Przekraczanie granic

Przeczytane... zasłyszane... obejrzane...

W ubiegłym tygodniu przeczytałem na portalu www.dwutygodnik.com wywiad Pawła Soszyńskiego z chorwackim skandalizującym reżyserem Oliverem Frljiciem. A potem (18 lutego br.) odbyła się w warszawskim Teatrze Powszechnym premiera jego spektaklu inspirowanego „Klątwą" Stanisława Wyspiańskiego, okrzyknięta przez część recenzentów z dawna oczekiwanym wydarzeniem, a przez część opiniodawców odsądzona od czci i wiary.

Przedstawienia nie widziałem. Ale to dobrze. Bardziej interesuje mnie polemika z tym, co Frljić mówi o sobie i swoich poglądach na sztukę, niż ocena konkretnego dzieła, a także uczestniczenie w podziałach i „jatce" medialnej, która wokół powstała, powstaje i nadal będzie powstawała. A ponieważ rzecz dotyczy przekraczania granic, zajmę się owymi granicami w perspektywie - mam nadzieję – nieco szerszej, niż obrona okopów Świętej Trójcy.

I. Granice teatru. Teatr w XX i XXI wieku przechodził różne przeobrażenia, wkraczały do niego inne dziedziny sztuki, tworząc syntetyczne widowiska (m.in. za sprawą Wyspiańskiego), potem te najnowsze – multimedialne. Przetoczyła się w jego murach (i poza nimi) europejska awangarda, po wojnie studencka alternatywa, happeningi i postdramatyczność, wreszcie wkroczyła performatyka. Ale jakoś nie słyszałem, żeby podstawowe pojęcie teatru, idea jego bycia i trwania uległa zredefiniowaniu. Oliver Frljić chce instytucję teatru używać „w taki sposób, by ją dekonstruować". Nawiasem mówiąc to słowo, przeniesione z języka pojęć Derridy do sztuki scenicznej nie jest najszczęśliwsze i trudno je zdefiniować, w tym kontekście powinno się użyć raczej słowa „destrukcja" lub „dezintegracja". Dalej Frljić mówi w wywiadzie: „(...) wnikasz w nią [instytucję – przyp. mój] jak wirus i starasz się zniszczyć od wewnątrz". Dobrze, to jest program burzenia starego, ale jaki ma chorwacki reżyser program budowania nowego? I nie chodzi tu o jedno przedstawienie, lepsze lub gorsze, ale o PROGRAM! Jak sobie wyobraża teatr po zniszczeniu tego, jakim był? W jednej z recenzji z jego „Klątwy" przeczytałem: „(...) nasza strona jest dobra w dekonstrukcji [znowu to słowo! – przyp. mój]. Ale sama dekonstrukcja nie starcza, potrzeba też jakiś własnych mocnych, pozytywnych narracji." Jestem wdzięczny, że Jakub Majmurek (Krytyka polityczna online) to napisał. Jest najwyraźniej świadomy, że świat ponad 30 lat temu wkroczył w pozytywną fazę postmodernizmu. Frljić najwyraźniej pozostał na etapie burzenia!

II. Granice aktorstwa. Podobnie jest z aktorstwem. Modernistyczne dążenie do kreatywności zastąpiono postmodernistycznym „majstrowaniem" przy roli, mnożyły się szkoły, style i metody. Zawsze jednak aktorstwo kojarzyło się z „graniem", osiąganiem prawdy, ale scenicznej (od ang. to act – występować na scenie, grać rolę, przedstawiać postać, udawać, żeby nie wchodzić głębiej w etymologię). Andrzej Wajda nakręcił kiedyś film „Wszystko na sprzedaż", o cenie, jaką płaci się za „wszystko". Aktorstwo to kosztowny i wyniszczający zawód. Starły się w nim dwie postawy: ukrywanie siebie za graną postacią, a w ostatnich czasach - publiczne obnażanie własnej prywatności. To ostatnie wiąże się z performansem, zaszczepionym na scenę, ale zawsze zastanawiałem się, czy nie stanowi on całkowicie odrębnej dziedziny sztuki. Czy relacja prywatnego widza z prywatnym „aktorem" jest jeszcze teatrem? Z tego co mi wiadomo, jedną z przyczyn niedokończenia przez Frljicia „Nie-Boskiej komedii" w Krakowie, była niechęć aktorów do sprzedawania własnej prywatności, zarówno podczas prób, jak i – później – w przedstawieniu. Czy mieli do tego prawo? I czy to świadczy o niezrozumieniu przez nich zawodowych powinności? Aktorzy z Teatru Powszechnego podjęli inną decyzję, podporządkowali się konwencji zaproponowanej przez reżysera. Trochę mnie to dziwi, bo zawsze wydawało mi się, że psychiczny ekshibicjonizm to pożywka tabloidów i pokarm dla ich czytelników. Ale moje przekonania nie mają tutaj nic do rzeczy! Mamy do czynienia ze świadomym wyborem, z zagadnieniem z dziedziny psychologii i indywidualnego podejścia do zasad etycznych uprawianego zawodu. Tymczasem Frljić sugeruje, że „problemem jest oczywiście edukacja, nauczyciele zaszczepiający uczniom starą ideę teatru, czy w ogóle ideę, czym teatr powinien być." Cóż za wierutne bzdury ... Wynikałoby z tego, że aktorzy warszawscy zostali lepiej wyedukowani, niż krakowscy, a najgorzej seniorka polskiej sceny, która niestety od nas odeszła, Danuta Szaflarska. Kochała teatr do szaleństwa, ale swojej prywatności strzegła jak oka w głowie i tylko w jednym filmie pozwoliła sobie na osobiste impresje („Inny świat" Doroty Kędzierzawskiej)!

III. Granice prowokacji. W wywiadzie z Frljiciem czytam: „ (...) nie uważam, że o sukcesie świadczy zawsze fakt, że przedstawienie zostało wystawione. Może nawet samo przedstawienie niepotrzebnie przysłoniłoby performans społeczny, który zaistniał wokół pracy. Można powiedzieć, że w Krakowie nie musiałem już niczego wystawiać, bo moje cele zostały osiągnięte bez tego. Podobnie było w 2008 roku w Splicie, gdzie chciałem wystawić „Bachantki" Eurypidesa. Dyrektor odwołał pokaz, (...) kiedy wreszcie ugięto się pod naciskami publicznymi i pozwolono nam zagrać przedstawienie, zrezygnowałem z tego. Aktorom bardzo ciężko było moją decyzję zaakceptować, zrozumieć, że w ten sposób moglibyśmy zniszczyć to, co już udało nam się na znacznie szerszym polu osiągnąć." Zdumiewające słowa! Czytane wprost świadczą, że dla Frljicia ważniejszy jest „hyr", niż dzieło sztuki scenicznej, oraz kalkulacja, że (prawdopodobnie) przedstawienie nie będzie w stanie sprostać rozbudzonym oczekiwaniom. To znaczy, że używa teatru jako narzędzia do prowokacji społecznych i politycznych. Pewnie tak można i nie powinienem tego kwestionować. Ale trudno jest to pojąć człowiekowi, dla którego teatr był wszystkim, a spektakl ostatecznym celem wszelkiego w nim działania. Publiczny rezonans następował (lub nie) po, a nie zamiast!

IV. Granice obrażania uczuć. W recenzjach związanych z „Klątwą" przewija się zdanie ze spektaklu: „Wszystko, co robimy i mówimy w teatrze jest fikcją". To ma usprawiedliwić każde działanie i spowodować, że nikt nie powinien poczuć się obrażony. Ileż w tym demagogii! W wywiadzie Frljić mówi: „ (...) klątwą Polaków jest właśnie Kościół katolicki i jego wpływy. Weźmy chociażby Jana Pawła II – on jest tu ważniejszy niż sam Bóg. (...) Wiele elementów jego pontyfikatu jest bardzo problematycznych, powinniśmy więc kwestionować jego pozycję jak każdej osoby publicznej. Bo Jan Paweł II jest tylko osobą publiczną, w jego świętości nie ma w gruncie rzeczy niczego świętego." Hm...! Sprawa wydaje mi się znacznie bardziej skomplikowana, a materia dziwnie pomieszana. Pochodzę z rodziny katolickiej, ale nigdy nie byłem przesadnie religijny. Znam grzechy współczesnego Kościoła i jego hierarchów (w tym nadmierne wpływanie na politykę państwa). Często uczestniczę w rozmowach, gdzie padają zdania dramatyczne: „oni oduczą nas wiary!". Wątpliwości ma wiele znanych mi osób. Spostrzeżenia Frljicia nie są więc specjalnie odkrywcze. Ale nigdy nie odważyłbym się kwestionować czyjejś świętości, nigdy nie poddawałbym wybiórczej krytyce za to, co się nie udało lub zostało przemilczane, bez spojrzenia na to, co się udało. Zasługi Jana Pawła II w wyrwaniu Polski ze szponów komunizmu i stworzeniu innego podziału Europy są niezaprzeczalne i historycznie udowodnione. A i miłość do Boga jest czymś innym, niż panujący wśród Polaków kult Rodaka, który przez 27 lat zasiadał na papieskim tronie. To pierwsze nosi się w sercu, to drugie można wyrażać głośno. Ale plakatowe przesłanie wymaga uproszczeń i wrzucenia wszystkiego do jednego worka!

V. Granice powoływania się na autorytety. Czytam w wywiadzie z Frljiciem: „(...) kobieta nie może tu [w Polsce – przyp. mój] decydować o własnym ciele, bo aborcja w większości wypadków jest nielegalna (...)." I dalej: „ wpływ [księży – przyp. mój] na stosunek polityków do aborcji jest ogromny. Spróbujemy zmierzyć się z tym problemem przy użyciu filozofii Agambena, nadać mu szerszy kontekst." To prawda! Sam jestem zdecydowanym przeciwnikiem radykalnej ustawy antyaborcyjnej. Ale wiem też, że spór obrońców życia z wyznawcami prawa kobiet do decydowania o „własnym ciele", spór o to, kiedy zaczyna się życie nie jest łatwy, a argumenty obu stron (w tym licznych autorytetów) trudne do obalenia. Obarczanie za to wyłącznie wyznawców religii (choć stanowisko Kościoła jest jednoznaczne) jest uproszczeniem. Ale generalnie, zgoda. Interesuje mnie drobiazg, odwoływanie się Frljicia do filozofii Giorgio Agambena. Zapewne chodziło mu o „homo sacer" i rozdzielność praw przyrodzonych, od praw obywatelskich człowieka (życia biologicznego od życia politycznego). Ponieważ wydawało mi się to intelektualnym nadużyciem – zasięgnąłem języka u znanych mi humanistów, biegłych w filozofii. „No, nie" – usłyszałem - „tu Frljić przegiął".

VI. Granice ograniczania wolności twórczej. W wywiadzie Frljić mówi: „(...) interesują mnie tego typu społeczeństwa [polskie – przyp. mój] – problematyczne, w których artystyczna wolność jest ograniczana i musisz walczyć o swoje przekonania i pracę." Nie mam zamiaru udowadniać, że całkowita wolność twórcy (mimo zapisów konstytucyjnych), pozostającego na garnuszku mecenasa lub uzależnionego od podziału publicznych pieniędzy, jest i zawsze była iluzoryczną mrzonką. I to nie tylko w Polsce! Dzisiaj służy jako zastępczy temat medialnej zadymy. No, chyba że mamy do czynienia z polityczną lub obyczajową cenzurą! I tu paradoks. Obszerny wywiad z Frljiciem, a w ślad za nim świetna i wnikliwa recenzja z jego spektaklu ukazały się na portalu www.dwutygodnik, którego wydawcą jest Narodowy Instytut Audiowizualny, podlegający bezpośrednio Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Więc jak to jest z tą polityczną cenzurą? A obyczajowa? No cóż, przy takim podziale polskiego społeczeństwa, łatwo było napięcia przewidzieć. Ale przecież taki był cel Frljicia (i może nie tylko jego), on tego w wywiadzie nie ukrywa. Awantura o „Klątwę" będzie trwała długo, będzie eskalowała, będzie zapewne obfitowała w rozwiązania radykalne. Jest to ekscytujące, ale i ... nierozsądne. Bo nie ma lepszej odpowiedzi na prowokację, niż jej zignorowanie.

VII. Granice uzurpacji. Na koniec kwestie, które nie dają mi spokoju, choć zdaję sobie sprawę, że są najbardziej kontrowersyjne. Chorwacki reżyser, Oliver Frljić wytyka Polakom wady, błędy i grzebie w ich narodowych kompleksach. Atakuje nas za nacjonalizm, antysemityzm, „przeklętą" religijność, gani polskiego papieża za zaniechania problemu pedofilii kościele, biskupów za wpływanie na rządzenie krajem, kwestionuje świętość Jana Pawła II. W wielu sprawach ma niewątpliwie rację, ale nie o to chodzi. Zastanawiam się co by było, gdyby polski twórca usiłował rozliczać Chorwatów np. za ich stosunek (najdelikatniej mówiąc) do nazistowskich Niemiec, usiłował wpływać na ich mentalność i rozliczać z grzechów. Jakby rodacy Frljicia na to reagowali? Ja wolę o polskich sprawach rozmawiać z moimi rodakami. Ale może nie mam racji? Z zewnątrz lepiej widać. I można pozostać bezkarnym. A przecież Frljić sam się do Polski nie wpycha, zapraszają go dyrektorzy teatrów. To dobrze, że naszym sędzią stał się przedstawiciel pięknego i starożytnego kraju. Gorzej byłoby, żeby to samo czynił niezwykle utalentowany pastuszek z Zuluslandu (czyli KwaZuluNatal). Ale żarty na bok! Nikogo nie zamierzam wykluczać!

Myślę, że dyskusja powinna sprowadzić się do tego, czym ma być ten nowy, przyszły teatr. Czy polityczną trybuną, która od czasu do czasu staje się miejscem uprawiania sztuki? Czy też miejscem uprawiania sztuki, które od czasu do czasu staje się polityczną trybuną. Z pewnością może być jednym i drugim. Pod warunkiem zachowania rozsądnych proporcji. Jeśli to udało się Oliverowi Frljiciowi w warszawskim Teatrze Powszechnym – z całego serca mu gratuluję!

I jeszcze dopisek. Maciej Wojtyszko, po przeczytaniu mojego ostatniego felietonu, zwrócił mi uwagę na sytuację, jaka panuje w Niemczech. Istotnie tam szkolnictwo artystyczne jest bardzo rozbudowane i posiada status wyższych, dwustopniowych uczelni. Jest trochę inaczej zorganizowane – w wielkie kombinaty uczące muzyki, plastyki, filmu, telewizji i teatru. Co godne uznania, potrafiono zadbać w nich o daleko idącą autonomię, mimo zapisów traktatu bolońskiego!

Krzysztof Orzechowski
dla Dziennika Teatralnego
25 lutego 2017
Portrety
Oliver Frljić
Wątki
KO

Książka tygodnia

Banialuka Bielsko-Biała 70 lat
Teatr Lalek Banialuka, Bielsko-Biała 2017
Lucyna Kozień - koncepcja i redakcja

Trailer tygodnia