Przecież obiecałeś mi baranka

"Mały książę. Końcówka" - reż. Adam Nalepa - Teatr Muzyczny w Gdyni

Po kilku latach od tanecznej wersji "Małego Księcia", tym razem można było zobaczyć w Gdyni becketowską wersję tej niezwykłej przypowieści.

Większość z nas nosi w sobie głęboki lęk przed przemijaniem, a to właśnie ono stało się wiodącym tematem spektaklu "Mały Książę. Końcówka" (dedykowanego Sebastianowi Münchowi, aktorowi Teatru Muzycznego, zmarłemu pod koniec 2013 roku) w reżyserii Adama Nalepy. Ludzkie wybory, dojrzewanie i starzenie się uzupełniały temat główny. I na poziomie koncepcji inscenizacja "Małego Księcia" Antoine'a de Saint-Exupéry'ego w Muzycznym była w miarę oczywista.

Warstwa tekstowa spektaklu to zmiksowane fragmenty literackiego pierwowzoru i trochę dopisków. Nieprzypadkowo francuski pisarz i poeta zdecydował się mówić o tematach egzystencjalnych w sposób prosty. Ta właśnie prostota zaowocowała uniwersalnością i głębią. Niestety, dekonstrukcja tekstu dokonana przez reżysera i dramaturga Jakuba Roszkowskiego, zaowocowała chaotycznym przekazem, w którym sensy, owszem są, lecz się gubią, podobnie jak emocje. Człowiek na pustyni, ukazanej przez scenografa, Macieja Chojnackiego, dosłownie - przez wysypanie sceny piaskiem, staje samotnie przed obrazami ze swojego życia. Główny bohater przedstawienia, stary, schorowany człowiek (Aleksander Skowroński) umiera na szpitalnym łóżku. Odwiedzają go wspomnienia, dawno przeżyte emocje, dawno pomyślane myśli. Mieszają się, nakładają, urywają nagle, znów wracają. Widz odbiera to jako chaos, który można tłumaczyć jako lęk przed starością czy ogólnie przed utratą jasności widzenia, ale przez długie fragmenty sprawia to wrażenie chaosu niezamierzonego. Dramaturgia scenicznej adaptacji sprowadziła się do kontemplacji słów ocierających się tym samym o banał. Szkoda, że nie udało się wydobyć esencji na miarę kolejnej przypowieści z jednego z najbardziej inspirujących tekstów XX wieku, niedościgłego dla setek naśladowczych Coelhów.

Formalnie wspomnienia z życia bohatera pojawiają się pod postaciami pozostałych osób dramatu. Dziecko, zagrane przez Artura Blanika, pokazane zostało od etapu raczkowania (bycia barankiem) do brykania i drażniącego wciskania noska wszędzie, gdzie się da. Młody (Wojciech Daniel) odkrywa siłę zakochania i pożądania. Dorosły (Marek Richter) jako pełen sprzeczności, silnie jest związany ze światem i swym nałogiem. Kobieta (Renia Gosławska) - to piękna i wyrazista róża, bezbronna, a jednak dzielnie odgrażająca się kolcami, nieszczęśliwa i zraniona, ale starająca się trzymać fason.

Aleksander Skowroński jako Stary, mimo podeszłego wieku (80 lat), pokazał najpełniej swoje aktorskie doświadczenie, był autentyczny, w pewnym momencie udało mu się nawet wzruszyć publiczność. Pozostali aktorzy grali w sposób, który odcinał widza od sensów, dając poczucie formy, czyli sztuczności. Umiejętności poszczególnych aktorów nie zostały tym samym w pełni wykorzystane. Najsłabiej wypadł Wojciech Daniel (adept PSWA) w roli Młodego. Jego kwestie były recytowane, gesty raziły sztywnością. Może był to celowy zabieg reżysera, by ukazać zblazowanie młodych indywidualistów, jednak Daniel odcinał się wyraźnie od pozostałych. Artur Blanik, dziewięcioletni chłopiec, początkowo zachwycił swobodą sceniczną i tekstową, z czasem widoczne było zmęczenie językowe u tego najmłodszego aktora, a tekstu miał więcej niż zawodowi artyści. Dało się wyczuć, że Blanik ma dobre ucho, jednak piosenka "Dream A Little Dream of Me" w jego wykonaniu straciła barwę i głębię, tym bardziej, że oryginalny tekst, choć mało zrozumiały na scenie, po prostu nie pasował do dziecka. Artur był świetny, ale było go za dużo. Po pół godzinie efekt wyjątkowości przestał działać a chłopiec starał się przede wszystkim nie zapomnieć tekstu. Szkoda.

W spektaklu, granym przecież w Teatrze Muzycznym, piosenki wypadły słabo, a brak dodatkowej muzyki, mogącej być ilustracją lub komentarzem, osłabił przekaz. Reżyser zapewne narzucił taki minimalizm kierownikowi muzycznemu, Ignacemu Janowi Wiśniewskiemu, co teoretycznie mogłoby pomóc w skupieniu się na trudnym temacie, mnie jednak utrudniało odbiór. Wybrane piosenki były jazzowymi i rockowymi standardami, aranżowanymi tak, by głos śpiewającego aktora odcinał się wyraźnie od warstwy instrumentalnej, stylizowanej na odtwarzanie ze starej płyty. Pomysł świetny, zwłaszcza że dobrze pasował do scenografii w oszczędnej, gustownej kolorystyce. Nie uchroniło to jednak przed porównaniami z oryginałami. A swojsko brzmiący angielski i niewytrzymywanie pełnej długości dźwięku, raziło. Najciekawiej wybrzmiało "I Can't Get No Satisfaction" Rolling Stonesów w wykonaniu Gosławskiej, której interpretacja wypadła wyraziście i ciekawie, bo w kontrze do jej emploi.

Podobały mi się kostiumy autorstwa scenografa M.Chojnackiego. Z lekkością potraktowana stylistyka retro w przypadku kostiumów Dziecka, Młodego i Dorosłego oraz przepiękna suknia Kobiety - Róży, ciemnoczerwona i elegancka, dobrze komponowały się na scenie. Stary, w podkoszulku i kalesonach, pod koniec spektaklu ubrany w ciemny garnitur z ciemnym krawatem i czarne buty przywołuje wiele skojarzeń. Czy to ubranie świąteczne, czy może do trumny? Urodziny czy śmierć? Ciekawym rozwiązaniem, nawiązującym do aranżacji piosenek, było odtworzenie nagrania z przemowy Starego, schodzącego przy tych słowach ze sceny. Nagranie odtwarzane z "podniszczonego" nośnika kojarzyło się nieco z głosami z przeszłości, jak słynne nagranie Józefa Piłsudskiego, mówiącego w charakterystyczny sposób, że ludzie będą dziwić się, iż "tuba ludzkim głosem gada". Ta konwencja pozwoliła widzom przeżyć przez chwilkę ten dziwny stan, gdy słysząc stare nagranie, czujemy dreszcz, jakbyśmy słyszeli przesłanie z zaświatów. To były jednak jedyne dreszcze, jakie mogę wspomnieć. Do całokształtu dostosowały się budziki ustawione pod siedzeniami. Nie zadzwoniły.

Małgorzata Bierejszyk
Gazeta Świętojańska
13 maja 2015

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia