Polska publiczność w teatrach nie reaguje

rozmowa z Krystyną Jandą

Polska publiczność jest bardzo konwencjonalna. A uważam, że na połowie spektakli w teatrach powinni gwizdać - mówi w rozmowie z Hanną Zielińska Krystyna Janda. - Ja nie słyszę 40 proc. tekstów w innych teatrach - reżyserzy reżyserują tak, że ja nie widzę, nie słyszę i nie rozumiem, co chcą mi przekazać - dodaje.

W wywiadzie jednak opowiada nie tylko o teatrze - mówi też o kontakcie ze swoimi fanami - "salonem" - i o tym, co myśli o mediach brukowych.

Hanna Zielińska: Widzę w Warszawie dużo plakatów informujących, że "słuchajcie, ludzie, wy jesteście na wakacjach, a my dla was pracujemy w teatrze". To rzadka postawa warszawskich teatrów. Nietypowa. Pani teatr nie jest państwowy, pracuje więc tyle, ile może, i - co za tym idzie - Pani też pracuje.

Krystyna Janda: - Muszę. I gram bardzo dużo. Mogę sobie pozwolić jedynie na krótki wakacyjny wyjazd, dwutygodniowy. Wyjazdu na trzy tygodnie już bym nie zaryzykowała. Ja sama mam osiem tytułów, w których gram, na ponad 40 tytułów, które mamy w repertuarze teatrów.

Ale czy to nie Pani zdecydowała o takim tempie?

- Najpierw założyłam teatr, a teraz ponoszę tego konsekwencje. Wydawało mi się, że dojdzie kiedyś do momentu, kiedy będę mogła spokojnie się oddalić, a to będzie samo działało. Moja Fundacja na rzecz Kultury działa już ósmy rok. Wydawało mi się, że po takim czasie, z tak zbudowanym repertuarem, ja będę mogła się oddalić, a grać będą moi przyjaciele i inni aktorzy. Ale okazało się, że oni też idą na wakacje! A ja muszę zostać.

Swoje wakacje opisała Pani na blogu, który prowadzi Pani już kilkanaście lat. Są ludzie, którzy na różnych portalach społecznościowych - czy w ogóle w internecie - tracą kontrolę i publikują różne rzeczy bez opamiętania. A Pani, wydaje się, doskonale zna reguły. Wie, do jakiej granicy używać Twittera, bloga...

- Blog prowadzę od 2000 roku. Kiedyś pisałam codziennie i odpowiadałam na wszystkie listy. Ale to wielka szkoła. Z czasem nauczyłam się nie odpowiadać, przemilczać, nie reagować. Myślę zresztą, że dość dobrze wiem, jacy są ludzie - codziennie kontaktuję się z nimi w internecie, czytam ich listy, a równocześnie co wieczór staję na scenie i słucham ich reakcji.

Prywatnie jestem osobą, która już w ogóle nie bywa w miejscach publicznych - jestem albo w teatrze, albo w domu. Nie chodzę na premiery - bywam tylko na premierach w fundacji, w obu moich teatrach, ale na innych premierach nie bywam - wolę pójść na drugie, trzecie przedstawienie i tak też robię.

Dlaczego?

- Żeby nie mieszać się w te kolorowe gazety, nie mieszać się w te wszystkie złośliwości; rankingi sukienek, rankingi operacji plastycznych. Mnie to nie oburza, tylko mnie to nie interesuje. Ale jest też inny, w zasadzie główny powód - ja jestem naprawdę zajęta. Często w dniu innej premiery gram u siebie w teatrze. Czasami też nie mogę być w swoim teatrze na premierze - w Ochu jest premiera, a ja w tym czasie gram w Polonii...

Pracuję 45 lat w tym zawodzie i od 45 lat jestem osobą publiczną. Niejedno widziałam, z niejednym się spotkałam i niejedną nauczkę dostałam. Obserwowałam niejeden upadek i wzlot - i zasłużony, i niezasłużony. I tak jak obserwuję to wszystko i znam całe środowisko, przyjaźnię się z wieloma ludźmi, to niemal automatycznie wiem, jakie rzeczy dzieją się w tym środowisku. A są to rzeczy bulwersujące, elektryzujące. Gdyby takie rzeczy się wydostały do mediów, to te gazety zarobiłyby jak cholera. Na szczęście nie jest źle - takie rzeczy się nie pokazują. Pokazuje się jedynie jakieś marne "coś" i to wtedy, jak ktoś sam się umówi z tą prasą, że np. idzie na zakupy. A jak się dzieje rzecz poruszająca całe środowisko, to te gazety nie mają o tym zielonego pojęcia. I to bardzo dobrze świadczy o środowisku.

Sama znam tych tajemnic kilkadziesiąt. I jeżeli już coś piszą, to trzy miesiące po fakcie i sytuacja jest przeinaczona. To wszystko jest dosyć żałosne.

13 lat bezpośredniego kontaktu na blogu z ludźmi, którzy chcą mieć z panią kontakt. To są ludzie, którzy czytają, reagują...

- I którzy potem są w naszym teatrze.

A jak na przeżywanie własnego życia wpływa jego regularne opisywanie? Opis chociażby pani ostatnich wakacji... To trochę pisany reality show. Pisze pani np. że jest na plaży i że jest gorąco.

- Tak, tylko ja piszę: "Jest mi bardzo gorąco, CZYTAM TO I TO". I opisuję, co czytam. Dziennikarka we francuskim "Elle" zaczyna wywiad od opisu: "Przychodzę, jest półmrok, przyjmuje mnie pani domu". To tworzy atmosferę i dopiero po wprowadzeniu zaczyna się rozmowa. I u mnie podobnie. Mówię, że jestem w takiej to a takiej sytuacji, i dopiero po wprowadzeniu: uwaga!

Ja piszę to, o co ludzie mnie proszą. A ich interesuje np. to, co czytam. Potem widzę reakcje w listach - piszą do mnie, że dana osoba idzie, żeby coś kupić, do czego zachęciłam. Jest jakaś magma, bałagan z tym wszystkim, co warto, a czego nie warto czytać. Wydawnictwom tak zależy, żeby sprzedać wszystko, że właściwie nie wartościują rzeczy i tak samo byle co reklamują jak coś wartościowego. I ludzie się gubią.

Mam wrażenie, że przez lata stworzyłam coś w rodzaju salonu, towarzystwa, że ci ludzie podobnie myślą, mają podobne zainteresowania, jesteśmy na podobnym etapie. To ja dzielę się z moim towarzystwem refleksjami. Jak pytają, jakiego aparatu fotograficznego używam, to też to piszę, bo nie widzę powodu, dlaczego nie miałabym pisać. Natomiast na szczęście pytają o rzeczy bardziej ogólne: co ostatnio widziałam, gdzie byłam, co warto zwiedzić, co warto przeczytać.

Na forum co drugi list jest recenzją tego, co czytelnicy widzieli w teatrze. I ja ich mam za przyjaciół. Za ludzi, z którymi się stale kontaktuję i rozmawiam. To nie tyle zachęta dla mnie do rozmowy, co obowiązek, jaki na siebie nałożyłam i jaki z przyjemnością wypełniam.

Porozmawiajmy o graniu. Kilka miesięcy temu rozmawiałam z Jerzym Stuhrem - po tym, jak wystawił po raz kolejny "Kontrabasistę". Opowiadał, jak musiał zmienić teksty, jak musiał zmieniać wiek bohaterki, jak zmienia się kontekst spektaklu wraz ze zmianą czasów. Domyślam się, że coś podobnego pewnie pani przeżywa, grając "Shirley Valentine".

- Dzisiaj moja bohaterka jest starsza niż przy premierze - jest już po pięćdziesiątce. Ale zmienia się, tak jak zmienia się moje poczucie humoru, autoironia. Dzisiaj gram to znacznie inaczej niż te 20 lat temu. Zupełnie inaczej się mówi o związku, małżeństwie, ironizuje na temat absolutnie wszystkiego. Kiedyś bardziej opowiadałam tę historię wprost, bez tych wszystkich nawiasów. A dzisiaj to całe przedstawienie jest w cudzysłowie. Wciąż jednak porusza ludzi i pomaga żyć.

Kiedykolwiek i gdziekolwiek bym tego nie wystawiała, zawsze wyprzedajemy bilety. Gdybym grała to częściej, to myślę, że nie musiałabym kończyć żartów - publiczność sama mówiłaby puenty.

Czy są takie rzeczy, na które pani miałaby ochotę, ale w tym punkcie życia, w którym pani jest, nie da się ich zrobić?

- Wszystko się da. W życiu jednak bardzo uważam na to, co robię, co mówię. Średnio uważam na to, jak wyglądam. Uważam, że nieumalowana, ubrana byle jak - jak we Włoszech, ubrana tylko w piżamę - mogę w Milanówku, gdzie mieszkam, iść po bułkę. I mogę się tym nie przejmować. A wiem, że są aktorki, które na to by sobie nie pozwoliły. Nie przejmuję się też, że noszę ciągle tą samą sukienkę. Natomiast przejmuję się czym innym....

Dlatego mnie tak dotknęło, że media zrobiły aferę z kieliszka wina, który wypiłam w samolocie. A ja w ogóle nie piję. W związku z tym jeden kieliszek wina doprowadził do tego, że śmiałam się sama z siebie, że mówiłam do Magdy Umer, że ten lot trwa za długo i moim zdaniem powinniśmy lądować. Zażartowanie z siebie spowodowało potem lawinę artykułów, gdzie okazało się, że ci żałośni dziennikarze wiedzą lepiej. Ja nigdy bym sobie nie pozwoliła na to, żeby być pijaną naprawdę i doprowadzić do jakiejś awantury.

Tak strasznie chcemy czegoś kompromitującego usłyszeć o kimś, bo sami jesteśmy marni, małostkowi, nie mamy w sobie formatu, wielkości i szukamy usprawiedliwień u innych, że są jeszcze gorsi... Ale ja nie udawałam nigdy, że jestem lepsza, niż jestem! Ja z siebie kpię w tym internecie od 13 lat i myślę, że dlatego mam tylu czytelników. Ludzie bezpośrednio do mnie się zwracają i czują jakąś bliskość, bo ja nigdy nie udawałam, że jestem inna.

Ale z drugiej strony uważam, że polska publiczność, którą widać, która nie jest anonimowa, jest bardzo konwencjonalna. Uważam, że na połowie spektakli w teatrach powinni gwizdać! Ja nie słyszę 40 proc. tekstów w innych teatrach, ja nie widzę, reżyserzy reżyserują tak, że ja nie widzę, nie słyszę i nie rozumiem. Uważam, że publiczność powinna dawać temu wyraz, i pytam dokoła, czy inni słyszą, co mówią aktorzy...

A pani gwiżdże?

- Mnie nie wypada, bo ja jestem z tego środowiska. Ja nigdy bym nie wystąpiła przeciwko swojemu środowisku. Nie mogłabym gwizdać, bo wszyscy by wiedzieli, że ja siedzę na publiczności, a tu mój kolega gra. Mówię jednak ogólnie: poziom zawodowy w teatrach jest nie najlepszy. A publiczność nie reaguje - udaje, że rozumie. Jest grzeczna. A ja uważam, że powinni dawać znać, co im się podoba, a co nie.

Zawsze były problemy z dykcją aktorów. Ja też na początku miałam z tym problemy, ale miałam świetnych nauczycieli. Dialogowałam z Zapasiewiczem, Świderskim, Śląską. Przy nich nie było możliwe, żeby mówić nieprecyzyjnie czy na innym poziomie emisji. A teraz... Ale z drugiej strony Świderski na to narzekał, teraz ja na to narzekam.

Publiczność nie reaguje. Ani bardzo na "tak", ani na "nie". A co więcej, moim zdaniem, za często robi standing ovation. Za często. Wiele rzeczy na to nie zasługuje, a oni zwyczajowo to robią. Nie, trzeba mieć własne zdanie i odwagę to pokazać. A to w teatrze jest łatwe do pokazania. Albo się bije brawo, albo nie. Albo się wstaje, albo nie. Można nawet wyjść. I powinni ludzie wychodzić.

Pani łatwo to mówić, bo u pani nikt nie wychodzi...

- Zdarzają się takie sytuacje. Ale dotkliwie to pamiętam i dopytuję, dlaczego ktoś wyszedł. Najbardziej lubię tych facetów, co mają kluczyki do samochodów, które dają sygnał, że samochód kradną. I nagle, w połowie zdania, ktoś wstaje ze środka publiczności i przepycha się do wyjścia.

Ale przydałoby się, żeby publiczność reagowała. Żeby krzyknąć, kiedy młodzi aktorzy grają, żeby krzyknąć: "Głośniej!". Ja krzyczę do moich aktorów...

Hanna Zielińska
www.tokfm.pl
29 lipca 2013
Portrety
Krystyna Janda

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia