Prowokuję, ale się już nie zmienię (1)

Rozmowa z Robertem Czechowskim

Ten nasz wspólny wózek musimy pchać w jedną stronę. Jako dyrektor muszę tego konsekwentnie pilnować i nie pozwalać na szarpanie we wszystkie strony!W końcu to dyrektor artystyczny nadaje teatrowi charakter, piętno. To dyrektor konstruuje zespół artystyczny w taki sposób, żeby zapewnić w możliwie najwyższym stopniu realizację własnej koncepcji artystycznej. I nie ma się co dziwić, że od czasu do czasu dyrektor dziękuje jednym osobom, a zatrudnia inne. To on wie, tak jak trener prowadzący drużynę, w jaką stronę powinna zmierzać i według jakiej koncepcji będzie grała. Zespół artystyczny musi być autonomiczny, pełen wiary w swoje możliwości, musi rozumieć, że gra w jednej drużynie, rzetelnie wypełniając powierzone mu zadania. Każdy dyrektor musi dbać o to, żeby w zespole była świeżość, zdrowa konkurencja...

Z Robertem Czechowskim - dyrektorem naczelnym i artystycznym Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze - rozmawia Ryszard Klimczak.

Ryszard Klimczak: Ubiegły sezon zapisał się w historii Lubuskiego Teatru standardowo i niestandardowo. Do standardu należy bowiem bardzo dobra ocena wszystkiego, co udało się zrobić w zakresie realizacji, nazwijmy to działań misyjnych, do których instytucja taka jak pański teatr została powołana. A do wydarzeń niestandardowych z przykrością należy zaliczyć konflikt części zespołu aktorskiego z dyrektorem. Ponieważ mam nadzieję, że apogeum wygłaszania postulatów o niesłusznych i niezgodnych z prawem decyzjach dyrektorskich mamy za sobą, być może przyszedł już czas na spokojny komentarz tego, co działo się pod pańskim adresem i czy ta konkretna sprawa znalazła już swoje zakończenie.

Robert Czechowski: Byłem totalnie zaskoczony tak bezpardonowym, mocnym, konsekwentnym i świetnie przygotowanym atakiem, którego zupełnie nic nie zapowiadało. W skardze skierowanej do organizatora (Urząd Marszałkowski Województwa Lubuskiego przyp. red.) podpisanej przez przewodniczącego Związku Zawodowego Aktorów Polskich i jego zastępcę powoływano się na wszystkich członków związku oraz pozostałych pracowników teatru. Gdyby tak rzeczywiście było, to po prostu zwinąłbym wszystkie walizki i wyniósł bym się stąd, ponieważ dyrektor niechciany przez całą załogę to oczywisty absurd i bezsens. Okazało się jednak, że stoi za nią ( skargą ) jedynie garstka osób. Zapoznając z treścią skargi wszystkich pracowników teatru oświadczyłem - „zrobicie z tym co zechcecie. Moją reakcją będzie wyczerpująca odpowiedź skierowana do naszego organizatora w której ustosunkuję się do wszystkich stawianych mi zarzutów i poddam się rzetelnej ocenie Urzędu Marszałkowskiego ". Efekt był taki, że związek zawodowy właściwie runął w gruzach, bo osiem czy dziewięć osób natychmiast zrezygnowało z członkostwa na znak protestu, ponieważ nie zgadzali się ze skargą. Czterdziestu czterech pracowników naszego teatru w liście skierowanym do Urzędu Marszałkowskiego dało wyraz swemu oburzeniu wobec działań przewodniczącego Związku Zawodowego Aktorów Polskich. Podczas półtoramiesięcznego audytu szczegółowo zweryfikowano, w tak zwanym trybie skargowym, każdy z zarzutów postawionych w skardze. W efekcie uznano, iż „skargi są bezzasadne" ( ! ), co z punktu widzenia organizatora ostatecznie zamknęło sprawę!.

Następnie związek zawodowy skierował skargę do Państwowej Inspekcji Pracy o „czyny noszące znamiona mobbingu". Wniosek pokontrolny Państwowej Inspekcji Pracy był podobny do opinii Urzędu Marszałkowskiego. Co wymyślą jeszcze nie mam pojęcia! Dwie potężne, bardzo dużo kosztujące batalie udało się wygrać. Udało się je wygrać dla zdecydowanej większości pracowników i dla tego wszystkiego, co przez blisko osiem lat mojej dyrekcji wspólnie (!) zrobiliśmy.

Ta wojna rozpętana przez kilka niezadowolonych osób w moim przekonaniu była kompletnie niepotrzebna, rujnująca, a jej efekty będziemy wszyscy odczuwać jeszcze bardzo długo. Ogromnie ciężko jest współpracować z ludźmi, którzy nienawidzą swoich koleżanek, kolegów, dyrektora, którzy nielegalnie nagrywają różnego typu spotkania wewnętrzne i je anonimowo upubliczniają, stawiając własny teatr w nie najlepszym świetle. Nie o zawartość samych nagrań tu chodzi, bo nie ma tam żadnych tajemnic ani sensacji, ale o zwykłą ludzką przyzwoitość. Po co to wszystko? Żeby zmienić swoją pozycję w zespole ? Nie tędy droga! Nie rozumiem tego zupełnie. Każda wojna rujnuje wszystkie zwaśnione strony. Związek zawodowy powinien współpracować z dyrektorem a nie uznawać go za wroga.

Najważniejszy jest Teatr, nie małe interesiki poszczególnych grupek czy indywiduów. Niech każdy skupi się na tym do czego jest przeznaczony: aktor na graniu, krawiec na szyciu kostiumów a dyrektor na dyrektorowaniu. Nie wchodźmy sobie w kompetencje. Ten nasz wspólny wózek musimy pchać w jedną stronę. Jako dyrektor muszę tego konsekwentnie pilnować i nie pozwalać na szarpanie we wszystkie strony!W końcu to dyrektor artystyczny nadaje teatrowi charakter, piętno. To dyrektor konstruuje zespół artystyczny w taki sposób, żeby zapewnić w możliwie najwyższym stopniu realizację własnej koncepcji artystycznej. I nie ma się co dziwić, że od czasu do czasu dyrektor dziękuje jednym osobom, a zatrudnia inne. To on wie, tak jak trener prowadzący drużynę, w jaką stronę powinna zmierzać i według jakiej koncepcji będzie grała. Zespół artystyczny musi być autonomiczny, pełen wiary w swoje możliwości, musi rozumieć, że gra w jednej drużynie, rzetelnie wypełniając powierzone mu zadania. Każdy dyrektor musi dbać o to, żeby w zespole była świeżość, zdrowa konkurencja... Niektórzy popadają w rutynę, inni się rozwijają i to dyrektor artystyczny, bierze odpowiedzialność za budowę tego zespołu, za ocenę jaki to jest moment, czy potrzebne są wzmocnienia, czy komuś trzeba podziękować nawet jeśli jest - a zdarzały się takie przypadki - znakomitym aktorem ale wprowadza destrukcję w zespole poprzez swoje nieopierzenie, „nieuczesanie" i nieumiejętność współpracowania z innymi.

Staram się być tolerancyjny, często to się kończy czterema, pięcioma naganami, ale jest granica wytrzymałości. Jako dyrektor muszę dbać o spokój zespołu, o pewność, że wszyscy płyniemy w jednym kierunku. Tak w naszym środowisku już jest, że jeżeli komuś nie odpowiada koncepcja programowa, nurt, kierunek, w którym zmierza za danej dyrekcji teatr, to po prostu zmienia teatr na taki, który mu odpowiada. Jak widać inni próbują zmieniać dyrektora. Taka karma. Nie takie ataki przeżyłem i pewnie jeszcze nie jedno mnie czeka. W końcu nikt nie obiecywał, że będzie tylko sielankowo. Czasem życie ostro kopie w dupę, szczególnie na dyrektorskim stołku. No ale przecież sam sobie wybrałem taką drogę. Rekapitulując : organizator, co jest dla mnie bardzo ważne, stwierdził, że „skargi są bezzasadne i może pan spokojnie kontynuować prowadzenie teatru". Powiedzieli więcej – „pana obowiązkiem jest zaprowadzić w pracy spokój i zapewnić swoim pracownikom komfort pracy, nawet jeżeli to może niektórych zaboleć" i zrobię to konsekwentnie dla dobra tych 90 czy 95 procent ludzi, którzy chcą w spokoju pracować w NASZYM Teatrze.

To chyba wszystko jeżeli chodzi o tak zwany „konflikt". Nadal będę konsekwentnie tak dobierał ludzi, żeby nasz teatr prowadzić na miarę naszych możliwości finansowych, personalnych, na miarę oczekiwań widzów, których bardzo delikatnie, bardzo subtelnie ale konsekwentnie próbujemy edukować, uświadamiać, że chociaż w muzyce w naszym kraju rządzi disco-polo, to w teatrze tak być nie musi. Rzecz jasna szanuję prawo wyboru każdego potencjalnego widza, czy słuchacza. O gustach się nie dyskutuje! Nie można zapominać o widzu, jego oczekiwaniach, ale nie wolno schlebiać najtańszym gustom. Z drugiej strony nie można przerysować w drugą stronę. Coś jest nie tak jeżeli widzowie mówią - „może to i dobre, może recenzje są pozytywne, może dostajecie nagrody na festiwalach, ale my tego nie rozumiemy, my tego nie czujemy, to chyba nie dla nas. Jeżeli będziemy chcieli jechać na spektakle eksperymentalne to sobie pojedziemy w takie miejsca, o których wiadomo, że to są miejsca które preferują taki repertuar." Mają prawo mieć własne zdanie. W końcu to także, a może przede wszystkim ich teatr!

Nie wolno zapominać o ludziach do których kieruje się swój przekaz. Nie robimy teatru wyłącznie dla siebie. Pokora i uważne słuchanie drugiej strony w teatralnym dialogu jeszcze nikomu nie zaszkodziły.

Spróbujmy podsumować artystyczne osiągnięcia ostatniego sezonu, w którym zrealizowaliście sześć premier: „Lepszy świat" Jakuba Roszkowskiego, „Ławeczka" w pańskiej reżyserii, „Ach Odessa - Mama" Jana Szurmieja, „Dziewczynka z zapałkami" Przemysława Jaszczaka, „Od wiosny do zimy" Katarzyny Kawalec oraz „Ja ciebie też" Lecha Mackiewicza. Który z tych spektakli zalicza pan do najbardziej udanych, który najbardziej charakteryzuje profil teatru jaki od ośmiu lat realizuje pan w Zielonej Górze?

Każdy po trochę. Cały sezon był skonstruowany według modelu, który staram się konsekwentnie realizować od lat. „Lepszy Świat" Jakuba Roszkowskiego to tekst zakotwiczony w realiach Zielonej Góry. Inteligentna komedia z gatunku political fiction. Kuba, który jest jednocześnie reżyserem spektaklu zaproponował widzom podróż w fikcyjną krainę w której to Hitler okazuje się zwycięzcą drugiej wojny światowej i nadal żyjemy w Grünbergu, a zamiast Jezusa w Świebodzinie stałby wielki Adolf Hitler. Można sobie wyobrazić taką sytuację. Bardzo świeży język teatralny, wyrafinowane poczucie humoru i pozornie abstrakcyjna historia zmuszająca do zupełnie nowego i już wcale nie tak abstrakcyjnego patrzenia na wydarzenia dziejące się na Ukrainie.

Jeżeli chodzi o następny projekt, „Ławeczka" Gelmana jest typowym przykładem opowieści o ludziach zwyczajnych z ich niezwyczajnymi doświadczeniami. Ten projekt wpisuje się w nurt spektakli komediowych z głębszym przesłaniem i jest kontynuacją między innymi „Przyjaznych dusz", czy choćby "Kwartetu", które od lat mądrze bawią naszych widzów. „Ławeczka" to znakomity materiał aktorski z którego skwapliwie skorzystali Tatiana Kołodziejska i Janusz Młyński tworząc dowcipne i wzruszające kreacje.

„Ach Odessa – Mama" to przykład wzorcowy tego, co w głównym nurcie naszego teatru proponuję i będę konsekwentnie proponował. Spotkanie z mistrzem gatunku, z przedstawicielem teatru, który chwilowo ( w co gorąco wierzę! ) jest spychany na margines. Teatru w którym do pracy podchodzi się wyjątkowo rzetelnie, szanując każdego ze współtwórców, z autorem na czele (!), nie „przepisując" wszystkiego na nowo. Myślę, że Szekspir, Molier i paru innych dość zdolnych dramaturgów pozostanie na dłużej na kartach historii w przeciwieństwie do zdecydowanej większości współczesnych „pryszczatych", którym życzę jak najlepiej, przypominając jednak o małym, ale jakże sympatycznym słówku - „pokora". Zupełnie mnie nie dziwi, że na „Odessę" nie można dostać biletów i spektakl zgarnia wszystkie nagrody. Łotrzykowska opowieść o miłości do Odessy, o mieszance kultur, o labiryntach relacji przedstawicieli różnych narodów (Rosjan, Żydów, Ukraińców, Niemców, Polaków), szczególnie w kontekście aneksji Krymu przez Rosjan nabiera uniwersalnych znaczeń. Spektakl świetnie zagrany przez cały zespół aktorski naszego teatru! Typowy dla Szurmieja język teatralny, pełen znakomitej muzyki, tańca, poczucia humoru i wzruszeń. „Odessa" cieszy się olbrzymim uznaniem widzów. Zresztą Jan jest u nas kochany tak samo jak wszędzie tam gdzie reżyseruje swoje spektakle. Jego „Piaf" i „Siostrunie" są prawdziwymi przebojami naszego teatru. To co dla mnie najważniejsze w „Odessie..." to znakomity przykład kreacji zespołowej. Wszyscy pracują z taką samą siłą na sukces całego teatru. To dla mnie sprawa fundamentalna. „Odessa" jest również konsekwencją programu realizowanego nie tylko z Jankiem Szurmiejem, choć on czyni to najbardziej skutecznie, najpełniej artystycznie i wpisuje się w nurt teatru artystycznego i jednocześnie popularnego, w stronę teatru możliwie jak najbardziej interdyscyplinarnego (taniec, śpiew, plastyka) teatru, którym rządzi poezja, a nie proza, który nie dopowiada, zostawia szansę na wyobraźnię widza i jego własną interpretację, dorysowywanie, czy dopisywanie własnej historii, własnej interpretacji danego zdarzenia. „Odessa" jest spektaklem bardzo ważnym, bo opowieść o spotkaniu różnych kultur, o miłości do ojczyzny, o tolerancji są tematami ważnymi.

Jestem przerażony ostatnimi opiniami Polaków na temat uchodźców, ludzi uciekających w stronę normalności. Wypowiedzi typu „dobrze, że zginęli w morzu, bo przynajmniej nie trzeba klecić trumien i sprzątać po nich" – nie mieszczą mi się w głowie. Nie ogarniam takiego typu „myślenia". To umacnia mnie tym bardziej w przekonaniu, że trzeba robić teatr i proponować spektakle poruszające właśnie takie tematy. Nie jestem aż tak naiwny żeby wierzyć, że w ten sposób zbawimy świat, ale róbmy tyle ile w naszej mocy, żeby mieć poczucie, że chociaż próbowaliśmy! Niedługo będziemy wznawiać znakomity spektakl Pawła Kamzy „Łzy Ronaldo". Przypomnę, że to był pierwszy w Polsce spektakl o Czeczenii i o problemie uchodźców, o problemie gotowości, a raczej jej braku polskiego społeczeństwa do przyjęcia „obcych". My w ogóle nie lubimy innych. Tolerancja to nie jest nasza cecha narodowa.

Zdaje się, że nieuchronnie nadchodzi czas szczególnego sprawdzianu naszej mądrości. I nie wygląda to specjalnie optymistycznie!

Tym bardziej, że jeszcze dwadzieścia parę lat temu my byliśmy uchodźcami i nas przyjmowano, nikt nas z żadnego kraju nie wyganiał, pomagali nam wysyłając paczki w stanie wojennym, przechowywali ludzi, dawali pracę i pomagali. Teraz się okazuje, że to się właściwie nie liczy.

No właśnie - „nam się należało", a „oni nie mają do tego prawa". Kompletny brak elementarnej solidarności w stosunku do drugiego człowieka, kimkolwiek by był. Kiedy zobaczyłem zdjęcia małych dzieci wyrzuconych przez morze, ich lalek czy relację otwierania ciężarówki z trupami i przeczytałem internetowe opinie Polaków, zaniemówiłem. Brak słów. W takich chwilach w człowieku rodzi się poczucie bezradności i wstydu. Jedyne co możemy zrobić to dać sygnał, że my artyści w taki sposób, w jaki możemy, akcentujemy swoją niezgodę na taką sytuację, dajemy świadectwo swojej solidarności z ludźmi,którzy jej potrzebują. Nasz teatr jest bardzo aktywny, często współpracujemy z teatrami z Ukrainy. Kilka dni temu prezentowaliśmy trzy spektakle naszych przyjaciół z Akademickiego Teatru im. T. Szewczenko z Dniepropietrowska. Występują u nas Teatry ze Lwowa i Drohobycza. My prezentujemy swoje spektakle u nich. Przeprowadziliśmy akcję parateatralną na ulicach Zielonej Góry akcentując naszą solidarność z Euro Majdanem w Kijowie. Nasz gest odbił się szerokim echem w środowisku teatralnym Ukrainy. Czasem ktoś z Zielonogórzan zapytał „po co ta barykada z opon przed teatrem? Po co te hasła solidarności z Ukraińcami?...przecież oni...". „Bo warto" odpowiadałem, „bo warto"! Chociaż tyle mogliśmy zrobić. Nie można obojętnie patrzeć na to jak snajperzy rosyjscy, czy inspirowani z tamtej strony, mordują na oczach świata siedemdziesiąt osób - na początek, a potem to już zaczyna iść w tysiące, jak w tekstach Herberta, który pisał , że śmierć kilkorga konkretnych osób robi większe wrażenie niż śmierć kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy, bo to już zaczyna być abstrakcja, to już przekracza naszą wyobraźnię, naszą percepcję. Jedyne co możemy zrobić to zapalić świeczkę, przygotować rodzaj zdarzenia artystycznego, które zwróci uwagę innych, że gdzieś dzieje się źle i dać temu wyraz, że solidaryzujemy się z tymi ludźmi, którzy dążą do wolności drogą, może trochę pokrętną, ale nie nam to oceniać. Właśnie w odruchu niezgody na bezkarne, cyniczne wyrzynanie narodu na oczach całego świata , który milczał powstały „Łzy Ronaldo". Dotykając niełatwych relacji z Niemcami ,szczególnie kiedy się żyje i tworzy w mieście o niemieckich korzeniach, zrealizowaliśmy takie spektakle jak „Spiegel im Spiegel", czy „Trash story". „Ach Odessa Mama" wpisuje się także w nurt w którym przyglądamy się naszym korzeniom i często zawiłym relacjom z innymi narodami. To moim zdaniem najistotniejszy projekt minionego sezonu. Kapitalna lekcja zbiorowej kreacji , dyscypliny w poruszaniu się po trudnym gatunku teatru muzycznego. Praca Jana Szurmieja jest tu nie do przecenienia. Znakomity odbiór spektaklu przez publiczność i krytykę ( „Odessa..." słusznie zgarnęła większość nagród na zakończenie sezonu ) tylko potwierdza słuszność takiego kierunku w repertuarze naszego Teatru.
Kolejną realizacją była bajka „Dziewczynka z zapałkami". To jest znowu konsekwentnie realizowany nurt projektów dla dzieci i młodzieży na kanwie motywów klasycznych, ale instrumentami bardzo współczesnymi. Krótko mówiąc zadajemy sobie pytanie, kim dzisiaj mogłaby być dziewczynka z zapałkami? Również konsekwentnie po raz trzeci zapraszam Przemka Jaszczaka, młodego, bardzo interesującego reżysera i całą jego grupę współtwórców do realizacji właśnie tego nurtu. Przemek zrealizował u nas dwa projekty i właśnie zaczął realizację trzeciego, który będzie sfinansowany z funduszy przyznanych przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Urząd Marszałkowski. Będziemy prezentować spektakle dla dzieci i młodzieży w ośrodkach o utrudnionym dostępie do tzw. kultury wysokiej w naszym województwie. Zagramy trzy projekty Przemka: „Kopciuszka", „Dziewczynkę z zapałkami" i „Bestię"napisaną specjalnie dla naszego teatru przez Malinę Prześlugę.
„Od wiosny do zimy" to kolejny bardzo ważny projekt. Pierwszy raz zrealizowany na pewno za mojej dyrekcji, a myślę, że i w historii naszego teatru dla najmłodszych dzieci, które dopiero się uczą zabawy w teatr. Kasia Kawalec szalenie wrażliwie, bardzo mądrze pokazuje dzieciakom teatr poprzez najprostszą zabawę. Pokazuje czym może być teatr wywodzący się właśnie z zabawy. Dzieci biorą czynny udział w tym spektaklu, kochają go, siedzą na dywanie jak w przedszkolu, aktorzy bawią się z nimi i poprzez to przemycają sporo ciekawych informacji i wartości. To szalenie ważne, żeby teatr mocno stawiał na dzieci i młodzież, pomagając rodzicom, i szkołom, które pędząc za programem naszpikowanym całkami, różniczkami, kompletnie nieprzydatnymi potem w życiu, zapominają na przykład o tym, żeby dzieciak hodował żółwika, ptaszki, aby dbał o kwiatek, napisał wiersz, nauczył się słuchać muzyki, by patrzył na obrazy, uświadomił sobie, że słońce nie koniecznie musi być żółte, może być zielone albo niebieskie oraz w żółte cętki, jeżeli je tak widzi. Wrażliwość i wyobraźnia czasem się jednak w życiu przydają!

I ostatni spektakl – „Ja ciebie też" zrealizowany pod koniec marca w reżyserii Lecha Mackiewicza.

Czako Mackiewicz wykonał znakomitą robotę. Przetworzył sztukę wcześniej napisaną i zrealizowaną w Australii, dla potrzeb szóstki młodych, świeżo przyjętych przeze mnie aktorów. Poprosiłem żeby znalazł taki temat, który jest bardzo przystający do ich życia, który opowiada krótko mówiąc o nich samych, żeby ich „przeczołgał" aktorsko i sprawdził kto z nich nadaje się do bycia w naszej grupie. Przetworzył tę sztukę współtworząc ją, dając im kanwę, bazę ale zmieniając również pod wpływem ich sugestii. Powstał spektakl o trójce przyjaciół – młodych aktorów, którzy szukają pracy i w czasie tego procesu ich przyjaźń, miłość jest wystawiana na niejedną próbę, no i nie zawsze, jak to w życiu bywa, tylko wygrywają. Wynoszą doświadczenia często gorzkie ale wzmacniają się na dalszą część życia. Zrobił bardzo piękny zabieg, bo właściwie zrealizował dwa spektakle na podstawie tego samego tekstu z trójką młodszych aktorów, takich zupełnie młodych tuż po szkole pierwszy sezon i z trójką aktorów dosłownie dwa, trzy sezony po szkole. To są dwa zupełnie różne spektakle. Ludzie są zaskoczeni. Premierę zagraliśmy prezentując obie wersje, obydwie interpretacje, które różnią się bardzo. Pierwsza jest bezbronna, wrażliwa, delikatna, naiwna, poruszająca. Druga jest o wiele bardziej energetyczna, drapieżna, pazerna, desperacka i tak samo dojmująca aczkolwiek poruszająca się w innej przestrzeni. Bardzo piękny projekt, sztuka współczesna, prapremiera polska i piękna praca Czako i aktorów.

Prowokuję, ale się już nie zmienię (2)

Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
3 października 2015

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...