Przed końcem świata

Lajb Fogelman - rozmowa

Lejb Fogelman historyk, prawnik, szef polskiego przedstawicielstwa kancelarii prawniczej Dewey & LeBoeuf - jednej z największych firm prawniczych na świecie postanowił wystawić sztukę teatralną. Premiera "Kopenhagi" w teatrze IMKA w Warszawie planowana jest na styczeń 2012 r. Z Fogelmanem rozmawia Michał Komar z "Tygodnika Powszechnego"

Michał Komar: Urodzony w Legnicy, student pierwszego roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, emigrant marcowy, student Sorbony, absolwent Columbia University i tamże doktorant (historia idei), absolwent Harvard University (doktor praw), od dwudziestu lat partner w wielkich kancelariach prawnych zajmujących się w Polsce prywatyzacją, fuzjami i przejęciami przedsiębiorstw... nagle zostaje producentem teatralnym.

Lejb Fogelman: Nie nagle! Decyzję podjąłem dawno temu, w pełni świadom, co czynię. Zakładam, że w teatrze wciąż jest możliwa poważna rozmowa. Spotkanie twarzą w twarz. Może to ostatnie takie miejsce w świecie, gdzie słowo nie musi ulegać kompresji – jak w sms-ach czy blogach – aż po nie-znaczenie. Może, ale nie musi. Warunkiem jest istnienie tego słowa: słowa-myśli. Od niego wszystko się zaczyna.

„Copenhagen” obejrzałem w 1999 r. w Londynie, a dwa lata później w Nowym Jorku. Wtedy doszedłem do wniosku, że sztukę Michaela Frayna należy wystawić w Warszawie. I przyrzekłem sobie, że to zrobię. Wkrótce pojawił się doskonały przekład pióra Małgorzaty Semil. Spotkania z reżyserami, długie...

 ...i bezowocne.

Wreszcie nadszedł czas. Teraz.

Dlaczego właśnie „Kopenhaga”?

Bo dotyczy dwóch rozmów, które zadecydowały i nadal decydują o losach ludzkości.

Opowiada nie o dwóch, lecz o jednej rozmowie. Fizycy Niels Bohr i Werner Heisenberg spotykają się wczesną jesienią 1941 r. w Kopenhadze. O rzeczywistym przebiegu spotkania wiemy niewiele. Wersje przedstawione po kilkunastu latach przez jego uczestników są odmienne. O skutkach możemy powiedzieć tyle: po pierwsze – jest wielce prawdopodobne, że ich rozmowa spowodowała przyspieszenie prac nad bronią atomową w Stanach Zjednoczonych, po drugie – nie da się wykluczyć, że spowodowała spowolnienie prac nad bronią atomową w Niemczech. Idzie więc o wydarzenie, którego – jak pisze Frayn – nigdy się w pełni nie ogarnie i nie zdefiniuje.

Tak, „Kopenhaga” opowiada o tym spotkaniu. Ale nie doszłoby do niego, gdyby nie rozmowa, która – wedle mojej wiary – miała miejsce ponad trzy tysiące trzysta lat temu. Będę się upierał, że idzie o dwie rozmowy, a nie jedną. Tu stoję, inaczej nie mogę... Ale o tym później.

Wczesna jesień 1941 r. W progu mieszkania Nielsa Bohra, jednego z twórców mechaniki kwantowej, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki w 1922 r., staje jego uczeń i współpracownik Werner Heisenberg, odkrywca zasady nieoznaczoności, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki w 1932 r., a w r. 1941... szef niemieckiego programu atomowego. W tym spotkaniu weźmie też udział żona Bohra – Margrethe... Trzy osoby – trzy role, skromnie jak na teatr...

Za to w tle, w tle duchowym, są obecni wszyscy Prosperowie XX wieku: Max Planck, Albert Einstein, Erwin Schrödinger, Robert Oppenheimer, George Gamow, Edward Teller, Stanisław Ulam i inni. Sztuka Frayna opowiada o wydarzeniu historycznym, ale nie jest jego teatralną ilustracją. Aktor grający Heisenberga mówi: „Teraz wszyscy już umarliśmy, tak, i świat pamięta o mnie tylko z dwóch powodów. Jeden to zasada nieoznaczoności, a drugi to moja niewyjaśniona wizyta u Nielsa Bohra w Kopenhadze. Nieoznaczoność rozumieją wszyscy. Przynajmniej tak im się wydaje. Mojej wizyty w Kopenhadze nikt nie rozumie. Już tyle razy to wyjaśniałem. I samemu Bohrowi, i Margrethe. Śledczym i pracownikom wywiadu, dziennikarzom i historykom. Im więcej wyjaśniałem, tym bardziej wszystko stawało się niejasne. Chętnie jeszcze raz spróbuję”.

Akcja „Kopenhagi” rozgrywa się w zaświatach, w szeolu, we wspólnym grobie ludzkości. Zarazem rzecz dzieje się dziś, w chwili, w której rozmawiamy, i jutro, i pojutrze, bo jak mówi Margrethe: „Niektóre pytania żyją, chociaż ci, którzy je stawiali, dawno umarli. Snują się jak duchy. Szukają odpowiedzi, których nie znalazły za życia”.

Jakie to pytania? O tajemnicę spotkania w Kopenhadze? Tak. To rodzaj śledztwa, rodzaj sensacyjnej opowieści, w której dwaj fizycy prowadzą dialog, przyjazny i wrogi, szczery i kłamliwy, raz boleśnie brutalny i gniewny, innym razem przymilnie sprytny, pełen zasadzek i uników, na temat możebności stworzenia broni powszechnego zniszczenia.

Jest wczesna jesień 1941 r. Hitler panuje nad niemal całą Europą, jego armie stoją pod Leningradem i Odessą, zbliżają się do Moskwy. Ze wschodu dochodzą wiadomości o działaniach Einsatzgruppen, o masowej eksterminacji Żydów. To nie jest zwykła wojna, lecz decydująca faza budowy Tysiącletniej Rzeszy... A zatem pytania padają w konkretnej sytuacji historycznej – jednocześnie zaś wybiegają daleko w przyszłość. Tę przyszłość, która dla nas jest teraźniejszością. Bo czy chcemy o tym pamiętać, czy wolimy zapomnieć, żyjemy w świecie stworzonym przez ludzki umysł – w którym obok pasji poznania stale pulsuje pasja destrukcji.
Przez dziesięć lat rozmawiałem z reżyserami... Niektórzy mówili, że sztukę Frayna trzeba skrócić, bo jest w niej za dużo słów. Za dużo słów, za dużo myśli, a to może zmęczyć i aktorów, i widzów. Lepiej się za to w ogóle nie zabierać! A ja myślę, że właśnie dlatego trzeba... Myślę też, że trzeba, ponieważ „Kopenhaga” mówi o tym momencie w historii, którego konsekwencje po raz pierwszy i teraz stają się realnym zagrożeniem zagłady naszej cywilizacji.

Masz na myśli realną groźbę konfrontacji nuklearnej?

Tak. W czasach zimnej wojny, niezależnie od formuł używanych w doktrynach wojennych – broń jądrowa miała odstraszać tego, kto w porywie strachu chciałby się nią pierwszy posłużyć. Z punktu widzenia szarego zjadacza chleba mieszkającego w Legnicy te sprawy wydawały się nierzeczywiste, wywiedzione z odległej legendy, której nie warto wierzyć. Polska nie przeżywała paniki, która dotykała Stany Zjednoczone. Parasol atomowy wisiał wysoko, był sprawą imperiów, które mocując się o dominację na ziemi, uwięzły we wspólnocie wrogości. A dzisiaj z kolei Polacy zdają się wierzyć, że jakimś cudem znaleźli się na peryferiach historii i konflikty światowe bezpośrednio nas nie dotyczą.

John Lewis Gaddis, uważny historyk „zimnej wojny”, pisał w „Strategies of Containment...”: „Porządek światowy, a wraz z nim bezpieczeństwo amerykańskie, zostały uzależnione bardziej od percepcji równowagi sił, niż od rzeczywistej równowagi”.

W systemie dwubiegunowym opartym na równowadze strachu, broń masowej zagłady stała się instrumentem polityki bezpieczeństwa. Co mogło zagrozić symetrii, w której racjonalne rachuby mieszały się z poczuciem siły i lękiem? Przypadek ludzki, na przykład szalony generał, jak w filmie Kubricka „Dr Strangelove”, albo przypadek techniczny, na przykład usterka w systemie ostrzegania radarowego, własnym lub przeciwnika. W sumie, gdy się patrzy na to z historycznego dystansu, obie strony zgodnie przeciwdziałały zachwianiu doktryny wzajemnie gwarantowanego zniszczenia (MAD – mutually assured destruction), maksymalizując wysiłki zbrojeniowe – i z nich rezygnując, gdy dochodziło do zaostrzenia napięcia, jakby mając w pamięci słowa Tukidydesa, że przyczyną wojny peloponeskiej była obawa Lacedemończyków z powodu wzrostu potęgi Aten.
Dziś rzecz wygląda inaczej: broń atomowa znalazła się w zasięgu ludzi, dla których istniejący świat – odrażający, pogrążony w zepsuciu – zasługuje jedynie na zniszczenie. Wojna, której celem jest ustanowienie Królestwa Bożego na ziemi, musi mieć charakter totalny, bezgraniczny, nieliczący się z ofiarami cudzymi i własnymi.

Wbrew temu, co głoszą polscy epigoni Carla Schmitta, stan śmiertelnej wrogości nie jest symboliczną grą ideologów. Idzie o krwawą praktykę. Wirówki w Iranie i – być może – w paru innych krajach pracują na rzecz zbawiennej zagłady Zachodu. Zislamizowane armie widzą alianta w Al-Kaidzie, dla której miarą chwały bojownika jest liczba osób zabitych w samolocie pasażerskim, metrze czy centrum handlowym. Im więcej ofiar, tym więcej strachu. Im więcej strachu, tym bliżej zapaści. Światu nie może się przydarzyć nic straszniejszego niż ogarnięty aspiracjami eschatologicznymi Kaliban z dłonią na przycisku, który uruchamia bombę.

Prospero, Kaliban... Chcesz mówić o Szekspirowskiej „Burzy”?

Zrobił to między wierszami Michael Frayn, więc trzeba pójść za nim.

Ryzykowna decyzja, drogi Producencie Teatralny. Nie wróżę sukcesu. W ciągu ostatnich dwudziestu lat „Burza” w polskich teatrach bywała przedmiotem zabaw nader swawolnych, odsuwających widza od oryginalnego tekstu sztuki. Mieliśmy więc „Burzę”, której jedynym tematem była magia teatru, Prospero stawał się reżyserem w przededniu emerytury. Mieliśmy „Burzę”, w której Prospero jest intelektualistą rozczarowanym Okrągłym Stołem i dlatego pogrążonym w melancholii. Ten melancholijny intelektualista akcentował swoją rozpacz, podczas gdy Prospero w tekście oryginalnym czynnie przeciwstawia się złu...

I będzie zrozpaczony dopiero wówczas, gdy nie uzyska pomocy od widzów – w modlitwie... „And my ending is despair / Unless I be relieved by prayer...” – tak napisał Szekspir i tego się trzymajmy. Kim jest Prospero?

Prawowitym księciem Mediolanu. Mędr¬cem władającym wszystkimi siłami Natury. Umie wywołać burzę, której nie oprze się żaden okręt, celnie uderzyć piorunem, wstrząsnąć skałami, wprawić ludzi w szaleństwo i powrócić do normalności, narzucić im sposób widzenia świata...

Nie tak szybko... Dzieje Prospera układają się wedle znaczącego rytmu. Prawowity władca Mediolanu najpierw jest myślicielem, filozofem, który zagłębiony w lekturach i badaniach nie zwraca uwagi na sprawy państwa. Jest głuchy na świat ludzi. Jego brat Antonio zdradziecko przejmuje władzę nad Mediolanem. Prospero i jego niespełna trzyletnia córka zostają osadzeni na spróchniałym statku – a więc skazani na śmierć. Szczęśliwie Gonzalo, uczciwy doradca króla, dostarcza wygnańcom żywności, odzieży i – co najważniejsze – książek, o których Prospero mówi: „cenię je ponad moje księstwo”. Statek dociera na wyspę zamieszkałą przez Ariela i inne duchy oraz dzikiego Kalibana. Tu kończy się pierwszy rozdział.

W czasie dwunastoletniego pobytu na wyspie Prospero zdobywa władzę nad Naturą. Dlaczego teraz, a nie wcześniej? Bo na jego wiedzę nałożyły się dramatyczne doświadczenia: zdrada brata, wygnanie, groźba śmierci. Dopiero dzięki temu wiedza zawarta w księgach nabiera znaczenia... Dowiedziawszy się, że nieopodal wyspy płynie okręt z Alonsem, królem Neapolu, jego bratem Sebastianem, Antoniem i Gonzalem – Prospero wywołuje burzę. W tym miejscu zaczyna się akcja sztuki... Antonio namawia Sebastiana, by zabił swego brata i sięgnął po koronę. Prospero demaskuje ten spisek. Antonio musi zwrócić Prosperowi książęcy tron. Zło zostało powstrzymane. Ale nie miejmy złudzeń – tylko powstrzymane! Istnieje nadal... Trwa. Ukryło się na chwilę, ale za jakiś czas wyjdzie z kryjówki. Tak, ten happy end jest warunkowy. Prospero wyrzeka się dalszego praktykowania sztuk magicznych...

Obiecuje, że się wyrzeknie... Ale czy dotrzyma słowa?

Oto jest pytanie! Ostatnie wersy aktu V świadczą, że nie, bo Prospero zapewnia króla Neapolu, że morze będzie spokojne, a wiatr sprzyjający... A więc użył magii! Dopiero w pierwszym wersie Epilogu wypowiadanego przez aktora grającego Prospera i czekającego na oklaski usłyszymy, że czary zniknęły. Wtedy padają owe słowa: „And my ending is despair / Unless I be relieved by prayer...”. Ta modlitwa nie ma charakteru rytualnego. Nie jest prośbą. Nie jest błaganiem. Jest przypomnieniem tego, co ją poprzedza. Przypomnieniem systemu wartości, który tworzy przestrzeń ludzkiego bytowania.

Ku dobru?

Na dobre i na złe. Na miarę człowieka. Wedle jego gatunkowych możliwości. Wedle ludzkiego wyboru.

Wróćmy do spotkania jesienią 1941 r. Zastanawiam się, kto wówczas wiedział o użytku, jaki można zrobić z uranu-235?

Duża grupa fizyków i chemików, którzy zostali zmuszeni do wyjazdu z Niemiec, potem zaś z Austrii, a także Węgier. W większości Żydzi lub z nimi spokrewnieni. I to oni tworzyli potem zespół pracujący nad „projektem Manhattan”. Ameryka zwyciężyła z Niemcami w wyścigu o broń jądrową, ponieważ Hitler – mimo próśb Plancka – żądał usunięcia Żydów z nauki niemieckiej. Nie trzeba było długo czekać, by okazało się, że jego zapowiedź „całkowitej eksterminacji narodu żydowskiego” nie jest werbalną grą dyktatora uwodzącego masy przy pomocy antysemickich haseł...

Amerykańska bomba atomowa miała doprowadzić do zwycięstwa Demokracji nad III Rzeszą i jej sojusznikami, stać się gwarantem praw człowieka i jego wolności, o których prezydent Roosevelt mówił w 1941 r. żądając, by Ameryka stała się „arsenałem demokracji”.

Werner Heisenberg nie był Żydem.

Organ prasowy SS „Das Schwarze Korps” zaliczył go do grupy „duchowych Żydów nauki”. Uprawiał „fizykę żydowską” zwalczaną i potępianą przez reżim nazistowski, ale nie tylko przez ten reżim, bo sprzeciw wobec teorii względności i wobec fizyki kwantowej łączył – przynajmniej przez pewien czas – antydemokratyczne kręgi narodowo-konserwatywne, kler katolicki i ruchy faszystowskie w całej Europie. Dlaczego?

Tu musimy cofnąć się do 1905 r., gdy Einstein wysłał swoje artykuły do „Annalen der Physik”. Zyskały uznanie wśród większości naukowców. Mniejszość była oburzona, że koncept względności – niezgodny z potoczną intuicją – jest oparty na złożonych operacjach matematycznych, a więc ma charakter domniemania teoretycznego. Teoretycznego, a więc „żydowskiego”! Dlaczego?

Jest parę odpowiedzi na to pytanie, które można układać w dowolnej kolejności. Bo Einstein był Żydem. Bo – jak przypomina Frayn – fizyka teoretyczna, fizyka uprawiana przez takich ludzi jak Einstein, Schrödinger, Pauli, Born i Sommerfeld – była w Niemczech zawsze uważana za dziedzinę gorszą niż fizyka doświadczalna, więc Żydów dopuszczano tylko do katedr fizyki teoretycznej. Bo Einstein wykazał, że pomiar – na którym opiera się wszelka możliwość nauki – nie jest wydarzeniem bezosobowym, które odbywa się z bezstronną uniwersalnością. Jest ludzkim działaniem, dokonywanym z jakiejś określonej perspektywy w czasie i przestrzeni, z konkretnego punktu widzenia danego obserwatora. Bo Einstein był Żydem... I tak w koło.

Ale z czasem niektórzy teologowie chrześcijańscy spostrzegli, że teoria względności nie daje się pogodzić z podstawowymi założeniami materializmu, pozwala natomiast na operowanie pojęciem wszechświata nieograniczonego, lecz skończonego oraz na „redukowanie optymizmu co do możliwości osiągnięcia przez naukę ostatecznej prawdy, nie mówiąc już o szczęściu”. Einstein użyty do walki z marksizmem stał się bardziej strawny. Choć nie do końca... W 2002 r. Radio Maryja głosem byłego lektora KC PZPR przekonywało słuchaczy: „Jest coś takiego, co widać, że się ta kultura zaczyna rozkładać. Powrót do wartości chrześcijańskich. W całym tego słowa znaczeniu. Żeby białe było białe, żeby czarne było czarne, żeby były pewne wytyczne i wskazówki postępowania. Odejść od tego, co próbują zrobić, od relatywizmu moralnego i od relatywizmu opartego na teorii Einsteina, że nie ma prawdy, wszystko jest względne”.

Stwórca jest sprawiedliwy: daje każdemu wedle pojemności umysłu i szlachetności duszy. Einstein okazał się Prosperem ukazującym ludzkości perspektywy i ograniczenia poznania ludzkiego świata. Bohr sformułował ideę „skoku kwantowego”. Do teoretycznego wyjaśnienia dziwnych zachowań elektronu przeskakującego z jednej orbity na drugą bez pojawienia się między nimi doszło wskutek teoretycznego kompromisu między modelami naukowców Schrödingera i Heisenberga...

Jednym z wątków rozmowy w Kopenhadze jest właśnie taki kompromis. Kompromis demiurgów, którzy z jednej strony mówią, że świat absolutny nie istnieje, a przynajmniej człowiek nie jest w stanie go absolutnie poznać, a z drugiej – że świat jest taki, jakim oni go na dany moment opisują. Trzech Prosperów odsłoniło ludzką prawdę wszechświata i ludzką niemożliwość stworzenia przyrządu, który by nasz świat obserwował z innej niż nasza, człowiecza, perspektywy. I to jest właśnie nauka żydowska.

Przypominam: Heisenberg nie był Żydem.

Z punktu widzenia ustaw norymberskich – oczywiście nie był. Bohr – tak. Ale tu nie idzie ani o narodowość, ani o dosłownie pojmowane wyznanie. Dla mnie żydowskość to wspólnota pamięci, historii i losu, wspólnota przeznaczenia, wspólnota obowiązków wynikających z tych zasad i przekonań, które – tak przypuszczam – mają charakter uniwersalny. I dlatego na początku naszego spotkania wspomniałem o rozmowie, która – wedle mojej wiary – miała miejsce ponad trzy tysiące trzysta lat temu: na górze Synaj, gdy Bóg zagarnia połę swego kosmicznego płaszcza i zakreśla przed Mojżeszem – pierwszym w dziejach Żydem – przestrzeń (którą my nazywamy Historią), w której gatunek ludzki wyposażony w Prawo będzie musiał wybierać między dobrem a złem na własną odpowiedzialność.

Ale jest w tym spotkaniu jeszcze jeden wątek: obowiązek przetrwania. Bóg wybiera Żydów, aby nieśli przez dzieje pamięć i przywiązanie do zasad moralnych – za co w zamian otrzymują Izrael. Innymi słowy, Żydzi mają obowiązek przetrwać do końca Historii, ponieważ ludzkość jako Cywilizacja nie może przetrwać bez tej pamięci i przywiązania. Czy nie z tego powodu Prosperowie XX wieku zgodzili się – mimo rozpaczliwych moralnych wahań – na uwolnienie atomowego Kalibana...?

Takie są przyczyny, dla których postanowiłem wystawić „Kopenhagę” Michaela Frayna w Warszawie.

(-)
Tygodnik Powszechny
20 sierpnia 2011

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia