Potiomkinowskie kwiaty

7. Międzynarodowy Festiwal Szkół Lalkarskich „Lalka-nie-lalka”

Spektakle holenderskiego Stuffed Puppet Theatre często sięgają do poetyki klasycznego teatru lalkowego. Neville Tranter stawia na bezpośredniość i komizm, które podkreślają wagę podejmowanego problemu. Tak było w ,Punch i Judy w Afganistanie, stanowiącym tragikomiczny obraz wojny. Tak jest i w Matyldzie, której fabuła dotyczy losów mieszkańców Domu Spokojnej Starości.

Potiomkinowskie kwiaty

Spektakle holenderskiego Stuffed Puppet Theatre często sięgają do poetyki klasycznego teatru lalkowego. Neville Tranter stawia na bezpośredniość i komizm, które podkreślają wagę podejmowanego problemu. Tak było w ,Punch i Judy w Afganistanie, stanowiącym tragikomiczny obraz wojny. Tak jest i w Matyldzie, której fabuła dotyczy losów mieszkańców Domu Spokojnej Starości.
Tranter przedstawia widzom kilka postaci, w tym protagonistkę. Każda osoba jest przykładem na zdziecinniający efekt postępującego starzenia się. Nieprzypadkowo lalki mają rysy charakterystyczne dla bohaterów bajek dla najmłodszych – co więcej, staruszkowie ewidentnie zachowują się jak dzieci. Lucie zachwyca się balonami i psem, jej brat Henri prosi o otworzenie drzwi niczym nieśmiały przedszkolak. Fizycznemu niedomaganiu (chora Lucie robi pod siebie) towarzyszy wspominanie przeszłości. Matylda ma wciąż przed oczami obraz Jean-Michelle, chłopaka, który obiecał przed laty zabrać ją na dancing. Widzi go w podarowanej laleczce, jak i w animującym ją Tranterze.
W tle przewija się wątek cwanych zarządców Domu, którzy z powodu wizyty dziennikarza rozdają pacjentom telefony komórkowe. Tymczasem nieporadni starcy nie potrafią z nich skorzystać. Piękna metafora jesieni życia ma u Trantera jeszcze jeden wymiar – bezwolność lalki może być przecież odpowiednikiem starczej odrętwiałości...

Autor: Szymon Spichalski (AT WoT / TdW)

Mistrzowie na start

Otwierający VII Międzynarodowy Festiwal Szkół Lalkarskich pokaz Matyldy autorstwa Neville'a Trantera zdecydowanie podzielił festiwalową publiczność. Jedni przyjęli spektakl owacją na stojąco, inni podeszli do niego z pewnym dystansem. Niejednoznaczna ocena tego pokazu wynika z pewnością ze znajomości wcześniejszych przedstawień artysty. Punch i Judy w Afganistanie czy Schicklgruber jako Adolf Hitler to spektakle, którymi Trenter przyzwyczaił widzów do mistrzowskiej animacji, błyskotliwych i komicznych dialogów oraz budowania dramaturgii na relacji aktor-lalka. W Matyldzie – najnowszej propozycji Stuffed Puppet Theatre – relacje te zacierają się z kilku powodów.
Przede wszystkim spektakl tworzą luźno połączone etiudy z lalkami, o nierównej intensywności. W ich przestrzeń Trantera wprowadza dodatkowego aktora, którego zadania mają tylko pełnić ilustrację do wydarzeń scenicznych. Nie da się jednak uciec wrażeniu, że ma on niewiele wspólnego z teatrem, a z pewnością ze sztuką animacji. Wątpliwości budzą też poprzeciągane sceny, które nie mają znaczenia dla dalszych wydarzeń w spektaklu. Zachwyca jednak mistrzowskie opanowanie formy i perfekcyjnie dopasowana do lalek dramaturgia - groteskowość przedstawionych sytuacji podbija silny absurd warstwy narracyjnej.
Najistotniejsza jest jednak forma obecności artysty-animatora na scenie. Przez cały spektakl Tranter występuje obok swoich lalek, jednak zupełnie nie odciąga od nich uwagi – poza nielicznymi momentami interakcji tak sugestywnie i intensywnie pracuje ożywionymi postaciami, że widz zapomina o jego istnieniu. To doskonała lekcja, którą młodzi adepci sztuki lalkarskiej powinni zapamiętać na zawsze.

Autor: Karol Suszczyński (AT WSL / TdW)

STANY SKUPIENIA – MARIA ŻYNEL & JEGOMOŚĆ
Białystok POLSKA

Ekstatyczne garden party

„Proszę klaskać, to jest koncert" – pada z ust wykonawczyni. Maria Żynel stosuje mnóstwo podobnych wytrychów, wyzwalających publikę ze zdeterminowanych konwenansem zachowań. Jeżeli zinterpretować tytuł w odniesieniu do fizycznych stanów skupienia materii, to charakter kooperacji Żynel i zespołu Jegomość można określić jako „płynny". Stany skupienia sytuują się bowiem w punkcie zbiegu koncertu, performansu, spektaklu lalkowego i stand up'u. Kwestia typologii gatunkowej często wzbudza najbardziej zażarte spory – najważniejsza pozostaje tutaj dynamika relacji między wykonawczynią a publicznością.
Nie należy popadać w zawiłości interpretacyjne – otwierający spektakl monolog poświęcony stanom skupienia jest tylko pretekstem do wprawienia w ruch rozwibrowanej muzycznej frygi. Stany skupienia, znane z lekcji fizyki, okazują się być przede wszystkim stanami psychicznymi, zilustrowanymi przez nowe aranżacje polskich piosenek (palmę pierwszeństwa wśród nich zdaje się dzierżyć zespół Hey). Barwna scenografia uruchamia cykl skojarzeń: garden party rozświetlone chińskimi lampionami, sypialnia krnąbrnej dziewczynki, usłana porzuconymi maskotkami. To przestrzeń rojeń i fantazji, gdzie znudzona panienka jest gotowa przedzierzgnąć się w gwiazdę kabaretu, odzianą w tęczowe tutu, gigantyczną brokatową muchę i królicze uszy. Żynel to rozmarza się, to nęci, a najczęściej igra z publicznością, prowokując autoironicznymi komentarzami: „Stan lotny? To był raczej stan nielotny!". Bywa, że i wzrusza. Ot, przykładowo, kiedy animuje lalkę wyobrażającą smętnego hipopotama, wyśpiewując przy tym refren Kataszy. Przy tym nie można jednak zapomnieć, że jest to wzruszenie wzięte w cudzysłów; nad całym projektem unosi się hucpiarski grymas, niczym uśmiech kota z Cheshire.
Żynel określa swój występ jako „koncert", lecz nie występuje tu klarowny podział na kolejne numery. Projekt przypomina nieco poetycki slam – improwizacja i dynamika reakcji na zachowanie publiczności stanowi istotną część przedsięwzięcia. Bywa, że tekst jednej piosenki przechodzi w płynnie w drugi. Tworzy to pewnego rodzaju montaż, zbliżający się do form kabaretowych. Z mnogości tropów można wydestylować jednak stan czysty – emocję.

Autor: Agata Tomasiewicz (AT WoT / TdW)

Stany rozbicia

Świat pokazany w Stanach skupienia można porównać do chaosu w głowie nastolatki. Są buty emu, modne biało-czarne legginsy, maskotki lwów i psów. Są kolorowe paski, lampiony. Ale to nie dekoracje okazują się najważniejsze, ale muzyka. Żynel pokazuje dziewczynę, która ,,nie potrafi się skupić" – prezentowane piosenki mają być zwerbalizowaniem tego rozbicia. Nie ma też tutaj kreowania konkretnej postaci. Żynel śpiewa m.in. Chińskiego urzędnika państwowego Hey czy Wyjątkowo zimny maj Manaamu. Formuła spektaklu-koncertu idzie dalej, bowiem aktorka zachęca widzów do oklasków i współuczestnictwa. Jej występ znajduje się gdzieś na pograniczu performansu i happeningu. Maski i lalki stają się atrybutami w opowiadaniu o losach anonimowych nastolatek. Katasza z songu Hey ma twarz hipopotama-maskotki, natomiast finałową Paranoja jest goła Żynel wykonuje z maską papugi na głowie. Te animalistyczne odniesienia umieszczają spektakl w stylistyce ,,budy jarmarcznej".

Autor: Szymon Spichalski (AT WoT / TdW)

BACK TO BLACK – TEATR STUDENTÓW
Białystok POLSKA

Miłość w czasach popkultury

Czy miłość jest tematem? Czy to jest szczęście? Czy wy wszyscy chcecie tak nieszczęśliwie żyć? - Te pytania zadawane przez studentki Akademii Teatralnej w Białymstoku pobrzmiewają w głowach widzów spektaklu Back to black. W rytm piosenek Amy Winehouse – wschodzącej gwiazdy sprzed kilku lat, utalentowanej dziewczyny, którą zniszczyły nie tyle nałogi i problemy emocjonalne, co show-biznes. Problem rozkręcania popkulturowej machiny na podstawie osobistych problemów piosenkarki nie pojawia się jednak w spektaklu. Jego główny temat to twórczość, dająca ujście i ratunek ludziom nieszczęśliwym, którzy zamieniają się w artystów. Naiwnie, czasem nieudolnie, zawsze jednak szczerze; tak jak naiwna może się wydawać przytoczona w spektaklu historia Blake'a i Amy w postaci interakcji malutkich lalek przypominających dziecięce zabawki. Ale to przecież prawdziwa historia, każdy słyszał coś o tragicznej śmierci piosenkarki przed trzema laty. Wkrótce potem jej śmiercią zawładnęła popkultura, wpisując Winehouse do „klubu 27" wraz z Hendrixem, Morrissonem, Cobainem. Dorabiając jednoznacznie zwiastujące koniec interpretacje jej piosenek.
Twórczynie grają z publicznym obrazem Amy, który zapisał się w masowej pamięci. Nazywają ją nawet „Werterem XXI wieku", ponieważ miłość jest tematem „bliskim każdemu z nas" - czyli każdemu na widowni. Używając takich stwierdzeń nie bronią się przed banalnością tematu nieszczęśliwej miłości – nawet jeżeli jest to autentyczna historia. Czy więc możemy szukać tematów uniwersalnych nie popadając w banał? To najważniejsze, choć niewypowiedziane pytanie które stawiają, przerywając co jakiś czas narrację i zwracając się bezpośrednio do siebie lub do publiczności. Tak krytyczna forma opowiadania aż prosi się jednak o performance. Spektakl pozostawia bowiem pewien niedosyt – aktorki posługują się quasi-osobistym, jednak w dużym stopniu wyuczonym komentarzem. Gdyby improwizowały, dzieliły się z widownią komentarzem udzielanym „na żywo", a wymowa całości byłaby silniejsza.

Autor: Karolina Rospondek (AT WoT)

Hagiografia z telewizora

Acta martyrum czy lekcja biologii? Na środku sceny stoi lalka wyobrażająca Amy Winehouse tuż przed śmiercią. Aktorki zapowiadają prezentację sylwetki znanej artystki. Okazuje się, że „sylwetka" zostaje zinterpretowana dosłownie – oglądowi poddano zniszczone nałogami ciało, niczym na ćwiczeniach z anatomii. Cały spektakl Teatru Studentów będzie zasadzał się na zabiegu przekuwania przenośni w obrazową dosłowność. I faktycznie, jedna z aktorek będzie nakręcać białe myszki. Blake Fielder-Civil, wyobrażony jako plastikowy „Ken", zostanie zanurzony w zbiorniku z wodą – w końcu jest „na dnie". Próba wyratowania ukochanego z piekła nałogu stanie się próbą zanurkowania lub złapania lalki na wędkę.
Grupa wywraca teatralność na nice, przede wszystkim poprzez burzenie i wznawianie narracji. Postacie na bieżąco komentują swoje poczynania, jak również zarzekają się, że nie chcą opracowywać po raz wtóry wyświechtanego tematu. A jakie motywy mogą narosnąć wokół postaci Winehouse? Przede wszystkim zawłaszczenie jednostki przez medialnego molocha. Automatycznie nasuwa się skojarzenie z O dobru Strzępki i Demirskiego. O ile jednak duet akcentował wyzysk człowieka przez korporacje, o tyle w tym przypadku studentki przede wszystkim bawią się wizerunkiem samej Amy. Ostatecznie, pada kluczowe pytanie – czy nieszczęśliwa miłość (vide Amy i Blake) nie jest nośnym tematem? Czy krytyka medialnego żeru na Winehouse nie jest hipokryzją, skoro kultura od dawna syci się tematem niespełnionego uczucia? Nie bez kozery angielska wokalistka zostaje nazwana „Werterem XXI w.".
Większość spektaklu jawi się jako farsowa krotochwila – finał jednak stanowi ostrą woltę. W pełni wyeksponowana zostaje trupio zielona lalka Amy w czasie koncertu w Belgradzie – ostatniego w życiu. Animowana przez trzy aktorki Winehouse zatacza się, upada, niezbornie próbuje wstać z kolan. W tle leci autentyczne nagranie Back to Black, w większości odśpiewane przez publikę. Więc czym ostatecznie jest historia artystki? Zmediatyzowaną hagiografią? Nośnym tematem? A może obnażeniem voyeurystycznych inklinacji współczesnego człowieka?

Autor: Agata Tomasiewicz (AT WoT/ TdW)

(-)
Materiał Festiwalu
21 czerwca 2014

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...