Prawda? To nuda

Rozmowa z Jerzym Gruzą

Kręcąc „Czterdziestolatka" czy „Dzięcioła", sprawiał, że szara, komunistyczna rzeczywistość nabierała kolorów. Humor i ironiczne spojrzenie wciąż go nie opuszczają. Ostatnio przelewa je na papier. W swojej najnowszej książce „Rok osła" szydzi z gwiazd, kobiet i mężczyzn. Nie przebiera w żartach i tworzy jedyną w swoim rodzaju klasyfikację orgazmów. „Spodziewam się, że mogę za to dostać w pysk".

Z Jerzym Gruzą - reżyserem i scenarzystą, aktorem, twórcą widowisk telewizyjnych - rozmawia z GalaMEN.

Czy dostał już Pan w pysk za to, co napisał o innych?

Jerzy Gruza - Jeszcze nie. Spodziewam się tego i się nie boję. W pewnym wieku tak już jest...

Mógłby Pan oberwać od Janusza Głowackiego, Małgorzaty Kożuchowskiej, Ilony Łepkowskiej, o których Pan pisze w swojej książce.

- Głowacki ma poczucie humoru. Piszę, że chciałbym poznać jego fascynującą osobowość poprzez wdowę po nim. To zabawne. W ogóle to wierzę w poczucie humoru. Swoje. I domniemywam, że ci ludzie, których lubię, też mają poczucie humoru i są sympatyczni, inteligentni, wrażliwi.

Jest też gorzko w tym Pana świecie. „W lustrze holu ujrzałem odbicie chłopca 60 lat później. Stanąłem zdumiony".

Tak, bo ja nie odczuwam swojego wieku psychicznie, ale w sensie fizycznym. Jak widzę uciekający z placu Unii Lubelskiej w Warszawie tramwaj, to wiem, że nie przyspieszę do tego stopnia, żeby go dogonić. Niemniej nie daję za wygraną i próbuję. Przegrywam jednak i jest gorzko. Moja trudność polega na tym, że zawsze łączono mnie z czymś zabawnym, z czymś wesołym, z czymś lekkim, a tak nie jest. Ta tańsza muza, weselsza, jest gorzej traktowana.

Nosił Pan różowe okulary, kiedy nie można było ich tak łatwo kupić.

Nie ma nic gorszego na ekranie niż prawda do końca. Oznacza ona jedno: film dokumentalny albo reportaż w gazecie czy naturalistyczną fotografię. A mnie chodziło o coś innego – kreowałem rzeczywistość, doprowadzałem do pewnych absurdalnych sytuacji, by była śmieszna. Dlaczego wciąż ogląda się moje filmy? Rzeczy przynależne do epoki, do ustroju przestają mieć znaczenie, natomiast istotne stosunki między młodym mężem a starszą żoną, między kochanką a żoną, między szefem a podwładnym, między ministrem a prostym robotnikiem... Te się nie zmieniają, choćby nie wiadomo jaki ustrój przyszedł nam z nieba.

„Ja dzisiaj na plazmie wiszącej na ścianie widzę prawie to samo, tylko w kolorze i bardziej płaskie". To chyba przedmiot sprawy, prawda?

Wszystko jest w książce napisane: moje fobie, moje spostrzeżenia: osiemdziesiąt procent prawdy, dwadzieścia procent zmyślenia.

Z książki: „Stowarzyszenie byłych przyjaciół, czyli zawiść i zazdrość"...

W moim środowisku przede wszystkim!

Wciąż Pan tego doświadcza?

Oczywiście!

O co dzisiaj jest się zazdrosnym?

O to samo, co wtedy: pieniądze, stawki, popularność. Zdjęcia w takich magazynach jak wasz. Nawet to, że żyje się za długo.

Obserwuje Pan wszystko z perspektywy... kanapy?

Iluż ludzi obserwuje to ze środka, ilu chciałoby grać, obracając się wśród znanych nazwisk. A dzisiaj o tym,kto gra, decyduje biuro reklamy tej czy innej telewizji, oni mówią, kto dostanie rolę, pieniądze, a kto nie, nawet jak jest bardzo zdolny.

To po co chce Pan się jeszcze z tym szarpać... Planuje kolejny serial, fabułę?

Inaczej człowiek musiałby popełnić samobójstwo. Nie ma tak, że można zrezygnować z kontynuowania czegoś, co uważa pan za dobre i pożyteczne.

Chce się Pan jeszcze poboksować?

A z kim mam się boksować? I o co? Na jakim ringu? Mogę tylko boksować się sam ze sobą. Walka z cieniem.

Czuje się Pan wykluczony z gry?

„Wykluczony" to dobre słowo. Młode pokolenie ma wszystko, co chce. Wszystko jest dla młodych. „A ty teraz sobie pomyśl, że jesteś stary".

Stary? Ale 13 rodzajów orgazmów – od malarskiego po ten wg aktorki Zofii Czerwińskiej – opisuje Pan na czterech stronach. Z doświadczenia?

Częściowa autopsja z młodych lat i z opowiadań wielu osób.

Niemalże na ołtarze wynosi Pan Andrzeja Chyrę. Za co?

Nie szukam w aktorze zawodu: „że on jest świetny, profesjonalny, po szkole". Szukam, zwłaszcza w mężczyźnie, tego, co on tam gdzieś, kiedyś przeżył, co go uformowało.

A u kobiet czego Pan szuka?

Można by powiedzieć, że szuka się „całokształtu"... Chociaż jeśli Pan lubi małe piersi, to szuka Pan kobiety o takich walorach. Dziś trzeba jednak uważać, można się „nadziać", bo gros piersi jest sztucznych. Pierwszy raz takie zobaczyłem u Violetty Villas. Pojechała do Stanów Zjednoczonych kompletnie pozbawiona bujnego biustu, a wróciła z pięknym, napiętym, stojącym. Stanęła przede mną, położyła moją dłoń na nowych piersiach i opowiedziała, co i jak się wstrzykuje. Wróciła wtedy z Las Vegas.

Prekursorka?

Tak, była pierwszą kobietą, która wprowadziła do nas powiększanie piersi.

Dlaczego kobiety oszukują?

Każdy człowiek chce być piękny, młody. Ostatnio ćwiczyłem na siłowni. Tam poznałem innych ludzi, inne środowisko i byłem zdumiony, jak ludzie ciężko pracują na kondycję, sylwetkę, kształt ciała. Gdy słyszę ten przeraźliwy krzyk, kiedy mężczyzna wyciska sztangę, ileś tam kilogramów, to mną wstrząsa. Kobiety też wyciskają, ale zwykle pod okiem młodego trenera. Po co? Kim chcą być?

Co się dzieje z kobietą po siłowni?

Kończy, ubiera się, wychodzi do samochodu i do roboty. Mają wielką samokontrolę i samodyscyplinę. To jest najważniejsze. „Do roboty i niszczyć mężczyznę, zabrać mu pieniądze" – myśli.

Nie to co Karwowscy. Stefan i Magda nie chodzili na siłownię. Stefan to Pan?

Robiąc „Czterdziestolatka", ja i scenarzysta serialu Krzysztof Teodor Toeplitz, również mieliśmy po 40 lat, to samo przeżywaliśmy, dlatego ich problemy nie były wzięte z powietrza. Jednak najwięcej jest mnie w „Dzięciole". Potem w „Motylem jestem". Świat fikcji, show-biznesu i kontrast z prawdziwym życiem.

A w „Wojnie domowej" też Pan kimś był?

Najbliżej było mi do Jaremy Stępowskiego, tego od „Czy jest suchy chleb? Dla konia". Ja tego nie wymyśliłem, ale autentycznie przeżyłem, zresztą w sytuacji dosyć krępującej. Byłem w domu z jakąś panią, zadzwonił dzwonek do drzwi. Ona przerażona, a za drzwiami wysoki facet. „Przepraszam, zbieram suchy chleb dla konia". Ulga. Myślała, że to mąż.

Co strona przywołuje Pan klub Czytelnika. Czym jest to jedyne w swoim rodzaju miejsce w Polsce?

Ono powoli umiera... Kiedyś Czytelnik był spółdzielnią wydawniczą, wokół której gromadzili się autorzy oraz artyści, przesiadujący w tejże restauracji. Ale zbladł po latach, na tle innych wydawnictw, aż zrobił się niszowy. I trzeba przyznać, odchodzą ludzie Czytelnika. Holoubek choćby. Głowacki wciąż przychodzi, ale on nie lubi jednego pana i siada gdzie indziej. Ten znowu nie lubi kogoś innego, też nie siada. Opary dawnych lat... A Henryk Bereza wpatruje się w przestrzeń i czeka, żeby wreszcie przyszedł Holoubek, który dawno już nie żyje.

Stolikowe, hermetyczne państwo – dosiadanie, przesiadanie...

O tak. Na przykład Tadeusz Konwicki był bardzo restrykcyjny w pilnowaniu, żeby nikt nowy się do niego nie dosiadł.

I kto się nie dosiadł?

Nawet, szczerze mówiąc, nie zauważyłem. Nie można było też wstać od stolika. Wstawanie oznaczało przegraną.

Rozmawia Pan ze mną, a bez przerwy ogląda się za przechodzącymi ludźmi!

Uwielbiam to. Jestem wzrokowcem. Patrzę i myślę: kto to jest, co robi... jak żyje? Nawet migawkowe przejście drugiej osoby jest dla mnie magią.

Zanim został Pan artystą, to też tak robił?

Od dziecka obserwowałem życie. Matka aż łapała mnie za rękę, bo się zagapiałem na ruchliwej ulicy. Narzeczona krzyczała, że jej nie słucham. Wszystko może być materiałem na film. Umiem też udawać i najczęściej biorą mnie za kogoś innego.

Ale teraz jest Pan sobą?

W tej chwili?

Tak.

No nie bardzo.

___

Jerzy Gruza - Urodził się 4 kwietnia 1932 w Warszawie – polski reżyser i scenarzysta, okazjonalnie aktor filmowy. Twórca wielu programów i widowisk telewizyjnych.

GalaMEN
Gala
1 lipca 2017
Portrety
Jerzy Gruza

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia