Polski Frank Sinatra

Zbigniew Kurtycz (1919-2015)

Zbigniew Kurtycz, który w powszechnej świadomości kojarzony jest przede wszystkim z "Cichą wodą" i lwowskimi piosenkami, ma niezwykle bogaty dorobek artystyczny. Po wojnie był symbolem muzycznej awangardy, pionierem jazzu i rocka. Wcześniej z armią Andersa przeszedł cały szlak bojowy. Jego barwne życie to gotowy scenariusz na film. Miał dwie pasje: muzykę i sport. I dwie wielkie miłości: rodzinny Lwów i żonę Barbarę Dunin, którym pozostał wierny do końca. Odszedł 30 stycznia 2015 r.

Po wojnie, gdy wrócił do Polski z Zachodu, był na scenie muzycznej prawdziwym objawieniem. Pierwszy swingujący wokalista znający światowe standardy. Inny niż wszyscy, miał swój własny niepowtarzalny styl. Nie tylko świetnie śpiewał, ale też improwizował. Lubił eksperymentować. - Nie traktuję pierwszego wykonania jako wzorcowego, wciąż staram się znajdować w swoich piosenkach coś nowego - twierdził. Franciszek Walicki, uznawany za ojca polskiego big-bitu, mówił o nim: - Miał wyjątkowego nosa nie tylko do tego, co w muzyce modne, ale co będzie modne dopiero za jakiś czas.

Alicja Majewska porównuje Zbigniewa Kurtycza do Franka Sinatry: - Miał podobny rodzaj swingowania, był piosenkarzem o niebywałej wprost muzykalności. Wyróżniał go pewien rodzaj dyscypliny wewnętrznej, rytm był niebagatelną stroną jego śpiewania. Kompozytor Włodzimierz Korcz dodaje: - Umiał wspaniale artystycznie gwizdać. Słychać to świetnie m.in. w piosence "Martwe liście" (Les Feuilles Mortes) z repertuaru Yves'a Montanda, którą piosenkarz śpiewał po polsku po tytułem "Nie mów mi nic".

Czternaście goli

Urodził się 16 maja w 1919 r. we Lwowie. Z muzyką obcował od dziecka, ponieważ jego ojciec Mieczysław, radca prawny na kolei, prowadził zespół mandolinistów Hejnał. Chciał, by syn został skrzypkiem, ale okazało się, że Zbyszek ma za grube palce do tego instrumentu. Chłopak odetchnął z ulgą, bo zdecydowanie wolał gitarę. W konserwatorium był w klasie fortepianu, ale wkroczenie Armii Czerwonej do Lwowa we wrześniu 1939 r. przeszkodziło mu w ukończeniu szkoły.

Przerwało też karierę piłkarską w lwowskiej Pogoni. Grał w juniorach na pozycji lewego łącznika, miał na koncie 14 bramek. W 1937 r. zdobył z drużyną wicemistrzostwo Polski. Kazimierz Górski, jego przyjaciel ze szkolnej ławy i zawodnik RKS-u Lwów, będzie później twierdził, że Zbigniew Kurtycz radził sobie na boisku lepiej niż on.

Po latach, już w Warszawie, kiedy Górski zostanie trenerem reprezentacji, a Kurtycz słynnym piosenkarzem, będą się spotykać regularnie. Nie tylko na meczach na stadionie Legii, ale też towarzysko, w zielonym saloniku hotelu "Victoria", żeby powspominać rodzinne miasto i we własnym gronie bałakać (mówić lwowską gwarą uliczną - przyp. red.).

Koncerty za melony

W 1940 r. wyruszył w pierwszą trasę koncertową jako gitarzysta zespołu Tea Jazz Żeleznodorożnikow. Założył go Feliks Konarski (Ref-Ren), późniejszy autor "Czerwonych maków na Monte Cassino" - napisze ten poruszający tekst noc przed decydującym krwawym starciem o klasztor. W tym zespole Zbigniew Kurtycz zetknął się po raz pierwszy z quasi-jazzem i swingiem, w których będzie się świetnie odnajdywał.

Jeździli z koncertami w głąb Rosji, mieszkali w wagonach kolejowych. Gdy wybuchła wojna niemiecko-radziecka w czerwcu 1941 r., byli akurat w Moskwie. Chcieli wrócić do Lwowa, ale obcokrajowcom nie wolno było się przemieszczać. Postanowili mimo to przedostać się na południe, do Taszkientu, żeby być z dala od frontu. Początkowo koncertowali tam za coś do jedzenia: melony lub arbuzy. W Czkałowie w Kazachstanie spotkali orkiestrę legendarnego Adiego Rosnera, zwanego białym Armstrongiem, któremu przypisywano umiejętność grania na dwóch trąbkach jednocześnie. Szukał właśnie gitarzysty i chętnie zaangażował Zbigniewa Kurtycza. Ich współpraca trwała tylko kilka miesięcy, ale zaowocowała m.in. przebojem, który po latach stanie się wizytówką polskiego piosenkarza.

Melodię do tego hitu skomponowali wspólnie podczas podróży pociągiem. Rosner napisał muzykę do zwrotki, a Kurtycz na gitarze zaimprowizował refren - jego nuty Adie zanotował na pudełku papierosów. Piosenka miała trzy teksty: pierwszy mówił o chłopaku-zuchu, za którym uganiają się dziewczyny "Ajda parień, parieniok". Po wybuchu wojny ojczyźnianej w 1941 r. dopisano słowa o zwycięstwie nad Niemcami, ale żadna z tych wersji śpiewanych przez Pawła Gofmana z orkiestry Rosnera nie stała się za naszą wschodnią granicą przebojem na miarę "Cichej wody".

Jej słowa napisał w 1953 r. Ludwik Jerzy Kern, który w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" w 2010 r. przyznał, że na tej piosence dużo zarobił. - "Cichą wodę" przez kilka lat na okrągło grano w radiu, w knajpach, z megafonów na plażach i basenach.

Pamięta to świetnie Marian Lichtman, perkusista zespołu Trubadurzy, wtedy 7-8 latek. W kamienicy, w której mieszkał z rodzicami, przy ulicy Kamiennej w Łodzi, sąsiedzi z góry całymi dniami puszczali "Cichą wodę" i wszyscy się przy niej świetnie bawili: - To był jeden z pierwszych powojennych hitów, który miał tak ogromne rażenie. Kto wie, czy to nie pod wpływem tych dźwięków powstała we mnie myśl, że może i ja kiedyś będę muzykiem...

"Po coś ty tu wracał?"

Droga Zbigniewa Kurtycza do Polski będzie wiodła przez Iran, Irak, Palestynę, Włochy. Z armią Andersa przejdzie cały szlak bojowy jako członek zespołu artystycznego III Dywizji Strzelców Karpackich. Koncertowali dla żołnierzy, piosenkami zagrzewali ich do boju i dawali wytchnienie po trudach walki. W pewnym sensie rywalizowali z zespołami brytyjskimi czy amerykańskimi, ale też dostawali od nich nuty z modnym na Zachodzie repertuarem. Dzięki temu mogli prezentować, obok piosenek patriotycznych i przedwojennych, także m.in. utwory orkiestry Glenna Millera. Zbigniew Kurtycz wtedy już nie tylko grał na gitarze, lecz także śpiewał.

Po wojnie nie zdecydował się, jak wielu żołnierzy Andersa, zostać na Zachodzie. Marzenie o powrocie do rodzinnego Lwowa, który po wojnie znalazł się w ZSRR, nie mogło się spełnić, ale tęsknił za ojczyzną. Niepokoił się o rodziców, nie miał o nich żadnych wieści. W 1946 r. postanowił wrócić do Polski. Leszek Krzaklewski, pianista i kolega z zespołu, tak bardzo chciał go zatrzymać, że gonił pociąg, którym jego przyjaciel wyruszył z dworca w Neapolu. Kilka kilometrów jechał samochodem wzdłuż torów i krzyczał: "Ty idioto, gdzie się spieszysz - przecież my tu mamy wolność!". Na próżno.

Po przyjeździe do Krakowa młody żołnierz w battle dressie z naszywką "Poland" wzbudzał zrozumiałą sensację. Ludzie go obstąpili, wypytywali o swoich. A on próbował się dowiedzieć, gdzie są lwowiacy. - Jak to gdzie? Wszędzie! - usłyszał najpierw. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności graniczącym z cudem ktoś na dworcu kolejowym powiedział mu, że zawiadowcą stacji w Gliwicach jest lwowiak Julek Kurtycz. To był jego stryj! Od razu do niego zadzwonił. Gdy się przedstawił, stryj w pierwszej chwili zaniemówił, bo był przekonany, że Zbyszek nie żyje. Jeszcze tego samego wieczoru syn spotkał się w Gliwicach z matką, która na jego widok najpierw zemdlała, a potem spytała: - Po coś ty tu wracał?.

Jako Eddie Graption

Zatrzymał się w Krakowie. Zaczął występować w modnych lokalach "Feniksie" i "Cyganerii". Z wielkim sukcesem, ponieważ prezentował zachodni repertuar. - Był jednym z pierwszych, którzy wzorowali się na tym, co się działo wtedy w muzyce światowej. To były elementy jazzowe i rockowe - mówi dziennikarz muzyczny Marek Sierocki. - Zbigniew Kurtycz to bez wątpienia jeden z najwybitniejszych artystów powojennych. Istotnie wpłynął na rozwój polskiej muzyki.

Ciepły baryton Eddiego Graptiona, bo taki pseudonim obrał, rozbrzmiewał w lokalach Krakowa i Zakopanego. Występował z orkiestrą Kazimierza Turewicza i septetem Zbigniewa Wróbla. W stolicy Tatr w "Morskim Oku" usłyszał go Zygmunt Karasiński, dyrygent orkiestry "Tysiąc Taktów Muzyki Jazzowej". - Zabieram pana do Warszawy - oznajmił. Na pytanie zdumionego Zbigniewa Kurtycza, gdzie będzie mieszkał, bo o meldunek w stolicy było wtedy szalenie trudno, usłyszał: U mnie.

Regularne występy w Warszawie, m.in. w "Kameralnej", i trasy po całej Polsce zapoczątkowały ogólnopolską karierę artysty. Różnorodną, bo oprócz występów z zespołami i orkiestrami jazzowymi, m.in. Zygmunta Wicharego, Andrzeja Kurylewicza, Ryszarda Damrosza i Jerzego Matuszkiewicza, świetnie się sprawdzał jako wykonawca piosenki charakterystycznej. Współpracował z Teatrem Satyryków - krakowskim z Karolem Szpalskim i Ludwikiem Jerzym Kernem; warszawskim, któremu dyrektorował Jerzy Jurandot - śpiewał tam m.in. z diwą operową Bogną Sokorską, a także z katowickim. To tam powstała piosenka "Jadę do ciebie tramwajem", do której sam skomponował muzykę. Stała się jednym z jego wielkich przebojów, także dzięki mistrzowskiej interpretacji, z użyciem całej gamy środków aktorskich (choć piosenkarz w tym kierunku nigdy się nie kształcił). Te predyspozycje wykorzystywał też, występując w kabaretach, m.in. "Olimpie" w warszawskim Grand Hotelu.

Wiera Gran przed swoim wyjazdem do Izraela w 1950 r. dała mu piosenkę "Za dzień już nie spotkamy się", którą skomponował dla niej przed wojną czarnoskóry perkusista George Scott: - Jest bardzo piękna. Śpiewaj ją. Ty to zrobisz najlepiej.

Pierwszy polski rock

Jazz, ulubiony gatunek piosenkarza, podobnie jak śpiewanie po angielsku, były w końcu lat 40. i do połowy 50. źle widziane przez władze. - Jazz był wtedy spychany do katakumb. Trzeba było znaleźć sposób, by jakoś przemycać zakazane piosenki. Aba Jakowska, żona Waldemara Kazaneckiego, pisała do nich świetne teksty po polsku. Dzięki temu śpiewali m.in. "Chattanooga Choo Choo" orkiestry Glenna Millera w rodzimym języku. I to już nie budziło takich protestów - mówi Barbara Dunin.

Artysta estradowy i reżyser Zbigniew Korpolewski wspominał w audycji radiowej, jak ogromne emocje za jego studenckich czasów wzbudzał koncert Zbigniewa Kurtycza w Poznaniu. Młodzi ludzie niecierpliwie czekali na przyjazd swojego idola, oblegali jego samochód. Piosenkarz był wtedy symbolem muzycznej awangardy, wciąż otwartym na kolejne nowinki. Dlatego w 1957 r. (od czterech lat miał już wtedy w repertuarze swój największy przebój "Cicha woda") brawurowo zaśpiewał pierwszy polski utwór rockowy "W Arizonie" (został skomponowany specjalnie dla niego przez Wiesława Machana). Na koncertach publiczność szalała, domagała się wielokrotnych bisów, śpiewała wykonawcy "Sto lat".

Współpracował też z Polskim Radiem, występował z orkiestrami Stefana Rachonia, Edwarda Czernego, Waldemara Kazaneckiego, brał udział w "Podwieczorku przy mikrofonie" i "Zgaduj-zgaduli". W latach 60., po śmierci Juliana Sztatlera, kierował kawiarnią artystyczną "Pod Gwiazdami", w której promowano młode talenty, m.in. Stenię Kozłowską czy Reginę Pisarek. Kilka dekad później ze swoją żoną Barbarą Dunin poprowadzi kawiarnię "U Szczepka i Tońka", z bliskim obojgu artystom lwowskim repertuarem. Zawsze chętnie będą uczestniczyć w festiwalach muzyki kresowej.

Nie tylko śpiewał, ale i komponował. Był wyjątkowo muzykalny. Umiał grać na gitarze, mandolinie, fortepianie, nawet na perkusji. - Kiedyś byliśmy w trasie z estradą olsztyńską. Spora grupa artystów, także koledzy z Niemiec. Na jeden z koncertów nie dojechał zespół muzyczny, bo po drodze miał kraksę. Nie wiadomo było, co robić, publiczność już zajęła miejsca na widowni. I wtedy Zbyszek usiadł do fortepianu i wszystkim po kolei akompaniował, bez żadnych prób - wspomina Barbara Dunin.

Szczęśliwy mezalians

Od 1965 r. występował w duecie z żoną, śpiewali razem nastrojowe ballady, walce i tanga. Po raz pierwszy spotkali się rok wcześniej na estradzie, gdy on przyjechał na gościnne występy do jej rodzinnego Krakowa. Barbara Dunin była wtedy początkującą piosenkarką. Wydawało się, że wszystko ich dzieli. Ona - z domu hrabianka Łabędzka, on - syn kolejarza, rozwodnik i ojciec dwóch nastoletnich synów, do tego starszy od niej o 24 lata. Miłość, i to od pierwszego wejrzenia, okazała się jednak silniejsza. - Moi rodzice nie byli zachwyceni, gdy usłyszeli, że chcę wyjść za Zbyszka - przyznaje Barbara Dunin. - Z czasem przekonali się jednak, jak wspaniałym jest człowiekiem, i nasze stosunki świetnie się ułożyły.

Ci, którzy ich znali, twierdzą, że byli wspaniałym małżeństwem. Zgodni, uśmiechnięci, niezmiennie w sobie zakochani. Prawie nierozłączni. Za receptę na udany związek uważali przyjaźń, pogodę ducha i umiejętność wzajemnego ustępowania sobie.

Pierwszy raz zaśpiewali w duecie w "Podwieczorku przy mikrofonie" krótko po ślubie. Ten wspólny debiut nie był zaplanowany. To konferansjer Mieczysław Pawlikowski namówił ich, by wystąpili. Naprędce, w garderobie, przygotowali więc "Oczy czarne". Przez kolejne pół wieku mieli wyśpiewać razem wiele przebojów, m.in. "Bardzo proszę, nie odmawiaj" i "Żeby się ludzie kochali". Koncertowali w Polsce i za granicą, ogromnym powodzeniem cieszyli się u Polonii amerykańskiej. Występowali też wspólnie w Teatrze Buffo i w programach telewizyjnych o przedwojennych kabaretach realizowanych przez Kazimierza Krukowskiego (Lopka).

Dżentelmen w każdym calu

Piosenkarz całe życie był w rewelacyjnej formie. Uprawiał sport: jeździł na nartach, pływał, a przede wszystkim grał w tenisa. Ostatni mecz odbył jako 87-latek z Bohdanem Tomaszewskim. - Wygrał wtedy 2:0, był dumny jak paw. Zawsze miał niesamowite zacięcie do sportu - mówi Barbara Dunin. - Na każdą sobotę na godz. 12 rezerwował kort i grał, nawet jeśli panował niemiłosierny upał. Przestał dopiero ze względu na problemy z kręgosłupem, ale bardzo mu tego brakowało. Kiedy w 2007 r. odbierał z rąk ministra Zdrojewskiego Złoty Medal "Zasłużony Kulturze - Gloria Artis", spotkał Wojciecha Młynarskiego, który został wtedy uhonorowany takim samym odznaczeniem. Po uroczystości panowie, którzy mieli za sobą wiele wspólnych meczów tenisowych, żartowali, że choć zdrowie nie pozwala, chętnie zagraliby debelka.

Swoją prostolinijnością i serdecznością, charakterystyczną dla ludzi ze Lwowa, łatwo zyskiwał sympatię. Był bezpośredni, nawet z młodszymi osobami chętnie przechodził na "ty". Miał ogromne poczucie humoru i urok osobisty. - Zbigniew Kurtycz imponował też elegancją i niezwykłym stylem. To był dżentelmen w każdym calu - podkreśla Marek Sierocki.

W 2005 r. w wieku 85 lat porwał opolską publiczność, gdy zaśpiewał "Cichą wodę" w duecie z Maciejem Maleńczukiem podczas koncertu z okazji 80-lecia Polskiego Radia. Zerwał się huragan braw, jako jedyni z wykonawców bisowali, a Maciej Maleńczuk, na znak szacunku, pocałował Mistrza w rękę. Cztery lata później ponownie zaśpiewali razem "Cichą wodę" - znalazła się ona na płycie Maleńczuka "Psychodancing".

Choć Zbigniew Kurtycz i Barbara Dunin w ostatnich latach nie pojawiali się zbyt często w mediach, ludzie nadal o nich pamiętali, na każdym kroku okazywali sympatię. Na koncertach, które wciąż sporadycznie dawali, sala była zawsze pełna. Prowadzona przez Jolantę Fajkowską w radiu Vox FM w 2011 r. audycja "Autografy" z ich udziałem cieszyła się tak dużym zainteresowaniem, że na życzenie słuchaczy została ponownie wyemitowana.

Zbigniew Kurtycz zmarł 30 stycznia 2015 r. w wieku 95 lat. We śnie, tak jak to sobie wymodlił. Podczas pogrzebu kościół wypełniły jazzowe nuty - tak Krzysztof Sadowski, w imieniu środowiska jazzmanów, żegnał zmarłego. Na cmentarzu aktor Teatru Polskiego Wojciech Machnicki zaśpiewał lwowską piosenkę "Śpij, miglanc".

- Zbyszka trochę bolało, że zrobili z niego wykonawcę jednej piosenki - nie kryje Barbara Dunin. - Miał przecież w dorobku tyle świetnych utworów. Czasem ludzie na ulicy podchodzili do niego i mówili: "Nazwiska nie pamiętam, ale pan jest Cicha woda. Dlatego napisałam mu na grobie: "Lwowianin. Piosenkarz Cicha woda".

**

Podczas pisania artykułu korzystałam z książek: Marka Gaszyńskiego "Fruwa twoja marynara", Prószyński i Spółka 2006 oraz Dariusza Michalskiego "Piosenka przypomni ci. Historia polskiej muzyki rozrywkowej, lata 1945-1958", Iskry 2010.

Kinga Szafruga
Materiał nadesłany
0
Portrety
Zbigniew Kurtycz

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia