Poprawnie, czyli nijak

"Antygona w Nowym Jorku" - reż. Andrzej Szczytko - Teatr Nowy w Łodzi

Mamy genialny tekst Janusza Głowackiego, poruszającą muzykę graną na żywo, dobre monologi. A jednak historia trójki bezdomnych z Tompkins Square Park, samotnych i zagubionych w wielkim, przedziwnym mieście nie uwiodła, nie wzruszyła, nawet nie zdenerwowała. Nie wywołała żadnych emocji.

,,Antygona w Nowym Jorku" w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi miała być głównym punktem tegorocznego festiwalu ,,Łódź Czterech Kultur". Przedstawienie idealnie wpisujące się w charakter wydarzenia, temat pasujący do współczesnych problemów Europy i świata – będzie więc coś, co pozwoli zapamiętać tę edycję jako wyjątkową. Zwłaszcza, że historia trójki bezdomnych z Tompkins Square Park wydaje się ponadczasowa.

Kiedy Anita, szwaczka z Portoryko namawia Saszę, rosyjskiego Żyda i Pchełkę, Polaka chcącego dorobić się w USA, by wykradli ciało jej ukochanego (także bezdomnego) i tym samym uchronili go przed anonimowym pochówkiem na cmentarzu dla ubogich, czujemy, że całe przedsięwzięcie nie ma szans na powodzenie. Podobnie jak ich plany wyrwania się z bezdomności. Ich życie się nie zmieni (co potwierdza opowieść o bezdomnym, który został zamordowany po tym, jak założył własny biznes), świat, którego tak potrzebowali, nie potrzebuje ich. Jak łatwo odnieść tekst napisany przez Janusza Głowackiego do współczesności. Problem uchodźców, migracji milionów ludzi w poszukiwaniu ,,lepszego" miejsca na ziemi, granic ogrodzonych drutem kolczastym – to wszystko można wpisać między słowa dramatu z początku lat 90. Zmieniły się kraje, których to dotyka, zmieniła się skala, ale problem pozostał. Tylko w spektaklu w reż. Andrzeja Szczytki, wbrew zapowiedziom, tego nie znajdziemy.

Łódzka ,,Antygona w Nowym Jorku" jest poprawna i to jeden z jej głównych zarzutów. Nie uwodzi, nie zachwyca, nie bulwersuje – nie wzbudza żadnych emocji. A przecież nie chodziło tu wcale o uprawianie teatralnej publicystyki, nabudowywanie sensów, uwspółcześnianie sztuki na siłę. W czasie spektaklu próbowałam oddzielić słowa od obrazu i problem na pewno nie tkwi w dramacie. Było w nim wiele kontekstów, nieraz zakamuflowanych, ale podanych niezwykle trafnie, tak jakby autor tekstu cyzelował słowo po słowie. A jednak spektakl jako całość wydawał się pełny dłużyzn. Zwykłe odtworzenie słów ze scenariusza, niemal ostentacyjne odcięcie się od współczesności i polityki pozbawiło spektaklu jakichkolwiek barw: jest jak jest, tak będzie i koniec – tak wydaje się brzmieć przewodnia myśl historii trójki bezdomnych. Ironia - główna broń i narzędzie Głowackiego – w ogóle się nie pojawiła i to największy, obok poprawności, grzech łódzkiej „Antygony". Bo jak zrobić tragifarsę bez ironii?

,,Antygona w Nowym Jorku" to historia o poszukiwaniu czegoś nieuchwytnego, o marzeniach, o walce. A kiedy nic z tego się nie spełnia, bezdomni uciekają, mitologizują swoje życie, oszukują samych siebie. Zachowują się dokładnie tak jak my, kiedy nie chcemy przyznać się do porażki. Tylko w bohaterach tego spektaklu nie odnajdujemy siebie. Co zresztą widać było po reakcji widzów: jedni się nieśmiało uśmiechali, inni próbowali wsłuchać w dramat, a inni zasypiali. Być może właśnie z tych powodów (odtwórczości, braku ironii, punktu odniesienia, a przez to braku wyrazu) nie próbowali odpowiedzieć sobie na pytania, które powinny pojawić się w myślach podczas spektaklu.

Gra aktorska zespołu była tak jak cały spektakl, czyli poprawna. Choć wyjątkowo dobrze wypadły monologi policjanta (Dariusz Kowalski), który niejako tłumaczy widzom zasady życia w Tompkins Square Park. Był jeszcze jeden element, który przebijał się przez bezbarwną opowieść - scenografia. Na scenie nie wiele się działo, ławki ustawiane z metalowych klatek, drzewo ogrodzone podobną metalową konstrukcją, sklepowy wózek. Ale minimalistyczny obraz fragmentu ogromnego, różnorodnego miasta genialnie przenosił w świat symboli. Do tego kolorowe, świecące banery gdzieś z tyłu sceny – w końcu Anita, Sasza i Pchełka przyjechali do Nowego Jorku, żeby żyć wśród ich świateł, w blasku neonów. Tymczasem świat przygotował dla nich ponury Tompkins Square Park. Pozostały im tylko wspomnienia dawnych marzeń, które niesamowicie odbijały się w granej na żywo przez saksofonistę muzyce.

Tegoroczna premiera ,,Antygony w Nowym Jorku" w Łodzi miała być wyjątkowa ze względu na udział autora dramatu Janusza Głowackiego (premiera była zaplanowana w dzień jego 79 urodzin). Spektakl niespodziewanie stał się pożegnaniem i hołdem dla pisarza. Głowacki zmarł niespełna miesiąc przed premierą. Nie lubię gdybania, więc pytania - co by powiedział autor sztuki o spektaklu, jakby go ocenił - które teraz zadaje sobie wiele osób, trzeba zostawić bez odpowiedzi. Na pewno dramat warto wnikliwie przeczytać, może wysłuchać, ale czy obejrzeć?

Aleksandra Pucułek
Dziennik Teatralny Łódź
3 października 2017
Portrety
Andrzej Szczytko

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski