Pracował, żeby żyć

Krzysztof Kolberger - sylwetka

Aktorzy, którzy współpracowali z KRZYSZTOFEM KOLBERGEREM, opowiadają, że praca wypełniała mu czas niemal bez reszty.

WSPOMNIENIE

KRZYSZTOF KOLBERGER 1950-2011

- NIE PAMIĘTAM GO INACZEJ, JAK TYLKO POGODNEGO I PROMIENNEGO.

Zawsze był uśmiechnięty - wspomina aktorka Krystyna Tkacz. Był jednym z najpopularniejszych aktorów swojego pokolenia. Krzysztof Kolberger zmarł po wieloletniej walce z rakiem.

Miał 60 lat. W teatrze grał do samego końca. - Wzruszające były trzy ostatnie lata i podjęcie pracy nad rolą w "Wiele hałasu o nic" Szekspira. Ta praca niezmiernie wyczerpywała go fizycznie, ale podejmował trud i grał ją do końca swoich dni. To było wyraźne cierpienie, ale wychodził na scenę i walczył - mówi Jan Englert.

Przez 20 lat zmagał się z nowotworem, przeszedł wiele operacji. Nigdy nie zwątpił w sens tej bitwy.

- Nie epatował tym, że jest chory, nie zmuszał do współczucia, nie domagał się go. Starał się żyć normalnie, jakby choroby nie było - wspomina aktor Jerzy Bończak.

Pogodnie o śmierci

- Nie pamiętam go inaczej, jak tylko pogodnego i promiennego. Zawsze był uśmiechnięty - wspomina aktorka Krystyna Tkacz.

Kolberger próbował traktować raka z dystansem. - Przyzwyczaiłem się nazywać go "kolegą". Cała walka polega na tym, żeby ten "kolega" nie rozprzestrzenił się i nie powiększył swojego terytorium - wyznał w jednym z wywiadów.

- O śmierci należy mówić w sposób pogodny. Słowo "pogodny" zawiera również cząsteczkę "pogodzony". Mówienie pogodnie o śmierci powoduje, że się z nią bardziej oswajamy - mówił w 2009 r. Piotrowi Najsztubowi.

Zawsze powtarzał, że z choroby należy wyciągnąć naukę, cieszyć się drobiazgami.

- Żyję, mając świadomość, że odejście może być szybsze, niż pewnie bym chciał, ale nie myślę o tym w każdej chwili, bo bym zwariował, i nie wolno o tym myśleć. Trzeba żyć pełnią życia, na ile to możliwe! - przekonywał.

Gdy zachorował, nie powiedział o tym rodzinie. Poddał się operacji, kiedy wszyscy myśleli, że pojechał ze spektaklem do Szwajcarii. Potem uznał, że milczenie o ciężkiej chorobie jest bez sensu, że należy dzielić się z innymi własnym doświadczeniem.

- Opowiadam o swoim przypadku z nadzieją, że może będzie pomocą w tym nieszczęściu, wołaniem o to, aby nikt nie lekceważył swojego zdrowia, życia. Mam dowody na to, jak to pomaga innym, jak psychicznie mobilizuje do walki o życie, o to, żeby się zbadać, zacząć się leczyć, nie poddawać się - mówił w rozmowie z Markiem Różyckim.

Angażował się w akcje dobroczynne.

- Gdy kilka lat temu robiliśmy onkologiczny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, został jego ikoną - wspomina Jerzy Owsiak.

- Był człowiekiem, który angażował się we wszystkie akcje i wspierał najróżniejsze idee związane z ratowaniem życia i sprawami podobnymi do tych, którymi zajmuje się WOŚP.

W poszukiwaniu sensu

Jego kariera toczyła się pod dobrą gwiazdą. Od początku trafił na wybitnych reżyserów i aktorów, współpracował z najważniejszymi postaciami polskiego filmu i teatru.

- Na początku drogi zawodowej nie śmiałem szukać. Brałem, co mi życie przynosiło, czyli co proponowali reżyserzy. Pewnie miałem warunki, które predysponowały mnie do ról bohaterów romantycznych. Tak zostałem skojarzony od początku i podobało mi się to - opowiadał.

Już na studiach w warszawskiej PWST zagrał w "Aktach" Jerzego Jarockiego, po studiach w 1972 r. dostał angaż w Teatrze Śląskim w Katowicach, potem przeniósł się do warszawskiego Teatru Narodowego, którego dyrektorem był wówczas Adam Hanuszkiewicz. Po latach nazwał reżysera jednym ze swoich mentorów. U Hanuszkiewicza zagrał m.in. Konrada w głośnych "Dziadach", Jaśka w "Weselu" czy Iwana w "Dostojewski według Braci Karamazow". Później współpracował m.in. z Ateneum, Teatrem Współczesnym i Teatrem Powszechnym, na którego deskach występował w reżyserowanym przez Feliksa Falka "Wernisażu" Vaclava Havla.

Od początku kariery lubił kino i telewizję. Jedną z najważniejszych kreacji stworzył w filmie "Na straży swej stać będę" Kazimierza Kutza (1983 r.). - Grał główną rolę. Wówczas miałem okazję zetknąć się z nim w pracy i poznać go bliżej. Sam Kolberger zresztą później uważał, że to była jego najlepsza rola. Wytworzyła się między nami głębsza więź, bo dla niego to było ważne doświadczenie, z kolei ja poznałem kogoś niezwykle ciekawego z tego pokolenia - mówi Kazimierz Kutz.

Aktorzy, którzy współpracowali z Kolbergerem, opowiadają, że praca wypełniała mu czas niemal bez reszty. - Choroba nie zmieniła mojego życia. Pracowałem, czułem się odpowiedzialny. Moje największe zmartwienie przed każdą operacją jest takie: mam 10 dni na załatwienie rzeczy, które miałem do wykonania, i takie uporządkowanie ma sprawić, żeby potem ktoś nie miał kłopotu - opowiadał Piotrowi Najsztubowi.

Chociaż choroba powracała, Kolberger angażował się w kolejne przedsięwzięcia. Grał w filmach, serialach, spektaklach teatralnych (m.in. "Zachodnie wybrzeże" Krzysztofa Warlikowskiego w 1998 r.), recytował poezję, zajmował się reżyserią.

W kwietniu 2005 r. w czasie żałoby po śmierci Jana Pawła II czytał w TVN testament Papieża. Mówił później, że było to jego najważniejsze aktorskie zadanie.

Krzysztof Kolberger zmarł w ubiegły czwartek.

Iga Nyc, Dariusz Karpiuk
Wprost
12 stycznia 2011

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia