Potraktuj mnie podmiotowo

"Stopklatka" - reż. Jakub Zubrzycki - Teatr Powszechny w Łodzi

Malina Prześluga traktuje swoich czytelników i widzów bardzo poważnie. Słowa dobrane są uważnie, autorka nie przypochlebia się kolokwializmami, nie nadużywa wulgaryzmów, odwołuje się do obrazów i kodów kulturowych, które są czytelne dla młodzieży. To druga "Stopklatka" w polskich teatrach. W 2014 roku na poznańskiej Scenie Wspólnej - Centrum Sztuki Dziecka w reżyserii Łukasza Chrzuszcza życie fajnego chłopaka zatrzymało się po raz pierwszy. W Teatrze Powszechnym w Łodzi w niemal pustej czarnej przestrzeni, stanął przed nami ponownie.

"Brak wyobraźni to kalectwo": widzimy to każdej wiosny i lata na ekranach telewizorów, słuchamy w doniesieniach radiowych. Czytamy w gazetach: ile osób utonęło, ile osób skoczyło na główkę do wody w niestrzeżonych miejscach. Te informacje przestają już działać na społeczną wyobraźnię, stają się niewidzialne i nieskuteczne, jak coroczna "akcja znicz". Ale Prześluga opowiada o tym inaczej - jak w dobrym filmie typu "Pulp Fiction" czy "Titanic". Nie epatuje niepełnosprawnością. Pokazuje jak mogłoby być, gdyby nie wypadek. I jak jest, bo wypadek się zdarzył. W krótkich, kluczowych scenach przedstawia historię nastolatka, który skoczył na główkę do wody, złamał kręgosłup i rozpoczął zupełnie nowe życie. Niby wiadomo, jaki będzie finał, przecież nie ma lekarstwa na przerwany rdzeń kręgowy, ale siedząc na widowni do samego końca mam nadzieję, że bohater się wywinie: zrobi salto jak Neo w "Matrixie" i ucieknie przeznaczeniu. Że aktor powie: mamy was! Ta historia nie wydarzyła się. To był żart, trochę głupi, to prawda. No ale nie mówcie, że daliście się nabrać. I zawstydzę się trochę i odetchnę z ulgą.

Młody przystojny chłopak siedzi na wózku. Zaczyna opowiadać o swojej codzienności. Lubi grać w piłkę i spotykać się z kumplami, chyba odejdzie od swojej dziewczyny, mama go irytuje. Bez ostrzeżenia, nagle: pstryk! W środku zdania, kłótnia z matką o porządek w pokoju zamienia się w bezsłowną falę dźwiękową: w zacinający się jęk przechodzący w ryk. Głowa opada na ramię, mięśnie wykrzywiają twarz, nogi i ręce wyprężają się nienaturalnie. Atrakcyjne ciało w jednej sekundzie staje się odrażające.

Dociera do nas wtedy, że ten uderzający w nasze nosy zaduch to nie zapach brudnych ubrań zalegających tygodniami na podłodze z braku czasu na sprzątanie. To zapach ligniny, lekarstw, pieluch, spirytusu i odleżyn. Zaduch niepełnosprawnego ciała. A my nie jesteśmy świadkami jakiejś sprzeczki. Właśnie rozlała się fala żalu i zmęczenia. Syn wykrzykuje bezsilność i wstyd, a matka rozżalenie, niemoc, skrajne zmęczenie. I nagle znów: pstryk! Widownio! Pamiętasz jaka była umowa zawarta w pierwszej scenie?

To jest teatr, a na pustej scenie stoi aktor. On się nam przedstawił, mówił przecież, że będzie opowiadał dwie historie: prawdziwą i idealną. Ale to będzie tylko fabuła, taka jak w filmach, które oglądamy w kinach lub na kanapach każdego wieczoru. Za półtorej godziny wyjdziemy z teatru, wskoczymy do tramwaju i pójdziemy do domu, na lekcje. Aktor przedstawia alternatywne wersje wydarzeń: jak jest i jakby chciał, żeby było. Raz na przystanku, podrywa dziewczynę przystojniak, używając do tego powieści "Buszujący w zbożu". Czytałaś? - pyta. Raz zbliża się do dziewczyn paralityk na wózku i bełkocze. Na kolanach leży książka.

Młody, silny, dowcipny chłopak stopniowo osuwa się w niepełnosprawność i coraz bardziej szczegółowo opowiada o codzienności uwiezienia w martwym ciele. Matka musi przewijać, kochająca dziewczyna uciekła, w pokoju śmierdzi. Nie będzie już grał w gry komputerowe, w piłkę. Może jedynie oglądać filmy, milion razy "Terminatora". Prawie tyle samo "Króla Lwa", bo na tej bajce można sobie popłakać i przytulić się do utraconego kochanego ciała, jak Nimba do swego stratowanego przez stado ojca.

Jakub Firewicz w roli Wojtka trzyma widownię w napięciu. Nie ma szmerów. Początkowo niektórzy dogadują, być może w ramach buntu, z potrzeby podkreślenia swojej odrębności. Ale i to się po chwili kończy.

Kolejne obrazy upodlenia człowieka przez chorobę, przez własnych rodziców, psychologów, przez swoją głupotę, przez Boga w końcu, ustawione są przez reżysera Jakuba Zubrzyckiego w szereg filmowych ujęć, podbijanych projekcjami w tle sceny. Czasem jest to slideshow zdjęć z życia człowieka sprzed wypadku, czasem to głębia, w którą zapada bohater. Wideo współgra z grą aktorów. Magdalena Dębicka jest anonimową dziewczyną wyciągniętą z widowni, to znów ukochaną, która odchodzi od chłopaka na wózku, jego skrajnie zmęczoną matką lub odklejoną od rzeczywistości pacjenta psychoterapeutką.

Istotna jest emancypacyjna siła "Stopklatki". W kraju, gdzie żyje pięć milionów osób niepełnosprawnych, temat ich losu w powszechnej świadomości nie istnieje. Pojawia się w ekstremalnych kontekstach, jako opowieść o heroicznej walce ze śmiercią, bądź przeciwnie: jako reportaż o wyłudzaniu nienależnych świadczeń zdrowotnych. A w kulturze funkcjonuje albo jako freak show, albo kanwa charytatywnych wydarzeń. Nie ma w głównym nurcie obrazu codzienności życia niepełnosprawnych. Prześluga i Zubrzycki ten brak obnażają, kiedy chłopak mówi: "Oklaskujcie aktora. Patrzcie na aktora. Mnie nie ma, ja leżę w swoim pokoju i nigdy się nie spotkamy."

Szew teatralnej roboty widać jedynie w przejściu od opowieści o codzienności człowieka niepełnosprawnego do metafizycznych rozważań nad celowością życia i tego, co się nam przytrafia. Ontologiczne pytania postawione wraz z pojawienia się fantomu ludzkiego ciała nie pasują do, w gruncie rzeczy, teledyskowego montażu. Powodują dysonans. Chociaż z drugiej jednak strony, warto ten zabieg odczytać jako dowartościowanie i potraktowanie serio młodych ludzi, którzy w ten sposób wytrącani są z wygodnego, fabularnego schematu. No bo kiedy można zacząć traktować dzieci na tyle poważnie, by zadawać im pytania filozoficzne, nie zapośredniczone umownością bajki, upostaciowieniem? Prześluga nie odwołuje się do formatów ezopowych. Pyta bez ułatwień o granice między bytem a ideą, między cielesnością a duchowością, między obecnością a wyparciem. Nie wiadomo kto stoi na scenie: aktor wystawiony na pokaz, czy sparaliżowany człowiek, ukryty przed światem, pożądany ideał czy obiekt funkcjonujący na granicach społecznej świadomości?

Pytania z innego porządku, ale kiedyś trzeba je zadać. I być może to jest dobry moment.

Ewa Hevelke
e-teatr.pl
12 grudnia 2015

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia