Polski król zabija żonę

"Sigismondo" - rez. Krystian Lady - Teatr Słowackiego w Krakowie

Festiwal Opera Rara rozpoczął się wyciągniętą z niebytu operą ROSSINIEGO, który sam się dziwił, że przyjaciele nie WYGWIZDALI GO za nią podczas weneckiej premiery a nieoceniony Piotr Kamiński napisał o Sigismondzie, że muza Gioacchina Rossiniego drzemie w tym utworze na jedno oko i czasami tylko daje o sobie znać.

Dwudziestodwuletni wówczas kompozytor cieszył się wszakże u wenecjan już renomą, bo uraczył ich wcześniej "Tankredem" czy "Włoszką w Algierze", więc nową operę, wystawioną w La Fenice pod koniec grudnia 1814 roku, przyjęli, jak pisał, ziewaniem, czym wyświadczyli mu wielką uprzejmość. Znacznie ostrzej potraktowano autora libretta Giuseppe Foppę, którego tekst do "Sigismonda" gazeta "Nuovo Osservatore Veneto" skwitowała dosadnym stwierdzeniem, że było to "nieszczęśliwe dziecię pisarza, który w ten sposób dostarczył setek dowodów swego braku zdolności".

Pominąwszy słabości libretta, niedostatki muzyczne "Sigismonda" są aż nadto widoczne i można się zastanawiać, co spowodowało nagły spadek formy u Rossiniego. Większość numerów wokalnych trzygodzinnego utworu sprawia wrażenie niedokończonych. Solowe arie po rozbudowanym recytatywie accompagnato przechodzą w cantabile i kiedy należałoby się spodziewać efektownego finału w szybkim tempie, ów wokalny popis, którego konstrukcję Rossini opanował przecież do perfekcji, niespodziewanie się urywa. Nieliczne tylko fragmenty, jak choćby wyznanie udręczonego wyrzutami sumienia tytułowego bohatera składające się z recytatywu i ariosa, mają rzeczywiście dramatyczny wyraz. Sceny chóralne także często są niemrawe. Rossini jednak dobrze wiedział, co jest najciekawsze w muzyce "Sigismonda", bo swoim zwyczajem wykorzystał to w kolejnych utworach. Pieśń chóru, wyrażająca w drugim akcie niepokój z powodu grożącego konfliktu, trzy lata później zamieniła się w słynną scenę otwierającą "Cyrulika sewilskiego" (Piano, pianissimo). A widz o wnikliwym uchu usłyszy, że akompaniament orkiestry w dramatycznym duecie żony Sigismonda Aldimiry i intryganta Ladislao stał się motywem dla narastającej siły plotki, o czym w "Cyruliku sewilskim" śpiewa Don Basilio. Dodajmy wreszcie, że uwerturę do "Sigismonda" Rossini wziął z "Turka we Włoszech".

"Sigismondo" jest zatem nieobecny na scenach i nawet Festiwal Rossiniego w Pesaro, który zajmuje się upowszechnieniem całego dorobku kompozytora, sięgnął po tę operę dopiero w 2010 roku. Inscenizacja zrealizowana przez Damiana Michieletta i pod kierownictwem muzycznym Michele Mariottiego zyskała jednak bardzo dobre recenzje i jest dostępna na DVD. Partię tytułową w Pesaro śpiewała Daniela Barcellona, bowiem w zamyśle kompozytora Sigismondo to rola na głos altowy. W krakowskiej inscenizacji przygotowanej na inaugurację tegorocznego Festiwalu Opera Rara szczególną atrakcją miał być występ jednego z najpopularniejszych kontratenorów Franco Fagiolego. Z Capellą Cracoviensis i jej szefem Janem Tomaszem Adamusem, dyrektorem artystycznym Festiwalu Opera Rara, znają się od dawna, czego dowodem choćby nagranie opery Pergolesiego "Adriano in Siria" (Decca, 2016).

Argentyńczyk Franco Fagioli jako Sigismondo targany wyrzutami sumienia w powodu skazania na śmierć żony Aldimiry to nawet dobry pomysł obsadowy. Z całej piątki protagonistów opery król jest psychicznie najsłabszy, emocjonalnie rozchwiany i to właśnie Fagioli starał się ukazać. Imponuje efektownymi koloraturami, giętkością głosu, który wszakże w dole skali nabiera płaskiego, barytonowego wręcz brzmienia. Zdecydowanie lepiej zaprezentował się w krakowskim spektaklu jego rodak Pablo Bemsch. Ma repertuar sięgający daleko poza opery Rossiniego, ale w jego muzyce czuje się dobrze. To tenor swobodnie poruszający się po całej skali, z efektownymi, dźwięcznymi górnymi tonami. Jednocześnie nie jest to Rossiniowski tenorino, argentyński artysta ma głos wystarczająco nośny, by nadać interpretacji cechy bardziej dramatyczne. Te zaś przecież są niezbędne w partii Ladislao - zaufanego króla, a przy tym człowieka podłego, któremu potem przyjdzie żałować popełnionego czynu. To on bowiem oskarżył - niesłusznie - królewską małżonkę o niewierność.

Młoda Francesca Chiejina wywarła sympatyczne wrażenie w roli skazanej na śmierć, ale ocalonej królowej Aldireny. Nie jest to postać psychologicznie skomplikowana, wystarczyło więc kontentować się śpiewem Amerykanki o nigeryjskich korzeniach, obdarzonej sopranem o ciepłym, aksamitnym brzmieniu. Imponował głosem i sceniczną posturą amerykański bas Kenneth Kellogg. Przyjął na siebie obowiązek wystąpienia w dwóch rolach - szlachetnego Zenovita, który ocalił od śmierci Aldirenę i ukrył ją w lesie, oraz jej ojca, węgierskiego króla Ulderica, wzniecającego wojnę, by pomścić rzekomą śmierć córki.

JDzięki tej czwórce starannie dobranych solistów podróż słuchacza przez muzyczne mielizny "Sigismonda" okazała się w wielu momentach całkiem przyjemna. Gorszy zestaw śpiewaków pogrążyłby to młodzieńcze dziełko Rossiniego, o czym świadczy choćby udział w tym spektaklu Marzeny Lubaszki, która swym niewyrównanym sopranem zmagała się z epizodyczną rolą Anagildy. Chór i orkiestrę Capellę Cracoviensis poprowadził z wyczuciem Jan Tomasz Adamus, choć tej interpretacji zdecydowanie bardziej przydałyby się większa energia, krótsze pauzy i stonowanie swoistej celebracji wolnych temp.

Nigdy dotąd niewystawiany na naszych scenach "Sigismondo" to kolejne operowe polonicum po "Gismondore di Polonia" Leonarda Vinciego wydobytym przez Martynę Pastuszkę i Orkiestrę Historyczną. W tej operze przynajmniej wiadomo, o którego polskiego władcę chodzi, gdyż w akcji pewną rolę odgrywają dążenia Zygmunta Augusta do zawarcia unii polsko-litewskiej. Zasadnicza intryga miłosna nie ma jednak nic wspólnego z faktami historycznymi. U Rossiniego libretto nawet na moment nie zbliża się do rzeczywistości. Reżyser "Sigismonda" Krystian Lada zdecydował się więc odwołać do czasów Zygmunta Starego i Hołdu pruskiego Jana Matejki, nie po to oczywiście, by akcja stała się bardziej prawdopodobna. Z dawnej pracowni malarza wydobył rozmaite patriotyczne rekwizyty i zaproponował inteligentną zabawę nawiązującą do naszej współczesności. To chyba jedyny dzisiaj sposób na "Sigismonda", choć nosi cechy typowej produkcji festiwalowej, realizowanej w szybkim tempie i tanimi środkami.

Trochę szkoda, że tak się stało, bo tej opery Rossiniego na polskich scenach zapewne długo nie zobaczymy.

Jacek Marczyński
Ruch Muzyczny
24 lutego 2020

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...