Predyspozycja genetyczna

„Grupa krwi" – aut. Anna Wakulik – reż. Maciej Gorczyński – Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku

„Grupa krwi" to spektakl powstały w ramach drugiej edycji projektu „Dramatopisanie", wspierającego polską dramaturgię współczesną. Brzmi on intymnym głosem młodych przedstawicieli narodu, który rany z przeszłości lubi nosić jak ordery.

Czytając o spektaklu w teatralnej zapowiedzi dowiaduję się, że skupia się on na dwóch problemach – jednym jest indywidualne rozdarcie między potrzebą stabilizacji a potrzebą czegoś więcej, drugim – masowy nowotwór nierówności społecznej, który wybrzmiewa z przeszłości echem wykorzystywania warstwy chłopskiej.

Obecne do dziś skutki grzechów sprzed lat to temat duży, obawiam się, że moja błogosławiona ignorancja historyczna nie pozwoli mi tak naprawdę usłyszeć, co sztuka do mnie mówi. Ale z drugiej strony – odwieczny konflikt człowieka, zwłaszcza tego, który dorosłość dopiero zaczyna szturmować. Zagwozdka zdecydowanej większości, moja prywatna też, zainteresowanie wzbudzone. Z wiarą, że jak zobaczę, jak to komuś innemu jest źle z tych samych, napędzanych niedzielnym egzystencjalizmem powodów co mi, to może mi się poprawi, jak również z nadzieją, że ze szkoły pamiętam więcej niż myślę – idę.

Spektakl chce w nas wywołać niepokój. Nie ukrywa tego. Reżyser już na samym początku daje nam swojego rodzaju zwiastun tego, czego doświadczymy w tym stosunkowo niedługim – nawet nie dwie godziny – spektaklu. Otwiera go czarnobiałym filmem wyświetlanym na ścianie. Portret kobiety. Kobieta trochę smutna, głównie nieobecna. Niby patrzy z ukosa na publiczność, ale tak naprawdę nie widzi. Nagle muzyka – ludowa piosnka, miły głos delikatnymi słowy opowiada nam o dziewczynie, która popełnia samobójstwo po tym, jak zostaje zgwałcona. Oczywiście, wszystko między wierszami, słyszymy tylko o utraconym wianku. Kobieta na filmie stopniowo pokrywa swoją twarz kwiatami – przykleja je plastrami w miejsca newralgiczne, tam, gdzie ślady przemocy byłyby najbardziej widoczne.

Ale zaczyna się, niby, niewinnie. Rodzeństwo z ubogiej rodziny – Anna (Ksenia Tchórzko) i Michał Antoni (Adam Borysowicz) – przybywają do dworku, na wsi, gdzieś (jak to określiła pani Wakulik – „dworek gdzieś między Gdańskiem, Gorzowem, Białymstokiem a Krakowem"1). Przybywają na wezwanie drugiej pary rodzeństwa, to jest Rity (Katarzyna Pałka) i Michała (Wojciech Marcinkowski), wnucząt właściciela dworku, który w testamencie pół majątku przepisał zaginionym krewnym, którymi rzekomo mają być Anna i Michał Antoni. W trakcie obficie zakrapianej alkoholem rozmowy dowiadujemy się, co stało się za czasów pradziadka Michała, ogniwa łączącego dwie pary. Stopniowo przechodzimy od niejednoznacznych sugestii – bo przecież wiemy, co się stać musiało, żeby były i dzieci, i wnuki – do otwartych oskarżeń, już nie tylko o przemoc seksualną. Poza rozliczaniem przodków, widzimy też wymianę zażaleń między rodzeństwem, w obu przypadkach. Tu ważne jest podkreślenie tego, że ich problemy i spory są bezpośrednim tworem środowiska (sytuacji finansowej), z którego się wywodzą. Anna i Michał Antoni wytykają sobie to, jak każde z nich próbuje poradzić sobie w życiu pomimo biedy; debatują konformizm kontra aspiracje do czegoś więcej i ostatecznie słyszymy zgodę w ich wspólnym przekonaniu, że jak w błocie się urodzisz, to w błocie umrzesz. Z kolei Rita i Michał, częściowo nieświadomi (czy też niechcący sobie uświadomić) własnej hipokryzji, oskarżają się o pijawcze wykorzystywanie uprzywilejowanej pozycji, w jakich stawia ich pochodzenie z bogatej rodziny. Szczególnie głośno wybrzmiewają słowa Rity, która wyrzuca Michałowi, że jego filantropia wobec biedniejszego rodzeństwa jest możliwa tylko dzięki temu, że go na wyrzuty sumienia stać, że historią przejmuje się za pieniądze (pra)dziadka.

Spektakl jest utrzymany w kameralnym klimacie, czworo aktorów na scenie, kilka mebelków, jedno pomieszczenie – minimalistyczna makieta prezentująca problem dotyczący całych grup społecznych. Aktorzy spisują się znakomicie, ze sceny bije tą charakterystyczną niezręcznością znaną nam wszystkim ze spotkań z rodziną dalszą, bardziej obcą niż współpasażerowie w pociągu. Szczegół o ogromnym znaczeniu – zauważalna jest łatwość w przebywaniu obok siebie między rodzeństwem, natomiast gdy postaci mają wejść w fizyczną interakcję z nie rodzeństwem, wkrada się między nich napięcie i swoista nieporadność, zagubienie.

Największe wrażenie sprawiła na mnie jednak gra pań. Katarzyna Pałka subtelnymi zmianami w mimice daje nam od początku znać, że coś w całym tym naładowanym odruchami serca geście dzielenia spadku, zwyczajnie, śmierdzi. Jej przepełniona ledwo skrywaną niechęcią gra w rodzinną farsę wręcz wyzywa nas, widzów, wymusza na nas próbę odgadnięcia, co tak 1 Wszystkie cytaty pochodzą z: Wakulik, A. (2021) Grupa krwi, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, w ramach serii Dramatopisanie. naprawdę kryje się za ostatnią wolą dziadka. Bo przecież, bądźmy szczerzy, nie zadośćuczynienie.

Szczególna uwaga należy się też Kseni Tchórzko za niewiarygodnie płynnie przeprowadzenie postaci Anny od kobiety potykającej się o własne słowa do kobiety dyrygującej ostateczną konfrontacją z prawdą, z przeszłością, z głosami ludzi bez głosu. Anna zarządza anarchistycznym finałem, który dyskomfort zarówno postaci, jak i widzów, wynosi na najwyższy poziom. Tu znów brawo dla pani Pałki za końcowy monolog, którym wywołała u mnie – dosłownie – ciarki.

Atmosferę przekradającego się powoli na środek sceny niepokoju bardzo sprawnie buduje współpraca muzyki i efektów dźwiękowych (Szczepan Pospieszalski), scenografii (Iwona Bandzarewicz) oraz świateł (Tomasz Mierzlikin, Iwona Bandzarewicz). Hipnotyzująca muzyka i wszechobecność odgłosów wsi za oknem sprawia, że cisza następująca po ich zniknięciu dzwoni w uszach o wiele głośniej, niż powinna. Ściany tego rzekomo bogatego, pięknego dworku są puste, pokryte tapetą, która przywołuje na myśl zniszczenie. Ściany pokryte ranami, które w czerwonym świetle dominującym niektóre sceny zmieniają się w plamy krwi, zmieniają pomieszczenie w rzeźnię, jak to wcześniej określiła dom Anna.

Poza niepokojem, sztuka nasycona jest przykrą ironią. Dominującą kwestię dziedziczenia winy Rita ośpiewuje pijacką przyśpiewką, która w adaptacji pana Gorczyńskiego zostaje rozwinięta o zwrotki tłumaczące, iż „jebią ci życie mamcia z tatkiem" dlatego, że im wcześniej ich rodzice ten natłok win pokoleniowych podarowali. W najgorętszych punktach kłótni i ujawnień prawdy padają frazy naładowane naszym dobrym swojskim gorzkim humorem – nie można się nie zaśmiać, mimo że do śmiechu nie jest nikomu. Rewelacja burząca fundamenty czterech żyć zdaje się być środkowym palcem od losu skierowanym do wszystkich postaci, bez wyjątku.

„Grupa krwi" okazała się być czymś zupełnie innym niż oczekiwałam. Kwestia prywatnej rozterki dotyczącej zadowolenia własnym kątem a żądaniem od życia czegoś więcej niż minimum komfortu była zdecydowanie mniej obecna, wręcz przyćmiona tym żalem zarówno za przeszłość, jak i teraźniejszość. Niewiarygodne, jak głębokie okazują się być – gdy już zaczniemy w nich grzebać – rany przekazywane z pokolenia na pokolenie.Jak pozycja, w której urodzeni zostali nasi przodkowie, determinuje, gdzie jesteśmy obecnie. Jak możemy zostać osądzeni za coś, czego nie zrobiliśmy, bo nas „tam nie było".

Jak predyspozycja genetyczna decyduje o tym, czy ewoluujemy od pucybuta do pucybuta, czy od milionera do miliardera, parafrazując słowa Michała Antoniego – nawet jeśli nie miał do końca racji, bo tak naprawdę chodziło mu o fenotyp.

Katarzyna Szczęsna
Dziennik Teatralny Poznań Słupsk
6 października 2022

Książka tygodnia

Bieg po linie
Wydawnictwo MANDO
Maria Malatyńska, Jerzy Stuhr

Trailer tygodnia