Portret

12. Chorzowski Teatr Ogrodowy

Nie śpiewa przed lustrem, bo ma wtedy ciekawsze zajęcia, na przykład golenie. Ale śpiewa przed mikrofonem, nagrywa kolejne płyty i wciąż zaskakuje odbiorców nowymi wcieleniami scenicznymi.

Od „teledysków na żywo" (pierwsza piosenka, tworząca niejako z przypadku Andrusa-wokalistę to Zabierzcie mi gitarę, w ramach teledysków pojawiła się później też składanka przebojów Boney M.), drobnych żartów, w których pomysł na piosenkę był ważniejszy niż samo wykonanie (Pszczółki), od scenicznych przyjaźni (Wiesiek idzie), przez Trójkowe Karpie, aż po stylistycznie dopracowane pastisze muzyczne (Szanta narciarska, Cyniczne córy Zurychu).

Za sprawą słuchaczy, których zresztą sam do śmiechu przyzwyczajał, na listach przebojów wygrywał ze Stingiem. Teraz Artur Andrus powraca do słuchaczy z płytą Sokratesa 18, wciąż pełną żartów, ale też mocno melancholijną, mniej przesyconą cytatami i zabawami formalnymi, za to filozoficzną i refleksyjną. Uwielbiany przez publiczność artysta sprawdza się i jako konferansjer, i jako satyryk, chociaż polityki i satyry agitacyjnej unika, skupiając się bardziej na uniwersalnych spostrzeżeniach. Chętniej tłumaczy, że nie jest satyrykiem a rozśmieszaczem: nie próbuje naprawiać świata, zajmuje się błahostkami. Uwodzi w improwizacjach, pisze książki, grywa w spektaklach, do radia wraca (ale na razie do innego, co fanom raczej przeszkadzać nie będzie). Nie lubi nudy i w zadaniach, których się podejmuje doskonale to widać. Uwielbia za to radiowe audycje: tylko tam może mieć wrażenie kameralnej rozmowy, z jednym odbiorcą. Zbiera dziennikarskie kurioza i nieoczywiste komplementy (te ostatnie po tym, gdy usłyszał po występie, że jest śmieszny jak pies). Reaguje na to, co dziwne, ale też i nieistotne w szerszej perspektywie: z improwizacji powstają czasami utwory, które przetrwają próbę czasu i mogą funkcjonować poza wyjaśniającym kontekstem (tak było z Matką piłkarza czy Szaloną Krewetką).

Przeważnie Andrus nie pisze piosenek dla innych, ale też i sam najlepiej interpretuje dowcipy, jeśli dodać do tego wciąż rosnące umiejętności wokalne, staje się jasne, że popularność płyt tego satyryka nie jest wyłącznie efektem ironicznej ciekawości odbiorców. Fenomen Artura Andrusa może polegać na dobrotliwym humorze, na śmiechu bez zjadliwości i chęci klasyfikowania oraz oceniania zjawisk. Ale jest to też dziennikarz, który przywraca do świadomości szerokiej grupy odbiorców dawnych mistrzów: przedstawił słuchaczom między innymi Stefanię Grodzieńską i Marię Czubaszek, sprawił, że obie panie na nowo zaistniały w przestrzeni publicznej jako cenione autorki satyr (a Maria Czubaszek stała się wręcz celebrytką). Potrafi śmiać się z siebie (stąd pomysł na zespół Demony Sanatorium). Fani wytwórni A'Yoy znajdą go w filmach (czasami gra samego siebie, a czasami... karykaturę samego siebie, beznadziejnego konferansjera obrzucanego pomidorami). Współpraca z kabareciarzami owocuje zestawem kolejnych anegdot (kabaret Potem wyjaśnia, dlaczego w programie Trąbka dla gubernatora starszy posterunkowy nazywa się Artur Andrus i „jest głupi jak tapeta w motylki").

Piosenki pisze, bo sprawia mu to przyjemność. Ale zawsze tworzy takie, przy których można tańczyć, żeby sam, jako wykonawca, nie musiał tego robić. Nic dziwnego, że przy choreografii do Piłem w Spale, spałem w Pile, pierwszej wersji Diridondy, Córach Zurychu czy Królowej nadbałtyckich raf publiczność szaleje. Deklaruje Andrus, że kiedy jego płyty będą się słabiej sprzedawać, zdemoluje jakiś hotel lub wymyśli podobny skandal dla podgrzania atmosfery. Na razie nie musi.

Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung"

Izabela Mikrut
Materiał organizatora
23 lipca 2018

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia