Poprzeczka stoi wysoko

"Samsara Disco" - XII Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje

Wbrew nazwie w "Samsara Disco" nie było tańca i zabawy. Od pierwszej chwili reżyserka Agnieszka Olsten prowadziła nas na pogrzeb każdego bohatera

Nuda i melancholia to mało. Po raz pierwszy w Antonim Czechowie zobaczyłam okrutnego Samuela Becketta, z jego obsesją śmierci i przekonaniem o absurdzie życia. - Skoro mówimy o śmierci, to jeszcze żyjemy - wygłasza jeden z bohaterów "Samsara Disco" i to motto wszystkich, których na scenę wprowadziła Agnieszka Olsten. To nie jak u Becketta akty bez słów, ale słowa bez aktów. Słowa pomieszane, bo Olsten odczytała "Iwanowa" Czechowa przez pryzmat tego, co w powieści "Życie owadów" napisał Wiktor Pielewin. Każdy z bohaterów "Samsary..." jak ćma chciałby wzlecieć do światła, wybiera jednak trwanie w ciemności. Trwanie wypełnione mówieniem. Na przemian słowami Czechowa i Pielewina Olsten policzkuje publiczność. Słowami zabijają się też kolejno aktorzy. Tu każdy jest na krok od śmierci, od swojego samobójstwa. Nikt nie podejmuje walki, nie przeżywa dramatu, nie przechodzi przemiany. Hrabia (Tomasz Wygoda) nieznośnie poleruje podłogę i czeka, Lebiediew milczy (raz tylko Maciej Kozłowski nieudolnie wykrzyczy na próżno wszystkie swoje lęki w świetnym monologu o nietoperzu), Natasza i Babakina nie podejmują gry w uwodzenie, a Iwanow (Michał Majnicz) nie szuka rozgrzeszenia. Olsten skazała bohaterów na syzyfową pracę: każda najmniejsza próba kończy się fiaskiem. Gdy tylko pozwoli im się wspiąć się na szczyt metaforycznej góry - drewnianego podestu stanowiącego całą scenę, zaraz spadają ponownie na dno. Absurdalnego ciągu nie sposób już przerwać.

Olsten jako reżyserka od początku prowokuje. Nie tylko teatralnie, bo tym razem postanowiła nie grać Czechowa z melancholią. Zrobiła to, co Sarah Kane z mityczną Fedrą w "Miłości Fedry", czyli rozdarła tekst na strzępy i kazała się wsłuchać w całą zawartą w nim brutalność, niemoc i beznadzieję. Udowodniła, że rytm słów od pierwszej frazy spektaklu układa się w gorzki marsz pogrzebowy.

Młoda reżyserka rozpoczęła tegoroczny konkurs od wyzwania rzuconego nie tylko sobie, ale i aktorom. Zespół Teatru Polskiego z Wrocławia po raz kolejny pokazał w Katowicach swoją klasę. Olsten każdemu pozwoliła zagrać tu główną rolę: gasnącej w oczach Katarzynie Strączek, Mirosławowi Haniszewskiemu, który nie może w całość poskładać własnej osobowości, zaś Bożenie Baranowskiej pozwoliła zagrać matkę - kobietę-ikonę z etykietą "bezużyteczna".

Konkursową poprzeczkę Olsten umieściła dokładnie tam, gdzie trzeba, czyli wysoko. Udowodniła, że przy szacunku do autora dramatu można znaleźć w inscenizacji miejsce dla kolejnego autora i kolejnego aktora. Zostawiła po sobie wrażenie scenicznej erudycji i teatralnych emocji.

We wtorek w Teatrze Śląskim drugi spektakl konkursowy. Wyzwanie podejmuje Krzysztof Rekowski z interpretacją "Panien z Wilka" Iwaszkiewicza z zespołem Teatru Polskiego z Poznania. Spektakle o godz. 17 i 20.

Aleksandra Czapla-Oslislo
Gazeta Wyborcza Katowice
16 marca 2010

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia