Prawdziwe życie literatury

"Łucja szalona", Teatr im. Słowackiego w Krakowie / Magdalena Urbańska

Koncept "Łucji szalonej" jest bardzo trafny i ciekawy. Ukazać prywatny świat tych, którzy na ogół go kreują swoją literaturą. Ciekawy mógłby być także sposób prezentacji tego świata - oscylujący wokół jednej osoby, tej, z pozoru najmniej istotnej, poprzez którą splatają się losy pozostałych bohaterów. Jest w tym spektaklu kilka ciekawych scen, interesująca scenografia, tonowanie emocji i zarysowanie intrygujących charakterów. Jednak czegoś brak.

Spektakl rozpoczyna się od ukazania zawiązywania znajomości Samuela Becketta i Jamesa Jońca (Joyca) - dwóch wielkich literackich umysłów swoich czasów, skazanych na życie na wygnaniu, w pełni poświęconych literaturze. Obaj nie potrafią poradzić sobie z życiem - Samuel z samotnością i niewiarą w miłość, zaś James - ze swoją córką, którą bezgranicznie kocha, czyniąc jej tym samym krzywdę. Obaj także w sposób bardziej lub mniej pośredni doprowadzają ją do szaleństwa.  

Rozwój postaci od desperacko zakochanej po szaloną grzęźnie w banale. Co prawda, wszystko sprawnie i wiarygodnie udowodnione, wprowadzając w to nawet teorię Junga oraz przekonująco ukazane symptomy szaleństwa, jednak całość sprawia wrażenie zbyt łatwej i schematycznej. Dziewczyna zakochała się w pisarzu, który jest zimny i oschły, mieszka z rodzicami, którzy otaczają ją wielka troską, choć ojciec, szaleńczo zakochany w córce, na pierwszym miejscu stawia pracę. Łucja odziedziczyła po nim wrażliwość, nie otrzymała jednak talentu do sublimowania jej w literaturze lub jakimś innym artystycznym zajęciu, toteż musi zwariować. Teoria nawet i ciekawa, jednak ukazana w sposób dosłowny, jednoznaczny i bez miejsca na własne domysły czy interpretację. Wszystko pokazane dosadnie i prosto, a na wszelki wypadek, jakby ktoś nie zrozumiał, powiedziane jeszcze wprost do widza po raz kolejny. 

Kolejną rzeczą, która razi w tym spektaklu jest humor. Choć nie brak naprawdę zabawnych komentarzy, większość z nich jest po prostu bezcelowa. Próba wprowadzenia na siłę śmiechu dla śmiechu, bez związku z akcją czy postacią i oscylująca zawsze wokół jednego tematu, sprawia, że spektakl przestaje być śmieszny. Uwspółcześnione realia pokazane są właśnie w warstwie językowej i zamysł to efektowny, jednak zdaje się, że reżyserkę najbardziej bawi, jak któryś z bohaterów, najlepiej w połowie ciekawie zapowiadającego się dialogu, powie głośno coś o swoim przyrodzeniu albo soczyście przeklnie. Dosadność dowcipu staje się tak rażąca i schematyczna, że z czasem zaczyna męczyć. 

Schematyczne są w końcu same postaci. Nie brak tu ciekawych charakterów, zarysowanych sprawnie i przejmująco, jednak wszystkie zostaną w końcu ukazane w czarno-białej tonacji. Nie znaczy to jednak, że bohater jest tu jednoznacznie dobry lub zły, lecz jeśli posiada w sobie te cechy, to na pewno zostaniemy poinformowani, dlaczego. Jakby reżyserka bała się, że widz zmuszony do wysiłku intelektualnego może przegapić sens przedstawiania, więc zamiast tego lepiej mu z góry to wytłumaczyć czy rzucić gruby dowcip. Warto jednak zwrócić uwagę na przedstawienie postaci Becketta (Krzysztof Zawadzki) i matki Łucji (Anna Tomaszewska). Cichy pisarz, zamknięty w swoim własnym świecie, z czasem staje się obrazem nędzy i rozpaczy, stymulowany tylko poprzez działalność alkoholu. Naprawdę nie wierzy w miłość, jak to krzyczy w rozmowie z Łucją, czy może ma za sobą nieszczęśliwy związek lub brak odwagi na tę wiarę? Przytłoczony rzeczywistością, jest tylko narzędziem w ręku Boga, w którego sam z resztą nie wierzy. W opozycji przedstawiona jest postać matki. To prosta kobieta, która dba o spokój, domowe ognisko i pracę męża, choć kompletnie nie zna się na literaturze. Postać zbudowana pomiędzy miłością, oddaniem, a zimną chęcią stabilizacji. Tylko w jej ustach nie tak sztucznie i psychologicznie niewiarygodnie brzmi dowcip, będący najczęściej złośliwym i dosadnym komentarzem. 

Magdalena Piekorz zrobiła z Jamesa Joyca głupiutkiego staruszka, zapamiętałego w swej pracy, który nie chce oddać prymatu rzeczywistości. Uzależnienie od pracy to jednak nie tylko chronienie rękopisów, gdy się pali, ale psychologiczne skutki dla rodziny czy wynik poszukiwania przez autora alternatywnej rzeczywistości. Reżyserce częściowo udaje się postawienie mądrych pytań w związku z postacią Becketta, jednak dla kontrastu ukazuje szereg postaci banalnych i nieprawdziwych. „Łucja szalona” mogłaby być mądrą dywagacją na temat miłości, szaleństwa, literatury. Pozostaje jednak banalną historyjką bez większego przekazu.

Magdalena Urbańska
Dziennik Teatralny Kraków
24 lutego 2009

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia