Przemoc zza płotu

„Sąsiedzi" - reż. Andrzej Sadowski - Teatr Ludowy w Krakowie

Są takie historie, w których rzeczywistość przekracza wyobraźnię. Wszystko wydaje się być normalne, zupełnie zwyczajne, aż do momentu, kiedy zwykłe sytuacje przeobrażają się w chimery codzienności. Wtedy rzeczywistość zaczyna skręcać w jakąś kompletnie nieprzewidywalną wcześniej stronę i nie wiadomo, co może z tego wyniknąć. Taka historia ma miejsce w „Sąsiadach" w reż. Andrzeja Sadowskiego, który to spektakl możemy oglądać na deskach krakowskiego Teatru Ludowego.

Kiedy młode małżeństwo przeprowadza się za miasto i chce zacząć swoje życie na nowo, „na swoim" – wszystko wydaje się normalne. Jednak ta historia zaczyna się zupełnie inaczej, ponieważ jak już znajdziemy swoje miejsca na widowni Sceny Stolarnia i czekamy na rozpoczęcie widowiska, ono zaczyna się jakby niepostrzeżenie. Na scenę wychodzi chłopak w kraciastej koszuli, który stroi gitarę elektryczną i zaczyna trochę sobie przygrywać, nie zwracając uwagi na widzów. Po dłuższej chwili światło gaśnie i zaczyna się właściwy spektakl.

Oglądamy perypetie pary, która niczego nieświadoma kupiła dom wraz z przyległościami, a także – w pakiecie z sąsiadem. Jest to nie byle jaki jegomość: wdowiec, który mieszka wraz z synem. Pije na umór, kradnie drewno z lasu młodych i korzysta z ich ujęcia wody. Do tego jest nachalny i wciąż burzy spokój przyjezdnych. Akcja rozgrywa się tu niemal jak w twórczości Ireneusza Iredyńskiego: zaczyna się z pozoru zwyczajnie i niewinnie, żeby na koniec totalnie zaskoczyć odbiorcę, wywracając wszystko do góry nogami jednym, szokującym zdarzeniem.

„Sąsiedzi" to spektakl z jednej strony nadmiernie „przegadany", ponieważ ilość zbędnego tekstu momentami wręcz poraża; z drugiej – urozmaicony w formie. Oprócz klasycznych dialogów między postaciami mamy piosenki w ich wykonaniu, przy akompaniamencie gitary, które często są żartobliwym wyrazem wewnętrznych stanów bohaterów. Ciekawym zabiegiem są też didaskalia, odczytywane z off-u, co daje wrażenie obecności Orwell'owskiego „Wielkiego Brata", który czuwa i nieustannie obserwuje.

Nieprzyzwoite ilości tekstu równoważy natomiast postać Michała – syna niefortunnego sąsiada. Michał (genialny Ryszard Starosta) jest młodym, introwertycznym chłopakiem o nieco autystycznej osobowości. Można odnieść wrażenie, że porozumiewa się ze światem za pomocą dźwięków, wygrywanych na swojej gitarze. Jest posłuszny ojcu, ale na końcu okazuje się, że bardzo mocno reaguje na wszystko, co dzieje się wokół i ostatecznie odpowiada na to po swojemu, w szokujący sposób. W całym spektaklu wypowiada dosłownie kilka słów – ale takich, które wgniatają w fotel.

W spektaklu zwraca uwagę scenografia, która jest bardzo prosta. Po lewej stronie mamy jasną kanapę, stół i statyw z gitarą elektryczną, po prawej: drewniany stół i krzesło oraz dwa statywy i dwie gitary – elektryczną i akustyczną. Pośrodku stoją dwa leżaki. Horyzont tworzy drewniana ściana z dwoma wejściami. Umiejętna gra światłem działa na wyobraźnię i sprawia, że jesteśmy w stanie przenieść się z domu młodych na ich taras, a potem do izby starego pijaka.

„Sąsiedzi" to tak naprawdę historia przemocy, choć jest to przemoc nieoczywista i czasami zawoalowana. Maciek musi walczyć o swoją żonę i spokój obejścia, które jest „atakowane" niby przyjaznymi wizytami sąsiada. Michał jest bity przez ojca, a jego ojciec prosi o wodę, ale kradnie opał. Wszystko odbywa się na zasadzie ciągłej walki i ścierania ze sobą bytów, które muszą istnieć obok siebie. To bardzo dobrze zagrana historia, która właściwie mogłaby zdarzyć się naprawdę. Ten dziwny, niepokojący surrealizm łączy się z rubasznym humorem i przekleństwami, ale w miarę rozwoju akcji przeradza się w grozę niemal z „Domu złego" w reż. Wojciecha Smarzowskiego. Warto to przeżyć i uświadomić sobie, że nawet za płotem naszego domu może być i śmiesznie i strasznie.

 

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
26 lutego 2018
Portrety
Andrzej Sadowski

Książka tygodnia

Macbeth
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jo Nesbø

Trailer tygodnia