Pozostał tylko strach

"Kurt Gerron. Führer daje miasto Żydom" - reż. Wiktor Rubin - Teatr Śląski w Katowicach

W dokumencie filmowym Ilony Ziok Karuzela Kurta Gerrona (Kurt Gerroris Karussell, 1999) można zobaczyć krótkie ujęcie tego artysty niemieckiego kina, gdy stoi wśród Żydów w Theresienstadt na planie propagandowego filmu o obozie Führer darowuje Żydom miasto (Der Führer schenkt den Juden einen Stadu 1944), do realizacji którego został zmuszony przez hitlerowców. Kilka przejmujących sekund, zbliżenie sylwetki zniszczonego przez cierpienie człowieka. To już nie korpulentny magik Kiepert z "Błękitnego anioła", który grał u boku Marleny Dietrich. To fizyczny i psychiczny wrak.

O czym myślał wtedy, gdy chwytał się rozpaczliwie resztek życia, jakie mu jeszcze zostały? Może łudził się, że udział w produkcji obrazu o "dobrodziejstwach" lagrowej egzystencji pośród landszaftowej fikcji Terezina zapewni mu bezpieczeństwo. Nie mógł przewidzieć, że niedługo po zakończeniu prac, 28 października 1944 roku, zginie w Auschwitz, o ironio, w ostatnim gazowaniu, jakiego tam dokonano. Ta niema, przejmująca twarz artysty, zwrócona w stronę kamery, nie przypominająca zupełnie dawnego filmowego gwiazdora, towarzyszyła mi podczas spektaklu Jolanty Janiczak i Witktora Rubina w Teatrze Śląskim.

Na scenie ustawiono kilka ekranów, projektory, pojawił się pianista, między tym wszystkim przestrzeń, którą wypełniły postaci z zachowanych fragmentów obrazu Gerrona. Tamte i obecne. Film i teatr. Zawsze fragment, ta zasada wydaje się organizować kompozycję spektaklu. Nic nie powiedzieć do końca, bo niby jak to uczynić, skoro aktorzy na scenie mogą jedynie podjąć próbę oddania tego, co myśleli i czuli ludzie, których ślad przechowały już tylko strzępy taśmy filmowej; ludzi, którzy w większości nie żyli, gdy proces produkcji farsy o żydowskim gettcie miał się ku końcowi.

Jak ukazać ich ból, strach, paniczną wolę przetrwania, zmieszczenia się w kadrze za wszelką cenę, czyli de facto próbę przeżycia 11 dni zdjęciowych? Autorce i reżyserowi udało się zbudować szczególny dramat - dramat pamięci, polegający na tym, że w istocie nie można jej przekazać, podobnie jak nie sposób przekazać traumy obozowego doświadczenia.

Właściwie mottem sztuki Janiczak i Rubina mógłby stać się cytat z filmu Ingmara Bergamana "Z życia marionetek": "Zwierciadło jest rozbite, ale co odbijają odłamki? " Tym powiększonym odłamkom przyglądają się autorzy spektaklu. Los Żydów skazanych na Zagładę, na krótką chwilę, zatrzymał przypadek, zlecenie SS, by nakręcić w Theresienstadt obrazy nieistniejącego świata, wielkiej dekoracji. Poza nią, o czym w spektaklu przypomina znany wszystkim napis nad obozową bramą, istnieje tylko inferno. To piekło - jak pisał Henryk Grynberg - otwiera się wszędzie,

gdzie poniżana i mordowana jest niewinna ofiara. Teraz po dziesiątkach lat staliśmy się świadkami uruchomienia tych tragicznych kadrów, by, niczym archeolog, pod kolejnymi warstwami palimpsestu odnaleźć cień prawdy o tamtym czasie.

Kurt Gerron, grany bardzo sugestywnie przez Agnieszkę Kwietniewską, z nieodłącznym cieniem, nadzorcą SS, Karlem Rahmem, w tej roli Mateusz Znaniecki; próbuje zaaranżować filmową bajkę o obozie, szantażowany groźbami i ostrzeżeniami. Przed oczami widzów, niczym w projektorze firnowym, przesuwać się będą jej poszczególne elementy. Na scenę i rozwieszone ekrany wjadą więc sielskie obrazki pracy w ogródkach działkowych, warsztacie, twarze pogodnych i szczęśliwych ludzi, odczytów, koncertu z orkiestrą, biblioteki, będzie nawet mecz piłkarski, łaźnia, opera dziecięca, dobre życie bez trosk i problemów. To w kadrze i prawdziwym filmie Gerrona. Poza kamerą strach, walka o przeżycie, próba dostania się do kolejnego ujęcia. Transporty.

Manipulacja i przeczucie rychłej wywózki towarzyszy bohaterom zmieniającym role poza jedną: zniewolonego i obdartego z godności więźnia. Korowód tragicznych artystów, wypowiadających kwestie do kolejnego ujęcia obiega scenę a między tym gra na zwłokę, złudzenie, że to jeszcze nie dziś nastąpi wyjście za obozową bramę. Gdy stoją karnie w rzędzie apelowym: Benjamin Murmelstein (Bartłomiej Błaszczyński), Olga Meyer Gerron (Katarzyna Brzoska), Zdenka R. (Natalia Jesionowska), Alice H. S. (Anna Kadulska), Freddy H. (Michał Piotrowski), Handa V. (Aleksandra Przybył), Hans K. (Marcin Szaforz) - mamy wrażenie, że oprócz strachu przed bliskim końcem, ich przerażenie wywołuje fakt, że indywidualne historie każdego z nich zostaną zapomniane, ulecą jak przerwana Etiuda es-moll Chopina, którą próbuje grać Alice, by podtrzymać tę wątłą nić łączącą ją ze światem dawnego humanizmu. To, co nie daje się zrekonstruować spychane jest brutalnie w niepamięć.

Spektakl skłania do refleksji nad znaczeniem naszej obecności w tym tragicznym doświadczeniu człowieka. Hans Günther Adler, więzień Theresienstadtu, poeta, literat, użył określenia: zorganizowany obłęd. Jesteśmy świadkami tego procesu i to chyba najbardziej przejmujące przeżycie, jakie staje się udziałem każdego widza, bo przecież pamięć jeśli wraca, to za sprawą innych. Gdy na ekranie oglądamy aktorów w obecnych wnętrzach muzeum lagrowego w Terezinie, próbujących przenieść tam postaci sceniczne,

widzimy ledwie zdziwienie zwiedzających dawny obóz. Benjamin Murmelstein dopija resztki napojów zostawionych na stołach przez turystów, inni aktorzy stoją niczym żywe eksponaty w izbach więźniów. Nie budzą emocji tylko ciekawość. Elie Wiesel pisał, że przeciwieństwem życia nie jest śmierć lecz obojętność. Czy nie w ten sam sposób patrzymy na twarze ludzi utrwalonych w filmie Gerrona? Zaś w teatrze na artystów próbujących oddać na scenie ich myśli, marzenia, obawy, strach. Aktorom Teatru Śląskiego udało sieje ukazać znakomicie.

Dodajmy, że świadomość własnej inności, obcości przedstawionych postaci lagrowego świata uderza w spektaklu Rubina najpełniej. To właśnie inność rozumiana jako różnica skłania widza teatralnego do próby rekonstrukcji przeszłości. Na przykład tocząca się po scenie piłka, która wypadła z kadru, staje się w jednej chwili jej znakiem, wspomnieniem śmiertelnego zgrożenia, rekwizytem świata bez przyszłości.

Krótkim wytchnieniem od koszmarnej rzeczywistości był dla Kurta Gerrona kabaret Karuzela, który prowadził w getcie. Występowali w nim najwięksi artyści tamtego czasu, więźniowe obozowi. W przedstawieniu Janiczak i Rubina mamy tylko echo tego epizodu. Gerron w zadumie ledwie wyśpiewa kilka zdań słynnej piosenki Mackie Majchera z "Opery za trzy grosze" i zamilknie pełen rezygnacji. Nie ma złudzeń, co do natury ludzkiej i realiów tego świata. Zatem co pozostaje? Obrazy i tylko one ratują pamięć przed zatarciem. Stąd na scenie tyle ekranów, o których już wspomniano. Gdyby nie zachowane kadry filmowe, zdają się mówić bohaterowie sztuki Janiczak, zostałoby po nas puste miejsce. Pusta przestrzeń po umarłych domaga się wypełnienia.

Patrząc w zbliżeniu na ludzi przymuszonych do żywiołowej gry na planie propagandowego obrazu, wiemy, że była to jedyna możliwa ucieczka z piekła, jakie zgotował im los. Tylko w ten sposób mogli zaznaczyć swą obecność, unikalność tamtego doświadczenia, które dziś trudno sobie wyobrazić, bo, jak pisała zapomniana poetka Amelia Średniawa, "następni, co po nich przyjdą - spokojnie będą przerzucać karty historii"

Wojciech Lipowski
Śląsk
13 sierpnia 2019
Portrety
Wiktor Rubin

Książka tygodnia

Kwiatkowska. Żarty się skończyły
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marcin Wilk

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...