Próby robiłem na plaży

Rozmowa z Emilianem Kamińskim

Jest nie tylko popularnym, wysoko cenionym aktorem, ale właścicielem i dyrektorem Teatru Kamienica w Warszawie, w którym jak co roku zaprezentował widowisko patriotyczne "Godzina W" z okazji kolejnej rocznicy powstania warszawskiego. Na tegorocznym XX Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach pokazał swój jubileuszowy "Wieczór kabaretowy" i nową, wybitną rolę, Georga Friedricha Haendla w sztuce "Kolacja na cztery ręce".

Jak w tym roku wyglądała uroczystość przygotowana w Teatrze Kamienica z okazji kolejnej rocznicy powstania warszawskiego?

- Szczególnie pamiętam 62. rocznicę i spotkanie z powstańcami, z których wielu już nie żyje. Krzysztof Kolberger był miesiąc po operacji, która cudem uratowała mu życie, siedział na scenie w naszej piwnicy i mówił wiersze Krzysztofa Baczyńskiego o powstaniu, m.in. "Nie wiem, czy dożyję do jutra", co brzmiało dwuznacznie, bo sam był w bardzo trudnej sytuacji zdrowotnej. Jak zwykle przygotowałem kolację powstańczą i dałem beczkę swojego wina, bo mam winnicę. W tym roku "Godzina W" była u nas niezwykle uroczysta. Śpiewaliśmy piosenki przedwojenne, a potem wziąłem syrenę z czasów okupacji i zacząłem wydobywać z niej dźwięki takie same, jak wtedy, czyli syrena wyła i wyła. Wszyscy byli wzruszeni, ja również. Potem śpiewaliśmy piosenki powstańcze. A na zakończenie ludzie mieli poczęstunek w starym tramwaju, czyli placki ze śmietaną, chleb ze smalcem i ogórkiem. Działo się to 1 sierpnia od godziny 16 do 18.

Jaki jest pana emocjonalny stosunek do tego, co przydarzyło się Polsce i Polakom?

- Dla mnie jest to niezagojona rana, którą ciągle mam. Jestem warszawiakiem od pokoleń, rana otwiera się za każdym razem, gdy tylko o niej myślę.

Nieco wcześniej wystąpił pan na XX Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach w jednej ze swoich najlepszych ról teatralnych Haendla w sztuce "Kolacja na cztery ręce". Jak powstawała postać słynnego kompozytora Haendla?

- Najpierw pracowałem z kolegą Olafem Lubaszenką nad tekstem tej sztuki w Teatrze Kamienica w Warszawie. Potem przyjechał do nas z Krakowa reżyser Krzysztof Jasiński i powiedział, jak widzi ten spektakl, następnie zaprosił nas i Macieja Miecznikowskiego, który gra rolę kamerdynera, do siebie na Mazury, do swojej posiadłości. Jest tam stodoła i w niej próbowaliśmy nasze role i cały spektakl. Przez dziesięć dni dwa razy dziennie pracowaliśmy nad tą sztuką. Ja dodatkowo wstawałem o 6 rano i udawałem się na ryby. Siedziałem z wędką nad wodą, a w drugiej ręce trzymałem tekst, którego się uczyłem. Po wieczornej próbie też szedłem łowić ryby. Jasiński powiedział, że złowiłem ponad sto leszczy.

Jak przebiegała praca w tak nietypowych warunkach?

- Nie było ani jednej kłótni, ani jednego sporu. Reżyser poświęcał więcej uwagi Maćkowi Miecznikowskiemu, bo z wykształcenia jest śpiewakiem, a nie aktorem dramatycznym. Po premierze sztuki wzniosłem toast za pokojową atmosferę podczas pracy. W Międzyzdrojach próby indywidualne robiłem nad morzem. Stałem na brzegu i mówiłem tekst. Miałem cztery takie próby. Jako Haendel mówię ze sceny wyrafinowanym językiem i nad tym trzeba było bardzo pracować.

Również na tym festiwalu zaprezentował pan wieczór kabaretowy z okazji 40-lecia pracy artystycznej. Czy sam napisał pan teksty do tego show estradowego?

- Na ten wieczór składają się różne teksty, które pojawiały się w moim skromnym życiu, w tym bardzo dużo moich własnych monologów, piosenek. Jest to trochę taka wycieczka po historii, przypominam różne znane postaci, z którymi się zetknąłem: Gustawa Holoubka, Adama Hanuszkiewicza, Andrzeja Łapickiego, Czesława Niemena, których naśladuję. Na ten wieczór składa się w wielu utworach moja muzyka, cały scenariusz i ułożenie wszystkiego w całość. Spektakl jest w repertuarze Teatru Kamienica.

I jaki repertuar przeważa w pana Teatrze Kamienica?

- Prowadzę teatr mieszczański, w którym każde pokolenie znajdzie repertuar dla siebie. Mam bardzo różny repertuar - od dramatycznego przez muzyczny do komediowego.

Macie swojego stałego widza, który jest wierny tej scenie?

- Wydaje mi się, że tak, bo przychodzą do nas całe rodziny, których przedstawiciele podchodzą do mnie i mówią, że są tutaj nie tylko z rodziną, ale ze znajomymi z Łodzi, z Chicago. Można po spektaklu, zjeść kolację, a przed nim obiad, bo mamy restaurację. Teatr jest miejscem towarzyskim.

Do jakiego stopnia zawładnął panem teatr?

- Do stopnia maksymalnego, bo nie można chyba być tutaj częściej i dłużej niż ja, zdarza się, że śpię w swoim teatrze. Gdy kończę pracę bardzo późno, nie jadę już do domu w Józefowie, tylko zostaję w teatrze na noc. Mam swój kąt, poduszkę, materac i prysznic.

Od kiedy zaczął pan na poważnie myśleć o własnym teatrze?

- Już w 1988 roku. Mój teatr symbolizuje wolność, a ja mam dużą potrzebę wolności.

Znacznie mniej gra pan w filmie, w serialach?

- Nie mam ciekawych propozycji, a te, które otrzymuję, odrzucam, bo praca nad nimi byłaby niepotrzebną stratą czasu. Znacznie bardziej pożyteczniejszym czasem jest to, co robię w teatrze.

Sądzi pan, że dwaj synowie pójdą w pana ślady i zostaną aktorami?

- Siedemnastoipółletni Kajetan, interesuje się pracą menedżera, co innego młodszy, dwunastoletni Cyprian, który ma odpowiedni temperament. Na razie mówi o sobie, że jest wicedyrektorem teatru. Bardzo różnią się od siebie.

Bohdan Gadomski
Expres Ilustrowany
11 sierpnia 2015

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...