Pomocy, czyli rzecz o pomaganiu

Felieton Dany Łukasińskiej

Pomaganie innym jest ponoć wpisane w istotę kobiecości. Ten wyświechtany stereotyp ma się ciągle dobrze. Większość wolontariuszy stanowią kobiety. Od kilku miesięcy jestem jedną z nich. I mam jedną refleksję: pomaganie innym bywa gorzką lekcją o nas samych.

Od jakiegoś czasu kolekcjonuję mrożące krew w żyłach historie o strasznych wypadkach czy przestępstwach, których ofiarami padają osoby pomagające innym. Trzy lata temu głośna była historia rodziny, która potopiła się w szambie po tym, jak jedna osoba ratowała drugą, a druga trzecią itd. Ratujący najpierw tracili przytomność od siarkowodoru, potem tonęli. W sumie zginęło wtedy siedem osób. Osierocono piątkę dzieci.

Pewna 79-letnia staruszka, była szkolna woźna, która zawsze lubiła dzieci, przygarnęła pod swój dach 27-letniego mężczyznę. Biedak szukał miejsca do spania podczas sezonowej pracy, którą wykonywał w tej małej miejscowości. Przez pewien czas żyli w zgodnej symbiozie. A potem z niewiadomych powodów mężczyzna zabił kobietę, zawinął ją w dywan i wystawił na zewnątrz.

Głośna ostatnio była sprawa "złotej" Tracey Wilkinson z Wielkiej Brytanii. Po własnych doświadczeniach z alkoholizmem i zwycięstwie nad nim, kobieta przyjęła do domu uzależnionego od narkotyków i znalezionego na przystanku 20-letniego Aarona. Ponoć traktowała go jak syna. "Złota" Tracey była hojną opiekunką. Dała chłopakowi własne wyposażone mieszkanie, a nawet konto w banku. Oczywiście Aaron otrzymał tę niezwykłą pomoc pod jednym warunkiem: że przestanie brać. Walka z nałogiem nie poszła mu tak dobrze jak "złotej" Tracey. Kiedy stracił wszystko: mieszkanie, meble, załatwioną pracę, a pieniądze wydał na narkotyki, znowu wylądował na ulicy. Dopiero wtedy "złota" Tracey zakręciła kurek z kasą. Zginęła razem z 13-letnim synem. Liczne ciosy nożem zadał jej traktowany jak własny syn, syn marnotrawny, 20-letni Aaron.

Pomaganie innym to szlachetna sprawa. I szalenie śliska. Oczywiście warto oddzielić pomaganie w rozumieniu odruchu, którym reagujemy w nagłym wypadku np. ratując tonące w rzece dzieci, jak i pomaganie innym wpisane w zawód ratownika czy pracownika pomocy społecznej, od pomagania, które staje się naszą ideą fix. W tym ostatnim rodzaju trudno czasem wskazać największego beneficjenta: czy to ten, który udziela pomocy, czy ten, który ją otrzymuje?

W pierwszym spotkaniu wolontariuszy, którzy zgłosili się by pomagać uchodźcom (owszem, nadal są w Polsce takowi), na którym byłam, uczestniczyło osiem kobiet i jeden mężczyzna. Nasze wyobrażenia jak ta pomoc będzie wyglądać powoli i boleśnie zderzały się z rzeczywistością. Kiedy myślisz uchodźca, wyświetla się obraz medialny: albo zapłakane i zalane krwią dziecko z Aleppo, albo zamaskowany terrorysta z nożem w zębach. Chcesz pomagać oczywiście temu pierwszemu, ale Polska nie przyjmuje uchodźców z Syrii. Nasz kraj ma swoje zasady. Nie pomagasz też terrorystom, bo gdyby nawet tacy się pojawili, to naprawdę nie potrzebowaliby naszej pomocy. Terroryści mają swoje metody. Pomagając uchodźcom w sumie pomagasz zwykłym ludziom i to jest pierwsze, co zaskakuje. No bo kto to jest zwykły człowiek? Zwykły człowiek, to taki ktoś, który ma zwykłe wady i zalety (dyplomatycznie rzecz ujmując). Oczywiście każdy uchodźca jest też niezwykły, z tego właśnie powodu, który kazał mu opuścić własny kraj i ratować życie swoje i bliskich ucieczką. Swoją drogą, trzeba być bardzo naiwnym albo zdesperowanym, by szukać ratunku w Polsce...

Doświadczenia wolontariuszek pomagającym uchodźcom (bo znam głównie dziewczyny) są oczywiście różne i często ambiwalentne. Wśród osób posiadających status uchodźcy lub starających się o niego, pojawiają się tacy, którzy są naprawdę niezwykli. Pomimo tego co przeżyli, pomimo traum, leczonego PTSD, nie ustają w walce o swoje nowe życie, na wcale nie tak przyjaznej ziemi. Walczą z naszym beznadziejnym systemem, walczą z rodzimymi uprzedzeniami Polaków-katolików, uczą się naszego piekielnie trudnego języka, szukają pracy, są pogodni. Są zwykłymi ludźmi, których chce się znać. Ale wśród nich są też tacy, którzy trwają w wyuczonej bezradności (te ośrodki dla uchodźców!!!), którzy są lekkomyślni i bezrefleksyjni, którym się nie chce, więc sabotują każdy rodzaj aktywności, którą chcesz ich zarazić. Są zwykłymi ludźmi, których czasem masz dosyć.

Pomaganie to cholernie trudny proces. Zmusiło mnie to ostatnio do zadania sobie istotnych pytań: po co to robię? Czy muszę lubić osobę, której pomagam? Czy gdyby nie była uchodźcą, byłabym w jej ocenie bardziej/mniej surowa? Czy dlatego, że jest uchodźcą nie może mieć wad? Czy ja jej naprawdę pomagam? A może to ona pomaga mi zrozumieć siebie i stąd ta moja irytacja?

Marek Aureliusz powiedział: "Ludzie istnieją dla siebie wzajemnie. Albo ich więc pouczaj, albo znoś". Okej, rozumiem. Ale w tej samej księdze ósmej dodał: "A choćbyś pękł, nie zmieni się postępowanie ludzi." To w końcu co mam robić? Czy ktoś mi pomoże?

Dana Łukasińska
e-teatr
29 kwietnia 2017

Książka tygodnia

Wróg publiczny i inne dramaty węgierskie
Agencja Dramatu i Teatru "Adit"
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia