Powrót do źródeł

28. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Malta: "Wojna i terpentyna" wg Stefana Hertmansa w reż. Jana Lauwersa Needcompany z Belgii

Międzynarodowy, wielojęzyczny i interdyscyplinarny teatralny kolektyw Needcompany tym razem nie zawiódł, choć jako kurator tegorocznego idiomu zbiera bardzo nierówne recenzje. "Wojna i terpentyna" w reżyserii Jana Lauwersa, jaką premierowo pokazał w Auli Artis, to pozornie lekka opowieść o rzeczach przytłaczających. Ciężkiej pracy, wojnie, tragicznej miłości i śmierci.

Przypomnijmy - legendarna belgijska grupa Needcompany to zespół, który tworzą aktorzy, tancerze i performerzy dziewięciu różnych narodowości. W swoich przedstawieniach wykorzystują elementy teatru dramatycznego, muzyki, tańca i performance'u, zazwyczaj opowiadając widzom dość proste historie, które mimo to - dzięki poetyckim środkom - niosą w sobie znaczenie. Do Poznania artyści powrócili po pięcioletniej nieobecności, tym razem sprawując pieczę nad hasłem "Skok w wiarę".

W filmie promującym idiomowy repertuar dramaturg Piotr Gruszczyński uprzedzał tych, którzy z artystycznym kolektywem mieli spotkać się po raz pierwszy: - Ich spektakle są robione bardzo podstępnie, ponieważ są lekkie, ogląda się je w sumie przyjemnie, są zabawne. Rzeczy o których mówi Lauwers są natomiast bardzo przykre i właściwie bardzo brutalne.

Nic bardziej trafnego.

Życie zbyt krótkie

W "Wojnie i terpentynie" założyciel Needcompany Jan Lauwers postanowił sięgnąć po głośną powieść Stefana Hertmansa pod tym właśnie tytułem, która tuż po ukazaniu się na rynku odniosła spektakularny sukces. Została przetłumaczona na kilkanaście języków (w samej Holandii miała 20 wydań), otrzymała najważniejsze nagrody literackie w Belgii, a w 2014 roku była nominowana do The Man Booker International Prize. Opowiada historię życia dziadka Hertmansa, który tuż przed śmiercią przekazał mu swoje pamiętniki - łącznie 600 stron zapisanych odręcznym pismem. Opowiada w nich o swoim dzieciństwie, ojcu-malarzu kościelnych fresków, który musiał zarabiać na życie ciężką pracą w odlewni żeliwa (historia wizerunków św. Franciszka i pastuszka namalowanych w jednym z kościółków z dala od domu, a odpowiadających prawdziwym twarzom ojca i syna, na długo zapada w pamięć), własnej stopniowej fascynacji malarstwem i rysunkiem, a w końcu traumatycznych doświadczeniach na froncie I wojny światowej. I o doświadczeniu najważniejszym, które odcisnęło ślad na całym jego życiu - wielkiej miłości do przedwcześnie zmarłej kobiety, której nie przestał kochać do końca, przez resztę życia próbując uporać się ze swoim smutkiem przy pomocy pędzla i farby.

Jak pisał po latach jego wnuk, Hertmans: "Dla niektórych ludzi życie jest zbyt krótkie, żeby wyleczyć się z szoku miłości, nawet jeśli żyją niemal sto lat."

Dosłowność i metafora

Ramą całego spektaklu Lauwersa jest narracja prowadzona z centrum sceny przez rewelacyjną Viviane de Muynck, która zza okrągłego stołu (który tylko sporadycznie opuszcza) przeplata opowieść o mariażu piękna i okrucieństwa fragmentami wspomnianych pamiętników i opartej na ich podstawie książki. Próżno szukać tutaj dialogów czy monologów samych aktorów-performerów. Ci, odpowiadający poszczególnym postaciom, ukazują ich działania zawsze w tle, łącząc rozmaite elementy teatralnej poetyki. Jest tu więc i gra aktorska, i taniec, i muzyka grana na żywo, a wszystko ubrane w elementy nieustannie zmieniającej się scenografii udającej miejsca, do jakich przenoszą nas duchy tej opowieści. Jedynym stałym elementem są tu wspomniany stolik i pracownia malarza - Urbaina Josepha Emile'a Martiena, który przez większość czasu po prostu maluje na oczach widzów, tak jak robił to przez całe swoje życie.

Sceniczne obrazy - organizacja przestrzeni, ruch, kostiumy i scenografia - są od początku do końca przemyślane. Raz obrazują coś dosłownie, innym razem posługują się metaforą. W pierwszym przypadku aktorzy często wywołują efekt komiczny, jak postać grana przez doskonale znaną publiczności Needcompany, związaną z grupą od początku Grace Ellen Barkey. Na przykład w scenie dotyczącej opisu produkcji żelatyny, w której Barkey-siostra miłosierdzia po prostu rzuca w widownię piankami Marshmallow. W drugim - budują napięcie i niepokój, jak choćby w scenach walk i szaleństwa jakie ogarnia żołnierzy na froncie, opowiedzianych jedynie za pomocą ekstatycznego tańca i dopełniającej go muzyki. Jeśli już mowa o muzyce, ta zasługuje na osobną pochwałę. Trio: fortepian, wiolonczela i skrzypce to wystarczające instrumentarium, by nienachlanie, ale przejmująco wypełnić przestrzeń pomiędzy ciszą a znakomitą interpretacją narratorki.

Dość powiedzieć, że polska premiera spektaklu przywołała we mnie wspomnienie "starej, dobrej Malty", jaką pamiętam jeszcze z początków studiów, na których pierwszy raz zetknęłam się z poznańskim festiwalem. Z teatrem koncepcyjnym, nie obawiającym się mariażu wielu sztuk, który nie sili się na wydumaną oryginalność. Zamiast tego wybiera autentyzm opowiadania o ludzkim doświadczeniu w taki sposób, by można było się z nim utożsamić. I chociażby dla odświeżenia tamtych odczuć warto było wybrać się na "Wojnę i terpentynę".

Anna Solak
kultura.poznan.pl
11 lipca 2018

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia