Pragnąc rozgrzeszenia

„Burza" – reż. Paweł Passini – neTTheatre w Lublinie

Uważa się, że ostatni samodzielny dramat Szekspira to swoisty testament i rozliczenie z własnym życiem, dorobkiem artystycznym, zdobytą pozycją społeczną. Od tej tezy wychodzi Paweł Passini, tworząc spektakl inspirowany nie tylko „Burzą", ale także innymi utworami najsłynniejszego angielskiego poety.

Przedstawienie rozpoczyna monolog Mariusza Bonaszewskiego, który odgrywa rolę reżysera – kreatora scenicznego świata, mającego nieograniczony wpływ na ludzkie losy. Jego nadrzędną pozycję podkreśla długi płaszcz i symboliczna korona spleciona ze sznurków. Demiurg snuje refleksję o władzy, jaką sprawuje nad stwarzaną rzeczywistością. Do pewnego stopnia burzy teatralną iluzję, uprzedzając, czego będziemy świadkami. Po tym wprowadzeniu Bonaszewski schodzi ze sceny, ustępując pola wykreowanym postaciom. Jednak nie znika zupełnie. Przez cały spektakl będzie co jakiś czas wyraźnie zaznaczał swoją obecność, nie pozwalając stracić kontaktu z pozateatralną rzeczywistością.

Właściwa akcja zawiązuje się, gdy Miranda (Anna Zachciał) i Prospero (Beata Passini) obserwują, jak statek króla Neapolu (Jarosław Tomica) rozbija się u wybrzeży wyspy. Spektakl dość wiernie trzyma się głównej osi fabularnej materiału wyjściowego, kluczowe wydarzenia pozostają bez zmian. Jednak Passini nie ogranicza się tylko do jednego utworu. Kwestie „Burzy" uzupełnia m.in. fragmentami „Hamleta" oraz na wskroś współczesnym monologiem Mirandy o kobiecych pragnieniach. Tym, co nierozerwalnie łączy ze sobą pozornie przypadkowe urywki z różnych dzieł, jest temat winy i rozgrzeszenia. Hamlet przemawiający zza sceny głosem Bonaszewskiego z goryczą przyznaje się do swoich wad, które napawają go wstydem i żalem. Miranda niemal jednym tchem, z rozpaczą wymienia swoje najskrytsze marzenia, których wewnętrzna sprzeczność wywołuje silne wyrzuty sumienia. Przedstawienie niemal od pierwszej sceny jest przesycone żalem i poczuciem winy – wszystkie postacie cierpią z powodu wyrzutów sumienia, choć każda z innego powodu. Moment kulminacyjny następuje w ostatnich kilku minutach, gdy bohaterowie wspólnie wyznają swoje winy i proszą o rozgrzeszenie.

Dojmujące poczucie krzywdy i cierpienia wzmacnia mroczna, sugestywna scenografia Miro Nordyka Jurczuka. Scenę z trzech stron otacza wysoka drewniana konstrukcja przypominająca szkielet statku, wyraźnie ograniczająca przestrzeń, tworząca wrażenie uwięzienia. W głębi sceny tkwią zatknięte na pale nagie zwierzęce czaszki, które z ciemności wydobywa punktowe, rozproszone światło, wywołując niepokojące poczucie odrealnienia i mistyczności. Odczucie to potęguje się za każdym razem, gdy na scenę wkracza Prospero. Jego wykrzywiona sylwetka odziana w szare płótno, konwulsyjnie drgające mięśnie i zniekształcony, łamiący się głos – to postać starosłowiańskiej wiedźmy, ostatniej ze sprawiedliwych żyjących w zgodzie z prawem naturalnym, stojącej na skraju życia, zdobywającej się na jeszcze jeden wysiłek, który ma pogodzić zwaśnionych, przynieść ulgę i przebaczenie. Beata Passini w tej niezwykle wymagającej (nie tylko fizycznie) roli wypada fenomenalnie. Nie mogłam oderwać od niej oczu.

Paweł Passini miał pomysł na Szekspira. Wyłuskał z jego dzieł to, co dotyka nas najgłębiej, na najbardziej pierwotnym poziomie – dojmujące poczucie winy, gryzące wyrzuty sumienia. Przez cały spektakl konsekwentnie, ale subtelnie gra tymi uczuciami, by w ostatniej scenie uderzyć z grubej rury. Bohaterowie padają na kolana i bijąc się w piersi, proszą o rozgrzeszenie. Tu nie ma miejsca na niedomówienia, widzowi trzeba wprost i jasno powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.

A jednak czasami to milczenie przemawia najdobitniej. Nieraz warto odbiorcę zawiesić, dać mu szansę na samodzielną refleksję.

Ewa Jemioł
Dziennik Teatralny Lublin
23 lutego 2019
Portrety
Paweł Passini

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia