Przejmująca opowieść o nieuchronnym przemijaniu

"Mleczarnia", Teatr Śląski w Katowicach

W jednym z wywiadów Monika Obara wspominała, jak skończyła się dla niej jazda samochodem z dwoma promilami alkoholu we krwi. Aktorka mówiła: "(...) w izbie kazali mi zdjąć ubranie, zrobili mi rewizję osobistą, zabrali telefon. (...) Traktowali mnie jak śmiecia. (...) Położyli mnie na sali, na której na pryczach spały inne kobiety. Na środku sali stał otwarty sedes, z którego czuć było wymiociny i urynę. Ja do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że można w taki sposób traktować ludzi, nawet tych, którym życie się nie ułożyło, którzy żyją na marginesie".

Tymczasem w „Mleczarni” izba wytrzeźwień lśni czystością. Biel kafelek, delikatne światło – prawie jak w szpitalu. Chociaż nie w każdym szpitalu pacjentów przywiązuje się pasami do łóżka i nieczęsto słyszy się od pielęgniarza, że ma być spokój, bo jak nie, to „przyjdzie i przypierdoli”…

Piszę o tym nie bez powodu, bo właśnie w obu instytucjach profesor może spotkać się z chłopem, poeta – z robotnikiem, a aktor – ze swoim widzem. W spektaklu Rykały towarzyszami niedoli okazują się być dawni koledzy – Andrzej (Wiesław Kańtoch) i Marek (Wiesław Sławik). Ponieważ potwornie ich suszy i trzęsie, a do rana – gdy zapłacą za pobyt tutaj jak za nocleg w najdroższym hotelu – jeszcze daleko, zaczynają rozmawiać. Mimo iż przez pierwszych kilkanaście minut bohaterowie – ku uciesze widzów – komunikują się ze sobą jedynie za pomocą słów „kurwa” i „ja pierdolę”, nie jest to prymitywna komedyjka, mająca wywołać jedynie rechot. Ponieważ dziewczyna, w której obaj byli zakochani, była studentką szkoły teatralnej, pojawia się refleksja, dotycząca zawodu aktora – Marek wspomina m.in. o graniu „na małej bańce”. Po chwili dodaje, że Natalia (imię – za sprawą żony K. I. Gałczyńskiego – zakorzenione w polskiej poezji) miała romans z jakimś „podstarzałym chujem”, który zrobił „Matkę Courage” (sam Marek mówi, że to było bardzo dobre przedstawienie). Wspomina również o „sześć czterdzieści” Młynarskiego i „Miasteczku Twin Peaks”.  

Wiesław Sławik niezwykle łatwo wszedł w rolę intelektualisty, którego ulubione filmy to m.in. „Amarcord” Felliniego, „Śmierć w Wenecji” i „Zmierzch bogów” Viscontiego. Uwierzyłem, że potrafiłby całą noc rozmawiać z ukochaną na temat tego, czy „Balladyna” w Narodowym ociera się o kicz. Wiesław Kańtoch miał dużo trudniej. Co można zrobić z postacią prymitywa, który w życiu nie przeczytał żadnej książki, ale leżał z tyloma panienkami, że po 300 przestał już liczyć? Jak wydobyć jakieś ludzkie odruchy z Andrzeja, który uważa, że mężczyzna powinien mieć kilka kobiet, a wspomniana Natalia chciała tylko, by ją po prostu „porządnie zerżnąć”? Wystarczy jednak spojrzeć na twarz aktora, gdy jego bohater dowiaduje się o romansach ukochanej, jej pobytach na odwyku i próbie samobójczej. Albo wtedy, gdy Marek opowiada o kolejnych zgonach – czyjś zięć umiera na wylew, syn z powodu tętniaka, a żona zabija nożem męża, który się nad nią znęcał. Gdy Andrzej słyszy, że pewien Casanova z Sosnowca umierał – również przez alkohol – samotnie, robi się naprawdę smutno. Nikt już nie pamięta o zabawie w nożowników, toczeniu do domu ogromnego koła sera, które spadło z ciężarówki czy napisie „Mistrz Sosnowca”, który w wesołym miasteczku widniał wyżej niż „Mistrz Polski” i „Mistrz Świata”. Nagle obaj – mimo iż aktorzy grają zupełnie innych bohaterów niż w „Gąsce” – zdają sobie sprawę, że są już starzy, ubóstwiane niegdyś filmy darzą dzisiaj jedynie sympatią, czasy, gdy każdy był surrealistą, minęły bezpowrotnie, a miejsce kin objazdowych zajęły Heliosy. Właśnie wtedy „Mleczarnia” staje się przejmującą opowieścią o nieuchronnym przemijaniu.

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny Katowice
19 lutego 2009

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...