Przemyk i Popiełuszko

"Żeby nie było śladów" - reż. Piotr Ratajczak - Teatr Polonia w Warszawie

Trzy dekady temu obaj zostali zakatowani przez bydlaków służących ówczesnej władzy. A dziś, w sezonie 2017/2018 teatr stawia im na scenie pomniki. Księdzu Popiełuszce białostocki Teatr im. Węgierki, maturzyście Przemykowi warszawski Teatr Polonia.

Ktoś, kto widział oba przedstawienia, a zabiera się do komentarza, nie może, choć przez chwilę, nie pomyśleć o nich razem. Mimo, że wywoła złość. Żachną się dyrektor białostockiej sceny, niedawny radny PiSu, Piotr Półtorak i współautor sztuki Konrad Szczebiot, ministerialny faworyt, na samą myśl o zestawieniu z KOD-erską Polonią. A Krystyna Janda i reżyser warszawskiego przedstawienia, Piotr Ratajczak, skądinąd twórca wyklętego w Białymstoku widowiska "Biała siła, czarna pamięć", też się, ani chybi, zjeżą.

Obydwa przedstawienia łączy cecha nieoczekiwana może przy temacie zbrodni politycznej, acz przecież w gruncie rzeczy oczywista: niekontrowersyjność. Wiadomo, co się wtedy, trzydzieści kilka lat temu w obu przypadkach stało. Wiadomo, co przyzwoity człowiek ma o tym myśleć. Teatr nie komplikuje obrazu, nie miałby zresztą na to materiału (ani potrzeby). Niczego nie podważa, nie zadaje nowych pytań, nie sieje niepokoju. Każe widzom przeżyć, przetrawić w sobie na nowo tamto bestialstwo, współczuć ofierze, pogardzać oprawcami. Zastanawiać się, jakie wartości stanęły tym tłukom i ich mocodawcom na drodze, uczyć się cenić te wartości. Jest to więc teatr, co się zowie, afirmatywny. Niech będzie, że naiwny. Nie ma się co wstydzić.

Podobieństwa kończą się (bo ja wiem zresztą, czy zupełnie?) gdy przyjdzie do ściślejszego określenia afirmowanych wartości. Ksiądz Jerzy Popiełuszko został wyniesiony na ołtarze, więc białostockie przedstawienie z jego nazwiskiem w tytule jest dziełem hagiograficznym, którego to terminu nie używam tu metaforycznie i kpiąco tylko po prostu gatunkowo. Tak, to żywot błogosławionego, obraz jego cnót, pejzaż świata, z podziałem na dobrych ludzi, którzy mu sprzyjają i złych, którzy go niszczą, wizerunek jak trzeba patetyczny i spiżowy. Opisywała już ten spektakl w cyklu sprawozdań członków Komisji Artystycznej Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej Kamila Łapicka, więc dość o tym.

Opowieść skonstruowana w Polonii przez Piotra Ratajczaka na podstawie nagrodzonej Nike książki Cezarego Łazarewicza "Żeby nie było śladów" też jest dwubiegunowa, choć, rzecz jasna, dużo mocniej niuansująca podział na dobrych i złych. Choćby z tego, zasadniczego powodu, że Grzegorz Przemyk ze świętością nie ma nic wspólnego. Zgarnęli go na komisariat z Placu Zamkowego, bo się śmiał, rozrabiał, wskakiwał koledze na plecy, łaził boso. Był synem związanej z opozycją poetki Barbary Sadowskiej i gdy stało się, co się stało, krążyły podejrzenia, że śmierć syna miała być zemstą na matce. Łazarewicz nie daje temu wiary, a Ratajczak w teatrze też nie ciągnie tego wątku. Jego Przemyk nie jest opozycjonistą, bojownikiem, nie umiera za wiarę, cokolwiek miałoby być tej wiary przedmiotem. Jest wolny. Reżymy tego nie trawią. Nigdy.

W spektaklu zresztą go... nie ma chyba przez ponad połowę widowiska. Czwórka aktorów: Jolanta Olszewska, Wojciech Chorąży, Paweł Pabisiak i Michał Rolnicki kreślą światek wokół, całe to mrowisko pilnie się krzątające, aby zatrzeć ślady milicyjnej zbrodni. Mamy tępogłowych generałów, tłukowatych śledczych, oglądamy proceder łamania sumień sanitariuszom z pogotowia, wymuszanie brania przez nich na siebie niepopełnionego morderstwa. Nie ma w tych etiudach kaznodziejskiego potępiania, nawet prokurator Bardonowa, wyjątkowa bździągwa tamtych czasów, znajduje w wykonaniu Olszewskiej jakieś autousprawiedliwienia (aczkolwiek z milicjantem Kościukiem takim, jak go pokazuje Chorąży, nie chciałbym się spotkać i dziś, nawet w łagodnych Włoszech, gdzie osiadł). W zgrabnych skrótach teatr streszcza kampanię propagandowej napaści na Barbarę Sadowską; socjalistyczni moraliści ze świętym oburzeniem piętnowali jej sposób życia, związki z różnymi mężczyznami, butelkę, także karygodny fakt nie posiadania w mieszkaniu stołu. Jakże to, porządny dom bez stołu? Kto to widział w zacnych rodzinach?

A Przemyka oglądamy po długich minutach - gdy z jakiegoś piedestału dzielnie i gorliwie fałszuje "Obławę" Jacka Kaczmarskiego. W grze Adriana Brząkały nie ma krzty patosu bądź ogrywania męczeństwa. Czy przed czy po śmierci - bo i takie "wejście" tu jest - jego bohater jest wcieleniem naturalności, prostoty reakcji, wewnętrznej pogody, ostro skonfrontowanej ze sztywniactwem, tępotą, ale i upiornym zakompleksieniem przeciwników. Jest personifikacją wolności (teraz ja uderzę w wielki dzwon; w spektaklu takich tonów nie ma). Wolności tudzież miłości wyrażonej w stosunku do matki, w spojrzeniach, w radości, z jaką ją nosi na rękach, bosą, rozluźnioną, szczęśliwą. Tak inną niż wtedy, gdy, straciwszy go, wodzi bezradnym spojrzeniem po otoczeniu, nie pojmując nikczemności, jaka ją spotkała.

Wolność i miłość versus draństwo i małość: oto treść warszawskiego widowiska. Nieskomplikowana intelektualnie, nastawiona bardziej na wzruszenie niż umysłowe zagadki. I na - powtórzę zapomniane słowo - afirmację, utwierdzenie drabinki wartości. Nasz teatr w znacznym stopniu wyrzekł się takiej funkcji w gorliwej pogoni za własnym ogonem, a publiczności ten rodzaj scenicznych przeżyć zawsze był i pewnie zawsze będzie potrzebny. Nie każdej oczywiście. W Białymstoku obok teatru stoją autokary parafialne, ale teatr jest nabity i słucha opowieści o wspaniałym księdzu może z przesadną bojaźnią bożą, ale też po prostu z wiarą. W inteligenckiej warszawskiej Polonii na widowni widać wolne krzesła, co się tej scenie w pierwszych dniach po premierze właściwie nigdy nie zdarza. A w szatni po wszystkim tu i ówdzie błyskają ironiczne uśmieszki, że to jednak zbyt naiwna prościzna, niegodna wyrafinowanych umysłów. Co oczywiście da się zrozumieć - aliści bardzo dużo to mówi o rozkładzie sił w tej, jak mówił klasyk, coraz ciaśniej otaczającej nas rzeczywistości.

Piotr Ratajczak wypracował swój własny, bardzo efektowny i bardzo skuteczny język podobnych widowisk. Aktorzy dynamicznie i wyraziście wchodzą w postacie szkicowane ledwie paroma celnymi kreskami, dbają o energię, są pięknie zgrani, wspierają się wzajemnie w zbiorówkach. Osobne słowo należy się Agnieszce Przepiórskiej wspaniale chwytającej coś, co było istotą sposobu bycia Barbary Sadowskiej. Jej nieziemską lekkość, zwiewność filigranowej sylwetki. Jej nieśmiały uśmiech, w którym była i pokora, i pewność siebie naraz. Jej ciepło. To nie znaczy, że absolutyzuję tu podobieństwo do rzeczywistej osoby; aktorka jej przecież nie znała, jej robota jest autonomiczną kreacją, konsekwentną, świetnie przemyślaną i przeprowadzoną. Ponieważ jednak Agnieszka Przepiórska mówi w jednym z wywiadów, że cieszy ją, gdy ludzie, którzy znali matkę Grzegorza Przemyka potwierdzają, że swój portret utrafiła idealnie - to się dołączam.

Jacek Sieradzki
e-teatr.pl
6 marca 2018
Portrety
Piotr Ratajczak

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia