Przestroga dla pań

"Dziedzictwo Estery" - reż: Pia Partum - Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

Gdybym nie słyszała o absurdalnych inwestycjach Marii Nurowskiej na rzecz młodego kochanka, a także o przygodach paru innych kobiet, które utopiły majątki na kontach internetowych amantów, uznałabym "Dziedzictwo Estery" Sandora Márai za utwór psychologicznie niewiarygodny. Tymczasem, choć postępowanie głównej bohaterki bardzo mnie irytuje, muszę przyjąć do wiadomości, że jej historia jest niestety realna

A jak ją pokazano?

Przed widzem pustka. W głębi ekran, a na nim projekcja - Estera siedzi na stylowej sofie i bawi się kartkami. Kiedy rozpoczyna się przedstawienie wnoszą tę samą sofę na scenę, gdzie pojawia się również żywa Estera. Jakiś czas rzecz toczy się symultanicznie. Na scenie i na ekranie. Po co? Żeby dać widzowi dobitniej do zrozumienia, że to trzy listy od ukochanego, jakie dotrą do kobiety z dwudziestoletnim poślizgiem, zadecydują o jej niewiarygodnej decyzji? Że trzy kartki papieru ważą dla niej więcej, niż cegły rodzinnego domu; niż własny dach nad głową?

Wewnętrzny dramat kobiety toczy się w ogromnej przestrzeni sceny. Więcej, nawet przy otwartych do foyer drzwiach. Choć grająca Esterę Maria Kierzkowska ma silną osobowość sceniczną, chwilami jej filigranowa sylwetka ginie w tym przepastnym pudle. Zwłaszcza, kiedy nieoświetlona siedzi pod jego tylną ścianą, a za nią, na ekranie, majaczą gałęzie drzew.

A przecież bohaterka opowiada nam historię swojej wielkiej, nieszczęśliwej miłości. Na scenie, powinno więc być w miarę kameralnie. A zupełnie nie jest! Na dodatek zdarzają się sytuacje, które kompletnie rozbijają klimat, rozpraszają uwagę widza. Trudno np. zrozumieć, dlaczego reżyserka każe Mirosławie Sobik, grającej córkę Lajosa, Ewę, podczas rozmowy z Esterą, żołnierskim niemalże krokiem przemierzać scenę w różnych kierunkach, a nawet znikać w kulisach, dalej głośno wybijając obcasami rytm. Chodziło o to by podkreślić jej obcesowość, niedelikatność? Przeciwstawić sobie różne osobowości kobiet? Może…Ale zabieg ten nie daje raczej pożądanych efektów; ta scena wygląda bardzo nieprofesjonalnie. Gigantycznej bowiem trzeba by już charyzmy, żeby w takim rozbieganiu przekazać widzom jakiekolwiek głębsze myśli, porazić emocjami. Co więcej, w sensie dosłownym Ewa zatupuje też kwestie Estery. Jest to nawet już nie śmieszna, ale wręcz irytująca koncepcja dialogu.

Po kilku manewrach z przenoszeniem sofy reżyserce zabrakło już chyba pomysłów na przydanie zdarzeniom dynamizmu i stąd, sądzę, ten absurdalny marsz.

Mimo fatalnej reżyserii Pii Partum, aktorzy nieomalże z siebie wychodzą, by jednak coś sensownego zagrać. I niektórym się to nawet udaje.

Ciekawie oraz, na ile to możliwe, wiarygodnie stara się prowadzić postać Estery Maria Kierzkowska; stosownie do wymagań, jakie stawia przed nią tekst dobierając środki, różnicując napięcia. Mimo to nie odsłania do końca prawdy o bohaterce. Nie wyjaśnia, jakimi pobudkami kieruje się Estera, oddając Lajosowi dom - przez dwadzieścia lat nie zwietrzałą jeszcze miłością, altruizmem, chęcią epatowania czy pociągiem do absurdu?

O wiele łatwiej zrozumieć postać Lajosa. Jest mniej skomplikowana  psychologicznie. Obsadzenie w niej Sławomira Maciejewskiego to strzał w dziesiątkę. Więcej, to jakby rola specjalnie dla niego wymyślona. Odnosi się wrażenie, że pierwszy aktor toruńskiej sceny nie  gra, ale po prostu jest Lajosem; mężczyzną, któremu kobieta nie odmówi niczego; choćby żądania stawiał najbardziej bezczelne i absurdalne. Maciejewski gra lekko, naturalnie, roztacza urok, zniewala wdziękiem.

Ciekawie prezentują się też Wanda Ślęzak jako Nunu i Jarosław Felczykowski jako Tibor.

Kobietom polecam ten spektakl ku przestrodze.

Anita Nowak
Teatr dla Was
16 stycznia 2012

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...