Porfiry widzi w Raskolnikowie siebie

rozmowa z Krzysztofem Babickim

Rozmowa z Krzysztofem Babickim, reżyserem "Zbrodni i kary" według Fiodora Dostojewskiego.

Tomasz Klauza: Dlaczego akurat „Zbrodnia i kara”, a nie na przykład „Bracia Karamazow” albo kameralna „Łagodna”? Warto przypomnieć, że to już Pańskie trzecie spotkanie z Dostojewskim. Wcześniej zrealizował Pan w lubelskim Teatrze im. Juliusz Osterwy „Biesy” i „Idiotę”, a oba spektakle zebrały znakomite recenzje.

Krzysztof Babicki: Dostojewski był mi zawsze bardzo bliski [reżyser realizował „Biesy” również w Teatrze Wybrzeże i w Finlandii – przyp. T. K. ], ale „Zbrodnię i karę” odsuwałem na bok. Każdy z nas nosi w sercu, głowie czy pamięci jakieś wyobrażenie tej powieści – czy to z czasów szkolnych, czy też pamiętając przedstawienia teatralne. W latach 50., na przykład w Związku Radzieckim, nie można było grać „Biesów” czy „Idioty”, ale opowieść o Raskolnikowie owszem, bo to taki realistyczny, a więc bezpieczny tekst. Tymczasem tam też jest metafizyka, ale ukryta, co nie zmienia faktu, że trudno ją pokazać w teatrze. Główny bohater rzuca studia prawnicze, ponieważ nie godzi się na strzelanie do ludzi (wojnę) i tłumienie zamieszek, mówiąc dzisiejszym językiem. Jest młodym anarchistą. Niezwykle ważna jest dla mnie kwestia, którą porusza w swoim monologu Marmieładow, pytający Raskolnikowa, czy kiedyś odmówiono mu kredytu i co w tej sytuacji ma zrobić. Przecież to jest nasze „tu i teraz”! A więc mamy kilka światów ekonomicznych zamiast jednego, a dramat zastąpił szczęście. Maciej Wizner gra młodego, drobnego chłopca, poszukującego odpowiedzi na dręczące go pytania. Z kolei Porfiry widzi w Raskolnikowie siebie, ale sam nigdy nie przekroczył granicy – nie mam na myśli tylko morderstwa. Co ciekawe, zarówno zabójca, jak i jego przyjaciel Razumichin i śledczy są prawnikami i każdy z nich swoim postępowaniem inaczej odpowiada sobie na pytanie, jak żyć w świecie prawa rodem z esejów Alberta Camusa. 

T.K.: Czy była taka realizacja „Zbrodni i kary”, która z jakichś powodów zapadła Panu głęboko w pamięć? 

K.B.: Wiele adaptacji to rozgrywka między Porfirym a Raskolnikowem już po zbrodni, co mnie najmniej interesuje. Opowiadam o środowisku 23-letniego studenta: jego dzieciństwie, relacjach z matką i siostrą. Nawiasem mówiąc, między Dunią, która sprzedaje się Łużynowi, a Sonią prostytuującą się, by utrzymać rodzeństwo, nie ma zbyt wielkiej różnicy. Chciałem również rozbić realistyczną narrację, pokazać przestrzeń snów – wprowadzam więc postaci, nazwane przeze mnie „ludźmi z mroku”, które pojawiają się w halucynacjach Raskolnikowa (wcielają się w nich Wiesław Kupczak i Zbigniew Wróbel). Teatr od antyku opowiada historię, a pewnie nie wszyscy, którzy przyjdą na spektakl, czytali powieść Dostojewskiego. Przedstawienie otwiera więc scena, w której Raskolnikow zastanawia się, czy przyznać się do winy i przypomina sobie zdarzenia z przeszłości. W spektaklu zrabowane przedmioty znajdują się w szufladzie, która jest przez cały czas obecna na scenie. Co ważne – powieść kończy się słowami: „To ja zabiłem starą lichwiarkę”, wypowiedzianymi zupełnie chłodnym tonem. Nie „biedną kobietę i jej siostrę”, ale po prostu „wesz”. To okrutne, ale u Dostojewskiego nie ma skruchy. 

T.K.: Wspomniał Pan o Macieju Wiznerze (Raskolnikow) i Wiesławie Sławiku (Porfiry). Gościnnie w roli Sonii pojawia się Małgorzata Daniłow, którą możemy oglądać w znakomitej „Mateczce”. Czy ze słuchaczką Studium Aktorskiego pracuje się inaczej niż z resztą zespołu? 

K.B.: Mój profesor Zygmunt Hubner mówił, że obsada jest częścią reżyserii. Zobaczyłem panią Małgorzatę w „Mateczce”, spodobała mi się jej gra, więc powiedziałem o moim pomyśle dyrektorowi Tadeuszowi Bradeckiemu, który również ceni odtwórczynię roli Pauliny. Pani Małgosia ma w sobie ogromną świeżość (brak rutyny teatralnej), młodość i – co równie ważne – wrażliwość. Oczywiście, ktoś może stwierdzić, że nie słychać jej tak dobrze, jak starszych kolegów, ale na tym polega próba sceny, która kiedyś była jedynym miejscem sprawdzianu możliwości aktorskich. Katowickie Studium Teatralne mogę porównać z podobnymi inicjatywami w Gdańsku (absolwentką studium przy Teatrze Wybrzeże jest Danuta Stenka), Gdyni czy Olsztynie. Ze słuchaczem Studium pracuję po prostu tak, jak ze studentem szkoły teatralnej. 

T.K.:„Biesy”, „Idiota” i „Zbrodnia i kara”. Kiedyś w identycznej kolejności swoje adaptacje Dostojewskiego prezentował krakowskiej publiczności Andrzej Wajda. To przypadek czy ten tryptyk po prostu musi być w ten sposób ułożony?

K.B.: (śmiech) Zaskoczył mnie pan kompletnie – nigdy o tym w ten sposób nie myślałem, chociaż byłem przecież przez dziewięć lat etatowym reżyserem w krakowskim Starym Teatrze. Pierwszy raz „Biesy” robiłem w Teatrze Wybrzeże, później w Finlandii, a na końcu w Lublinie, za każdym razem z innymi realizatorami. Byłem za młody, by uznać „Biesy” Wajdy za mój teatr, co nie zmienia faktu, że obejrzałem przedstawienie i bardzo mi się podobało. Byłem w pana wieku, kiedy ten spektakl schodził z afisza. Podobnie z „Nastazją Filipowną”, którą oglądałem w Krakowie już jako reżyser. Ja jednak nie wyobrażam sobie Myszkina w oderwaniu od Nastazji, Agłai i kilku innych postaci. Książę, zanurzony w tym środowisku jest zupełnie inny niż ten, który rozmawia o Nastazji z Rogożynem. Lubię „Braci Karamazow” Krystiana Lupy. Widziałem to przedstawienie wielokrotnie, ale nigdy nie miałem pokusy, by wystawić adaptację tej powieści. 

T.K: A kostiumy i scenografia? W „Romeo i Julii” bohaterowie byli ubrani współcześnie, w „Wyzwoleniu”, które oglądałem jeszcze w czasach licealnych, na scenie pojawiał się Konrad z laptopem. Z kolei „Panna Julia” osadzona była w strojach z epoki…

K.B.: Szekspir pisał „Romeo i Julię” jako sztukę współczesną, stąd takie kostiumy. W „Wyzwoleniu” współczesność wyprowadziliśmy z didaskaliów samego Wyspiańskiego, który pisze: „dzisiaj w teatrze krakowskim”. Wspomniany laptop miał za zadanie pokazać obsesję techniką. W naszej „Zbrodni i karze” mówi się o rublach, ale Porfiry zamiast zielonego, carskiego munduru nosi strój dzisiejszego śledczego. Gdyby nawet budżet pozwolił na pokazanie na scenie XIX-wiecznej scenerii, zamiast związków między postaciami otrzymalibyśmy opowieść historyczno-rodzajową, która najmniej mnie w powieści Dostojewskiego interesuje. Były próby pokazania w „Pannie Julii” współcześnie relacji między służącym, służącą, a córką hrabiego, ale wspólnie z Ewą Kutynią, Dorotą Chaniecką i Maciejem Wiznerem (aktorami występującymi w „Pannie Juli”) zrezygnowaliśmy z tego. Wydaje mi się jednak, że spektaklowi na Scenie Kameralnej nie zaszkodziło osadzenie w czasach Strindberga.

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny Katowice
29 maja 2009

Książka tygodnia

Kwiatkowska. Żarty się skończyły
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marcin Wilk

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...