Postanowiłem wrócić

o miłości do życia i chorobie - zJerzym Stuhrem rozmawia Aleksandra Pawlicka

W moim życiu nastał czas dzielenia się nadzieją. Chciałbym, aby ludzie, którzy nie mają takiej silnej woli życia jak ja, takiego końskiego organizmu, też mogli podążać w kierunku, w którym idę. W kierunku życia - mówi aktor Jerzy Stuhr.

Newsweek: Gdy zadzwoniłam do pana, prosząc o wywiad, powiedział pan: "Zgoda, ale rozmawiajmy o życiu". Czy to oznacza zmartwychwstanie?

Jerzy Stuhr: Prawie. Dwa tygodnie przed Wielkanocą podano mi ostatnią chemię - profilaktycznie. Lekarze mówią, że jestem czysty, i pomału zaczynają mówić prawdę. Dopiero teraz, gdy choroba wydaje się ujarzmiona, dowiaduję się, jak było ze mną źle. Rozmawiam z panią, bo wracam do życia. Tak przynajmniej myślę. Tak sobie postanowiłem.

Newsweek: Co pan postanowił?

Jerzy Stuhr : Postanowiłem być na miarę swoich oczekiwań. Całe moje życie związane było z pracą, więc postanowiłem wrócić do niej. Ten krok trzeba zrobić samemu, bo lekarze zawsze będą mówić: wstrzymajmy się, poczekajmy. Wolą mieć pacjenta w łóżku, a ja zawsze byłem pokornym pacjentem, bo przecież nie pierwszy raz jestem poważnie chory. Pod koniec lat 80. przeszedłem zawał. Zawsze znosiłem ustawianie mnie przez lekarzy, ale teraz uznałem, że nadszedł moment, by powiedzieć: decyzja zależy ode mnie. Parę dni temu napisałem w moim pamiętniku: "Boję się". No, bo się boję. Czy dam radę, czy sił wystarczy, ale podniecenie jest większe od strachu. Zawsze w moim życiu tak było, że podniecenie było większe od strachu, ale muszę robić to, co kocham, co mi sprawia przyjemność. Przed paroma dniami przyjechał do mnie pan z Ministerstwa Kultury, proponując stanowisko dyrektora jednego z najzacniejszych polskich teatrów. A ja pytam: po co?

Newsweek: To pana nie podnieca?

Jerzy Stuhr : Nie. Podnieca mnie poznawanie, stawianie czoła wyzwaniom. Sprawdzanie się. Od mojej pierwszej pracy z Krzysztofem Kieślowskim tak było. Liczyło się, w czym robię, a nie co robię. Ważne było, że jestem członkiem grupy moralnego niepokoju, a nie to, że dostałem rolę. Najlepsze role zagrałem jako twórca, a nie tylko wykonawca. U Konrada Swinarskiego w Teatrze Starym każdy aktor słyszał, że jest najważniejszy. Co tam Konrad w "Dziadach", liczy się rola tego, który rozbija jajko w czasie Wielkiej Improwizacji. Musi czuć, że bez niego nie ma spektaklu. Swinarski na tym budował swoje zamki. Mówię teraz o tym, bo po latach właśnie to jest dla mnie najważniejsze. To, w czym robię.

Newsweek: W czym pan więc robi, zmartwychwstając z choroby?

Jerzy Stuhr : W dużym, dwuczęściowym filmie realizowanym przez włoską telewizję RAI z okazji 150. rocznicy powstania państwa włoskiego. Warunkiem stworzenia nowych Włoch była likwidacja państwa watykańskiego i film opowiada o ostatnich dniach papieża Piusa IX, de facto króla Włoch. Papież był pod olbrzymim wpływem jezuitów, gram generała zakonu jezuitów. To historyczna postać - Belgo-Holendro-Niemiec Pieter Beckx. W ubiegłym tygodniu poleciałem na jeden dzień do Rzymu, by przymierzyć kostiumy i omówić z reżyserem rolę.

Newsweek: Pierwszy raz od początku choroby był pan we Włoszech?

Jerzy Stuhr : Pierwszy. Po latach pracy we włoskich teatrach, szkołach i filmach wracam tam jak do domu. Zawsze mieszkam w Rzymie w tym samym hotelu przy Piazza del Popolo. Idę na spacer do fontanny di Trevii na grappę w okolice Panteonu. Znajomy kelner nigdy nie pyta mnie, czego chcę się napić, tylko woła z uśmiechem: "Maestro, doppia e singola?" (Maestro, podwójna czy pojedyncza?).

Newsweek: Zwykle była doppia.

Jerzy Stuhr : Wieczorem obowiązkowo, ale teraz zamiast grappy musi być lżejszy trunek. Najważniejsze jednak jest to, że wróciłem. Że postawiłem nogę w Rzymie. To moje małe zwycięstwo. A może wielkie? Ludzie myślą, że zwycięstwo to dostać ważną rolę, nagrodę. To jest oczywiście ważne, ale prawdziwe zwycięstwo to zwyciężanie samego siebie. Zrobienie czegoś, czego - jak myślałeś - już nie zrobisz.

Newsweek: Jak zaczęła się choroba?

Jerzy Stuhr : Byliśmy z żoną na wakacjach na Sycylii. I przestałem jeść. Po prostu nie mogłem niczego przełknąć. Ile może człowieka boleć gardło? Żona coś przeczuwała i postanowiliśmy wracać do domu. Skróciliśmy wyjazd.

Newsweek: Jak pan zareagował na diagnozę, że to nowotwór przełyku?

Jerzy Stuhr : Mam taką naturę, że od razu pytam: "Dobra, co trzeba robić?". W sekundę jestem zresetowany, staję w blokach startowych. Traktuję to jako wyzwanie. Strach wyrzucam z siebie. W szpitalu widziałem spanikowanych ludzi. Paraliż woli. Mąż znajomej leży tam, gdzie ja leżałem, odmówił życia. To straszny problem - jak zmusić go, przekonać, że trzeba walczyć. Ze mną tego problemu nie było. Moja filozofia jest prosta: mówcie, co trzeba robić, a ja to zrobię.

Newsweek: I nigdy przez te pół roku, od kiedy wie pan o chorobie, nie było załamania?

Jerzy Stuhr : Mam świadomość, że wciąż jestem na etapie dobiegania do mety. Czy dobiegnę, nie wiem, ale taką mam nadzieję. Choroba uczy ostrożności. Strasznej ostrożności. Już nie mówię: na pewno.

Newsweek: Wyrażenie "na pewno" wypadło ze słownika?

Jerzy Stuhr : Tak. Podobnie jak: absolutnie, w ogóle nie ma gadania. Takie sformułowania odpadają i zostaje: chciałbym bardzo, raczej tak, będę się starał, jak wszystko się ułoży. Mam nadzieję.

Newsweek: Jest pan z tych, co szklankę zawsze widzą do połowy pełną.

Jerzy Stuhr : Robię to bezwiednie. Nieraz w czasie tej choroby różne wyniki i diagnozy próbowały sprowadzić mnie na tory wegetatywne, ale się nie dałem. Jest we mnie siła ogromna, która każe wyrzucać dołujące myśli. Jedyne, z czym sobie nie radzę, to słabość. Gdy jestem od kogoś uzależniony. Słabość mnie upokarza, bo zawsze wszystko musiałem zrobić sam. Ze słabością trudno mi się pogodzić, a wszystko inne załatwia mój pęd do życia. Co nie zmienia faktu, że na stoliku przy moim łóżku stoi czaszka.

Newsweek: Czaszka?

Jerzy Stuhr : Kupiłem ją w latach 80. we Włoszech. Normalna czacha - memento mori. Przed snem wieszam na niej łańcuszek.

Newsweek: Teraz patrzy pan na nią inaczej?

Jerzy Stuhr : Pęd do życia nie odbiera mi świadomości, że istnieje śmierć. To dychotomia istnienia. Z chorobą borykam się kilka miesięcy, ilu ludzi umarło wokół mnie w tym czasie? Takich, którzy myśleli: "O Jezu! Stuhr jest chory. Bidny chłop, co z nim będzie?". A tu oni nie żyją, a ja żyję. Daleko szukać nie trzeba - choćby nieodżałowany profesor Andrzej Szczeklik. O zdrowiu wiedział chyba wszystko.

Newsweek: Kocha pan życie?

Jerzy Stuhr : Czy ja kocham życie? Kocham swoje życie, kiedy je twórczo zaprogramuję. Wyznaczam cele i zaczynam o nie walczyć. Uda się czy się nie uda? Dojdę czy nie dojdę? Najgorszy jest dla mnie stan stagnacji. Niepewność.

Newsweek: Choroba jest takim stanem?

Jerzy Stuhr : Bywała. Zwłaszcza ta choroba, w której wszystko toczy się bardzo wolno. Nic ci nie powiedzą. Słyszysz: "Potrzebny jest miesiąc przebywania w szpitalu" i pytasz głupio: "A po miesiącu będzie już dobrze?". A tu nie ma jasnej odpowiedzi, bo wszystko zależy od tego, czy organizm wytrzyma kurację. Czy po dwóch tygodniach nie trzeba będzie przerwać, bo wysiądą nerki albo wątroba? Przecież na tym to polega. Mój przyjaciel Edziu Kłosiński [mąż Krystyny Jandy - przyp. red.] umarł na zapalenie płuc, a nie na raka. Mogę tylko powiedzieć, że mam koński organizm. Żeby to wytrzymać, trzeba wielkiej siły i miłości bliźnich. Po raz pierwszy zobaczyłem, że ten dziwny, niepoważny zawód aktora warto było uprawiać. Przez lata zabawiałem ludzi, rozśmieszałem, szaławiłowałem, nie licząc na to, że ktoś odda mi coś po latach. Bili brawo i odchodzili. A tu się okazało, że tylu ludzi się o mnie martwi. Znajomy pastor zadzwonił do żony i pyta, czy mógłby się z panem Stuhrem pomodlić. Rabin z Jerozolimy, który kiedyś był w Polsce, dzwoni i mówi, że chce się spotkać. Jakaś buddystka dzwoni i zapewnia, że medytuje w mojej intencji. Znalazłem się w centrum ekumenizmu. I to jest wielka siła. Znowu masz to, co miałeś jako aktor - nie możesz zawieść tych ludzi. Mówisz do lekarzy: róbcie coś, bo nie mogę ich zawieść.

To było największe odkrycie mojej choroby - że tyle osób mnie lubi. Zwłaszcza w Polsce, gdzie tak trudno być lubianym.

Newsweek: Jak pana chorobę znieśli najbliżsi?

Jerzy Stuhr: Żona postanowiła chorować razem ze mną. Całkowicie się poświęciła. Teraz powolutku wraca do swoich zajęć, ale całą zimę byłem tylko ja. Była żoną i pielęgniarką w jednym. Miałem luksus. Dopiero teraz do mnie dociera, jak bardzo się w tej trosce o mnie spalała, ile ta choroba ją psychicznie kosztowała. Znalazłem niedawno w internecie miejscowość, w której byliśmy na Sycylii w ubiegłym roku. Pokazuję jej naszą ulicę, dom, który wynajmowaliśmy. Nie chciała nawet spojrzeć. Podobnie z Wyspami Liparyjskimi, na które mieliśmy wtedy płynąć, ale nie zdążyliśmy. Mówię żonie, że mam wciąż adres hotelu, w którym mieliśmy się zatrzymać, że musimy tam wrócić, a ona milczy. Dla niej te wspomnienia oznaczają tylko początek mojej choroby.

Newsweek: A dzieci? Marianna, Maciek - jak to znieśli?

Jerzy Stuhr: Maciek przyjeżdżał często do Krakowa. Dużo nie gadaliśmy, ważne, że był. Mam poczucie, że jeśli będę go potrzebować, będzie przy mnie. I to jest ważniejsze niż sama obecność. Mariannę natomiast staraliśmy się chronić. Tuż przed naszym wyjazdem na Sycylię powiedziała nam, że jest w ciąży. To się niesamowicie zbiegło w czasie - jej dziecko i moja choroba. Napisałem niedawno w pamiętniku, że pamiętam, jak po korytarzach Kliniki Onkologii w Gliwicach, po tym molochu ludzkiej choroby, chodziłem kilka lat temu z Marianną. Miała 24 lata i zdiagnozowaną chorobę onkologiczną. Gdy szła na zabiegi, myślałem sobie: "Boże, żeby ta choroba się na mnie przeniosła, ja już sobie pożyłem, dużo widziałem, nagrody dostałem, a przed nią dopiero wszystko. Jest taka młodziutka". I się sprawdziło. Ona zdrowa, spodziewa się córki, a ja chodzę po tych samych korytarzach ze sobą.

Newsweek: Już drugi raz w czasie tej rozmowy powtarza pan "napisałem w pamiętniku". Od dawna go pan pisze?


Jerzy Stuhr : Pomysł pisania dziennika powstał dawno. Wydawnictwo Literackie namawiało mnie na pisanie notatek z otaczającej rzeczywistości, ale dopiero gdy zachorowałem, zacząłem pisać. Córka kupiła mi w prezencie zeszyt oprawiony w reprodukcję gotyckiego psałterza i napisała piękną dedykację, że będzie mnie wspierać tak, jak ja ją wspierałem w trudnych momentach. Początkowo pisałem wyłącznie dla siebie. Aż tu nagle panie z wydawnictwa dzwonią i pytają, co z pomysłem na dziennik. U mnie pół zeszytu zapisane, piórem, odręcznie. I uwiodły mnie. Gdy z pisania dla siebie przeszedłem na pisanie dla czytelników, zacząłem kombinować jak reżyser, myśleć formą, czyli robić to, czego od lat uczę młodych ludzi w szkole teatralnej. W moim dzienniku nie ma poprawek, skreśleń, bo przez trzy dni potrafię myśleć, co chcę napisać. Szlag mnie trafia, gdy w nocy ułożę sobie wszystko w głowie, a rano nie pamiętam. Dlatego tego, co chcę powiedzieć w "Pamiętniku z czasu choroby", uczę się jak aktor roli, prawie na pamięć i potem siadam, by wyrzucić z siebie gotową treść. Następuje bluzg i w godzinę potrafię zapełnić parę stron.

Newsweek: Ten pamiętnik to rodzaj terapii własnej, czyli dobre słowo skierowane do ludzi dotkniętych taką chorobą jak pan?

Jerzy Stuhr : Gdy zacząłem chorować, wstydziłem się ludzi. Unikałem ich, nie mówiłem, co mi jest. I nagle pomyślałem sobie: "Kurna w mordę, całe życie do prawdy dążyłem i nagle mam coś przed ludźmi udawać? Perukę nosić? Ufarbować włosy? Nie". Rąbnąłem parę prawdziwych słów, z pełną świadomością, że tabloidy je wymłócą jak zboże, ale powiem tylko tyle, ile będę chciał. "Big Brothera" z mojego życia nie zrobię. Niespodziewanie obok plotek odezwał się drugi nurt. Ludzie, którym to wyznanie pomogło. Przyszedł lekarz i poprosił: "Mamy chłopca. On nie chce żyć. Niech mu pan coś powie!". Gdy dostawałem ostatnią chemię, zapukała do mojego pokoju dziewczyna, 16 lat, leży na tym samym piętrze. Przyszła poprosić o autograf. Podpisując, bezwiednie na nią spojrzałem i nie wiem dlaczego, powiedziałem: "Będziesz zdrowa". To był impuls. Na drugi dzień przychodzi pani doktor i mówi: "My byśmy w życiu tego nie zrobili, co pan dla tej dziewczyny zrobił. Jest taka szczęśliwa". Pamiętnik jest odpowiedzią na takie zapotrzebowanie. Zrozumiałem, że moje gadanie może pomóc ludziom. To nie jest opowieść o chorobie, ale o tym, jak się z niej wraca. W moim życiu nastał czas dzielenia się nadzieją. Chciałbym, aby ludzie, którzy nie mają takiej silnej woli życia jak ja, takiego końskiego organizmu, też mogli podążać w kierunku, w którym idę. W kierunku życia. I wiem już, co napiszę w zakończeniu pamiętnika.

Newsweek: Co?

Jerzy Stuhr: Podpowiedziała mi żona. Napiszę o tym, co pozytywnego dała mi choroba. Ot, choćby wolność. Wiem, brzmi to absurdalnie, ale choroba zwróciła mi czas na lekturę. Mam po ojcu pokaźną bibliotekę i zawsze żałowałem, że nigdy w zadowalającym stopniu z niej nie skorzystam. A teraz wchodzę sobie po drabince, powolutku i wyciągam książkę, na którą mam ochotę. Czytam nie to, co muszę, ale to, co chcę. W moim życiu nastał czas odzyskany.

Newsweek: I chce pan tego uczyć innych chorych.

Jerzy Stuhr: Gdy po zawale wyszedłem ze szpitala w Rabce, lekarze wysyłali innych pacjentów na pobliski kort tenisowy, na którym grałem. Mówili: "Idź, popatrz, tam pan Stuhr gra, cały spocony biega po korcie, a jeszcze niedawno leżał u nas". W chorobie sercowej najgorszy jest strach przed tym, że w każdej chwili może być koniec. Każdy wysiłek może być ostatni. Przy raku jest inaczej. To jest bardziej intymna wersja choroby. Nowotwór nie zwala z nóg w jednej sekundzie. Chodzisz, pozornie nic się nie dzieje. Tylko to ukryte zagrożenie i powolne gaśnięcie. W takim stanie każdy promień nadziei się liczy. Dlatego chciałbym dla tej mojej widowni, o której myślę dziś najszerzej, dla ludzi chorych, zrobić coś jeszcze. Chciałbym wystąpić w Teatrze Telewizji na żywo.

"32 omdlenia" Czechowa, w których grałem w Teatrze Polonia z Krysią Jandą, miały inaugurować Teatr Telewizji na żywo, ale nie dałem już rady. Krysia zagrała w zastępstwie "Boską". Napisałem do niej, żeby znalazła kogoś na moje miejsce, bo swoją nieobecnością uciąłem jej żyłę złota, ale ona jak Penelopa odpisała, że będzie czekać. Żadnego zastępstwa sobie nie wyobraża. Chciałbym więc zagrać z nią Czechowa w telewizji, choć granie na żywo to wielki stres i wielki wysiłek. Nie wiem, czy dam radę, ale marzę o tym. Marzę, by wyjść przed półtoramilionową publiczność i pokazać, że wróciłem. Ta myśl mnie strasznie podnieca.

Aleksandra Pawlicka
Newsweek
10 kwietnia 2012
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Kryptonim Dziady: Teatr Narodowy 1967-1968
Wydawnictwo Bellona
Janusz Majcherek, Tomasz Mościcki

Trailer tygodnia