrzy ludzie tamtej epoki mówili, że chrześcijaństwo zabiło naszą osobność. Były głosy, że należało iść drogą naddnieprzańską, wybrać kierunek na Wschód, a nie aspirować do Zachodu, który jest dla nas obcy. Ciążenie ku zachodniej Europie wpycha nas w kompleksy, pozbawia siły. Obawiam się, że za sztucznie pompowaną dumę zapłacimy wysoką cenę.

Ty chyba powiedziałeś w którymś z wywiadów, że głowę wsunęliśmy do Europy, ale ciało zostało w tyle.

Pamiętam, jak Maria Janion w liście do uczestników Obywatelskiego Kongresu Kultury napisała, że na szczęście "Księgi Jakubowe" już zostały napisane, czyli krytycznego spojrzenia na naszą historię nie uda się tak łatwo wymazać. Ale z drugiej strony Gombrowicz tyle lat temu napisał "Transatlantyk', a my znowu machamy szabelkami, stromi groźne miny. "Księgi" wywracają nasze myślenie o nas samych, o tym że naszym mitem założycielskim jest tolerancja, otwartość na innych, wielokulturowość. I jakby na potwierdzenie tego politycy łatwo wzbudzają w nas niechęć do uchodźców, Żydów, ludzi LGBT.

"Księgi Jakubowe" potwierdzają moje najgłębsze intuicje i przekonania. I co mogę powiedzieć? Nie odrobiliśmy lekcji Gombrowicza, a teraz Tokarczuk. Owszem to zostało wypowiedziane, ale nie przyswojone.

Kondrat: chłopi na poniżenie i przemoc odpowiedzieli przemocą

Zarówno książka Olgi, jak i Radka Raka pokazują, że nasza przeszłość ufundowana jest na przemocy fizycznej, psychicznej, na podziale na panów i chamów, czyli mówiąc wprost na panów i niewolników. Te podziały ciągle pracują w naszej rzeczywistości?

Siła pojawia się tam, gdzie nie ma argumentów. Oczywiście nie chcę usprawiedliwiać Szeli, który wraz z chłopami mordował szlachtę. Ale prawda jest taka, że na poniżenie i przemoc odpowiedzieli przemocą. Wiara w siłę fizyczną ciągle ma swoich zwolenników. W Polsce uderza widok młodych mężczyzn obnoszących się ze swoją muskulaturą. Nie chodzi o sport, czy zdrowy tryb życia. Chodzi o czystą siłę, którą można użyć przeciwko komuś Rewolucja polityczna, która się u nas dokonuje, ma dość prymitywne i surowe oblicze z tego powodu, że rządzącym brakuje argumentów.

Przemoc jest naturalnym odruchem człowieka, ale ludzie się cywilizują i pacyfizują. Urodziłem się pięć lat po wojnie. Wspomnienie ruin, spustoszenia wojennego jest we mnie bardzo silne. Dla mnie projekt wspólnej, zjednoczonej Europy jest priorytetem. Wszelkie działania osłabiające, czy podważające tę jedność są dla mnie niezrozumiałe.

Fakt, trudno zrozumieć Brytyjczyków i brexit. Ale i u nas wicepremier Kaczyński mówi w wywiadach, że Europa nie będzie nam narzucać dyktatu finansowego. Politykom PiS zdarza się pohukiwać na Europę i dystansować od zasad Unii Europejskiej. Miewasz lęki, że ład europejski, w miarę bezpieczny przez ostatnie lata, się rozpadnie?

- Aszer Rubin mówi, że człowiek na ogół jest głupi. Myślę, że pewnie rzeczy są nieuchronne, bo człowiek nie robi się mądrzejszy.

Śmiejesz się, a człowiek naprawdę nie robi się mądrzejszy, niektórzy mówią, że wchodzimy w nowe średniowiecze, jeśli chodzi o szerzące się zabobony, mity, kłamstwa na wielką skalę. Nie będę cię pytać, czemu zrezygnowałeś z aktorstwa, bo wszyscy cię o to pytają z równym zaciekawieniem, bodaj od 10 lat. Ale czy widziałeś film Martina Scorsese "Irlandczyk"? Dojrzały reżyser, bardzo dojrzali Al Pacino i Robert de Niro grają gangsterów. Reżyser na potrzeby fabuły mocno ich odmładza, każe grać młodych mężczyzn, zabijaki. Widziałbyś się z Bogusławem Lindą w powiedzmy "Psach 6" ? W filmie o byłych agentach służb z czasów np. ministra Macierewicza.

- No właśnie moja wyobraźnia zawsze szła w tym kierunku, żeby siebie już w takiej roli nie zobaczyć. Jest w filmie Scorsese coś naturalnego. Upływ czasu, który widać w twarzach i w ruchach aktorów chwilami jest wzruszający. Ale wyżej nerek się nie podskoczy. Swoje się zrobiło i cześć. Ten film utwierdził mnie w przekonaniu, że miałem rację, decydując się na odejście z zawodu. Tym bardziej, że kino i film idą w dziwnym kierunku. Oglądam teraz serial "Sukcesja".

Serialowa wersja "Króla Leara".

- To prawda. Ale zobacz, zarówno w "Irlandczyku", jak i w "Sukcesji" nie ma ani jednego pozytywnego bohatera. Z kim się zaprzyjaźnić, komu kibicować? Kino staje się coraz brutalniejsze i pesymistyczne, pewnie jest odbiciem czasów, w których przyszło nam żyć. Widzę wyraźnie, że antyczny wzór w sztuce, gdzie na jednej szali było dobro na drugiej zło, się wyczerpał. Literatura też zmierza w tym kierunku, coraz mniej jest w sztuce piękna. Znaleźliśmy się na kulturowej krawędzi Krótko mówiąc, to nie jest mój świat. Nie mam z nim emocjonalnego związku. Miałem szczęście, że mogłem się zająć czymś innym, w sposób prawdziwy, autentyczny, czymś, co kopnęło mnie we właściwym czasie. Bez żalu i z dobrymi wspomnieniami zamknąłem księgę z moim dawnym zawodem.

Nawet, gdyby bliski ci Janusz Majewski, autor "Zaklętych rewirów", nestor i mistrz, poprosił cię o aktorską "posługę" nie zgodziłby się? Jakiś czas temu zrobiłeś dla niego wyjątek?

- Z Januszem spotykam się prywatnie. Tak często, jak to możliwe. Jest sprawcą mojego początku i końca w aktorskiej przygodzie. Nie mogłem trafić lepiej. Dziś pijemy razem wino i rozmawiamy. I to nam w zupełności wystarczy.

Życie to nieustanna zmiana, ciągła konieczność wyboru, opowiedzenia się, czasem dostosowania. Zastanawiam się, jak sprostać tym wyzwaniom. Parę dni temu obchodziłeś urodziny. Przekraczałeś ramy wyznaczone przez rodzinę, wychowanie, społeczne schematy? Płaciłeś za to jakąś cenę?

Masz poczucie, że wybory jakich dokonałeś w życiu były efektem świadomych decyzji, czy tak jak mówisz: coś cię kopnęło we właściwym czasie?

Zawsze byłem wierny swojemu instynktowi. Jak się coś wypaliło, a tak było u mnie z aktorstwem, to po prostu odchodziłem. Zawsze w zgodzie ze sobą – taka jest moja dewiza.

- Nie trzymałem się kurczowo rzeczy, które obiecywały bezpieczną przyszłość, ale przestały być dla mnie interesujące. Szedłem za tym, gdzie czułem emocje, potrzebę działania, zrobienia kroku do przodu. Warto pamiętać, że to nasze życie, nie znajomych, rodziny, społeczności, w której się wychowaliśmy. Trzeba bronić swojej indywidualności, nawet jeśli przyjdzie za to zapłacić ostracyzmem, odrzuceniem. Doskonale zdaję sobie sprawę, że to dziś bardzo trudne.

Kondrat: literatura nauczyła nas miłości do narodu, nie do życia

- Podlegamy niezwykle silnym zewnętrznym presjom konsumpcyjnym, zawodowym, politycznym. Pozostać wiernym wartościom, sobie, swojemu instynktowi moralnemu to dziś według mnie rozdaj cichego bohaterstwa.

Na dodatek te wybory często są nam sztucznie narzucane. Zmusza się nas do zajmowania stanowiska w sprawach, które nas nie bardzo interesują. Musimy się bronić, choć my wychowani w Polsce, w kulcie porzucania interesów jednostki na rzecz narodu, mamy z tym problem. Nie wychowaliśmy się dobrze.

Literatura nauczyła nas miłości do abstraktu jakim jest naród, nie do życia. Pielęgnujmy indywidualność, różnorodność, powtarzam to obsesyjnie, bo to może być źródłem siły. Próby unifikacji, oczyszczania społeczeństwa z ludzi odmiennej rasy, czy po prostu innych jest czymś szkaradnym, ale też całkowicie niepraktycznym. Mieszkam od czasu do czasu w Krakowie i widzę, że turyści z całego świata przyjeżdżają przede wszystkim po to, żeby zobaczyć Kazimierz, dzielnicę zgładzonych Żydów. Nie pędzą na Wawel, bo takich i lepszych miejsc jest na świcie sporo. A zachowana żydowska dzielnica jest unikatem na skalę światową. Warto, żeby Polak wbił sobie do głowy, że nasza siła płynie z różnorodności.

__

Marek Kondrat – aktor teatralny, telewizyjny, radiowy i filmowy, lektor, piosenkarz, scenarzysta, reżyser i przedsiębiorca. Zadebiutował w 1961 roku w filmie "Historia żółtej ciżemki", w wieku jedenastu lat.

Katarzyna Janowska
Onet.Kultura
24 października 2020
Portrety
Marek Kondrat

Książka tygodnia

Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
Wydawnictwo Literackie
Dorota Masłowska

Trailer tygodnia