Powrót sacrum na scenę

"Maranatha" - reż. Ryszard Peryt - Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie

Tytuł najnowszego przedstawienia Ryszarda Peryta w Teatrze Polskim w Warszawie, "Maranatha", czytamy jako: "Przyjdź, Panie Jezu!". To ostatnie słowa Apokalipsy św. Jana. A więc też ostatnie słowa Biblii. Jakże znaczące, zwłaszcza dziś.

W folderze do spektaklu reżyser zamieścił notkę, w której nawiązując do bluźnierczego przedstawienia Jerzego Grotowskiego z 1967 r. "Apocalypsis cum figuris", gdzie, jak przypomina, padły słowa wyrzucające Pana Jezusa z teatru, Ryszard Peryt pisze m.in.: "Ostatnie słowa "Idź, i nie wracaj więcej!" skierowane do postaci Chrystusa kończyły przedstawienie wypędzeniem Go z teatru. Następowało trzaśniecie drzwi i zapadała ciemność...". Natomiast ostatnie słowa w przedstawieniu Ryszarda Peryta brzmią: "Maranatha... Przyjdź, Panie Jezu! Maranatha".

Grotowski wyrzucił Pana Jezusa z teatru, Peryt zaś słowami św. Jana przywołuje, prosi, by Jezus wrócił. Potrzeba nam jak nigdy dotąd powrotu sacrum. I nie tylko do teatru. Do całej kultury. Bo to, czego dziś doświadczamy jako widzowie, odbiorcy kultury, wskazuje, że miejsce "wygnanego" ze sceny sacrum krok po kroku zajmuje iście szatańskie profanum. W tym kontekście przedstawienie Ryszarda Peryta można odebrać jako zdecydowaną odpowiedź Grotowskiemu po latach. Ale to tylko jeden z elementów w interpretacji przedstawienia "Maranatha".

Dzieło Ryszarda Peryta doskonale wpisuje się w niezwykłą datę, będącą najważniejszym wydarzeniem w naszych dziejach, w 1050. rocznicę Chrztu Polski. I co znamienne, śledząc naszą historię, nasz wielki dorobek artystyczno-kulturowy należący do polskiego dziedzictwa narodowego, widzimy, jak silnie dzieje naszej Ojczyzny splatają się z katolicką wiarą.

Ten bardzo piękny i głęboki w swej wymowie spektakl utrzymany jest w gatunku rapsodycznym i - można powiedzieć - posiada cechy wręcz misterium. Na scenie aktorzy ubrani w ciemne garnitury, kobiety w ciemne suknie. Teksty nie są mówione z pamięci, lecz odczytywane i towarzyszą im obrazy malarskie na ekranie tylnej ściany sceny, wyświetlane z projektora w sposób szczególny: od maleńkiego obrazka dzieło stopniowo rozszerza się na cały ekran, delikatnie przy tym pulsując. Wizualizacje podnoszą dramaturgię spektaklu. To arcydzieła sztuki sakralnej autorstwa m.in. Boscha, Dürera, Giotta, Michała Anioła, Rembrandta, Wyspiańskiego. Prezentowane przez aktorów fragmenty Biblii wspaniale zestrojone są z fragmentami największych polskich dzieł Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Krasińskiego, a także autorów współczesnych, m.in. Herberta, Karola Wojtyły - Jana Pawła II. A wszystko razem: pieśni, teksty, znakomite wizualizacje łączą się, tworząc harmonijną narrację fabularną, której specjalnego klimatu dodaje chór kameralny Duc In Altum prowadzony przez Beatę Śnieg, doskonale wykonujący m.in. przepiękne strofy Jana Kochanowskiego sławiące Boga "Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary...".

Całość otwiera widza na transcendencję i zarazem składa się na opowieść o Polsce, o naszych dziejach, z przejmującym finałem, kiedy wszyscy aktorzy wychodzą na scenę i odwróciwszy się do nas tyłem, patrzą na pusty ciemny ekran i pełni niepokoju szukają czegoś, kogoś. Aż wreszcie pojawia się obraz. Boga szukali, oparcia...

Przedstawienie "Maranatha" adresowane jest do publiczności tzw. wymagającej i przygotowanej. Bo taki teatr sięga głęboko do istoty naszego człowieczeństwa, do naszej duszy, do naszego sumienia. Porusza w nas te najczulsze struny, przypominające nam, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga.

Ryszard Peryt jest twórcą wyjątkowym, wrażliwym na duchowość w sztuce i potrafiącym tę duchowość w sposób niezwykle wysublimowany wyartykułować na scenie. To niełatwe zadanie. Zwłaszcza dzisiaj, gdy teatr pogrąża się w tematach porno i estetyce brzydoty, a aktorzy biegają nago po scenie, nurzając się w brudach i dewiacjach.

W spektaklu bierze udział cały zespół aktorski Teatru Polskiego. Niestety, problemy z dykcją, jak widać, ma większość aktorów, łącznie - o dziwo - z samym dyrektorem teatru. Ale to można przecież poprawić. Tak jak sceny z bosonogą Natalią Sikorą, która ni to śpiewa, ni to charczy, co nijak ma się do idei i klimatu tego przedstawienia.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
18 października 2016
Portrety
Ryszard Peryt

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia