Pomników nie da się kochać

"Słowo honoru" - reż.Krzysztof Zaleski - Teatr Telewizji

Kolejna telewizyjna premiera w ramach Sceny Faktu to w porównaniu z "Inką." duży krok naprzód, ale mimo to, jest to spektakl jednej roli.

Mowa o przedstawieniu pt. "Słowo honoru", które ratuje tylko Jacek Rozenek, który wcale nie pokazuje Różańskiego jako demonicznego ubeka, czy wręcz wcielenia zła. Mimo aktorskiego koncertu Rozenka, oglądając "Słowo honoru", czułem się obco - to nie była moja historia. 

Co było wcześniej? 

Na początku była "Śmierć rotmistrza Pileckiego" w reżyserii Ryszarda Bugajskiego, oglądana z autentycznym zainteresowaniem. "Inka 1946 - ja jedna zginę" to już, niestety, tylko powielony schemat z pierwszego spektaklu, poddany lekkim modyfikacjom - w efekcie bohaterska sanitariuszka to "Pilecki w spódnicy". Gdyby usunąć z przedstawienia czołówkę i napisy końcowe, spokojnie mogłoby zostać uznane za kolejny odcinek "Sensacji XX wieku". Kiedy oglądało się "Inkę.", te wszystkie siniaki, sceny bicia, zrywania paznokci, przesłuchania w pewnym momencie przestawały wstrząsać, a zaczynały zwyczajnie nużyć. Miało się nieodparte wrażenie, że twórcom nie zależało na przekazaniu prawdy o pewnym historycznym okresie, a jedynie na epatowaniu scenami przemocy. 

Malessa kontra Różański 

Dopełnieniem "AKowskiej trylogii" jest reżyserowane przez Krzysztofa Zaleskiego "Słowo honoru" - utrzymana w kolorze sepii, stylizowana na stare, czarno - białe zdjęcia opowieść o Emilii Malessie, pseudonim "Marcysia". Kiedy bohaterka zostaje aresztowana, powracają ujęcia, znane już z dwóch poprzednich spektakli: długie korytarze więzienia na Rakowieckiej, trzask krat, ciemne, wilgotne cele, sala sądowa. Malessa w wykonaniu Marii Pakulnis jest od początku do końca pomnikowa. Pomniki, owszem, są potrzebne, ale nie ma w nich nic ludzkiego. Nie da się ich kochać, nie można też wzruszyć się ich losem. Przez prawie osiemdziesiąt minut oglądamy nie kobietę, a wykonującego wszystkie rozkazy przełożonych - żołnierza. Na przeciwnym biegunie znajduje się kapitan Józef Różański, szef departamentu śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, za sprawą Jacka Rozenka jedyna wiarygodnie zagrana postać w tym spektaklu. Różański to świetny aktor - to, co mówi i robi, zależy od tego, z jaką publicznością ma do czynienia. Kiedy widzimy go po raz pierwszy, rozmowę z Malessą zaczyna od "nieporozumienia", smutno spogląda w oczy pani kapitan, mówi, że też jest polskim oficerem, deportacje nazywa "przypadkami" i "karygodnymi incydentami", wspomina o odbudowie kraju, o "wielkiej mordowni", jaka grozi Polsce, a także daje swoje "oficerskie słowo honoru". Z kolei rozmowę z Rybickim, z wykształcenia będącym filologiem klasycznym, rozpoczyna, recytując w oryginale fragment "Antygony". Dopiero pod koniec przedstawienia ten mówiący ładnymi, okrągłymi zdaniami mężczyzna odrzuca zarówno maskę patrioty, jak i intelektualisty, katując towarzyszkę Malessy, mówi o "faszystach z AK", a także o tym, że to on decyduje, co jest prawem. 

Dlaczego nie zachwyca? 

Doceniam wysiłek wszystkich twórców, ale spektakl nie zachwyca. Mimo, iż nie należę do pokolenia, dla którego czasy pierwszej Solidarności są równie odległe, co bitwa pod Grunwaldem, nie potrafię się wzruszyć losem Malessy. Nie przekonują mnie nawet słowa profesora Wieczorkiewicza, współautora scenariusza, o "greckim wymiarze tragedii" bohaterki. Przedstawienie nie jest, co prawda patriotyczną laurką (jak miało to miejsce w przypadku "Inki."), ale nie potrafię się identyfikować z bohaterką, między innymi z racji wspomnianej już pomnikowości. Opowiadana historia i sytuacja Malessy są dla mnie równie obce i obojętne, co nazwiska skazanych w tzw. procesie szesnastu, o którym uczyłem się jeszcze w liceum. Dlaczego? Nie wiem. Może dlatego, że - jak w piosence Cool Kids Of Death, zatytułowanej "Dwadzieścia kilka lat", śpiewał Krzysztof Ostrowski: "Brak mi doświadczeń istotniejszych / Holokaustu, wojny, śmierci"?

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny
25 czerwca 2007

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia