Przez dziki kraj

"O północy przybyłem do Widawy... czyli Opis obyczajów III" - Teatr IMKA w Warszawie

"Opis obyczajów III" Mikołaja Grabowskiego to powrót do dawnych fascynacji pismami księdza Kitowicza.

Reżyser zawsze traktował te piękne i zarazem cudaczne teksty jako coś w rodzaju literackiego matecznika, gdzie się człowiek tak "napije, nadyszy ojczyzny", aż w końcu na amen zadławi. Fascynował go język tej prozy, biegłość pamiętnikarza w oddawaniu detali i mentalności epoki. Uruchamiał aktorów w zderzeniach tekstu i sytuacji, pokazywał z ich pomocą, jak w tamtym barokowym świecie ciągle przegląda się nasz świat. Powrót do dawnej metody pracy był bardzo ryzykowny, przecież w tym czasie przez polski teatr przetoczyło się kilka rewolucji. Poza tym Polska jako kraj jest już czymś innym niż ten sarmacko-prowincjonalny skansen portretowany w poprzednich dwóch "Opisach" (1990,1995). 

W pierwszej scenie nowego przedstawienia Grabowski - aktor, reżyser i narrator w jednej osobie - włazi na scenę ze świeczką. Gra obcego, podróżnika, który nie wiedzieć po co trafił do "dzikiego kraju". Jest niezdarny i rozbrajająco śmieszny w próbach racjonalizowania tego, co widzi. Nie tyle ocenia, ile po prostu się dziwi i próbuje usystematyzować nadwiślańską egzotykę - pisze traktat o powstawaniu kołtunów i roli alkoholu w dziejach narodu. Najważniejsze odkrycie nowego "Opisu" to akcent postawiony na tymczasowość niezmiennego, zdawałoby się, porządku narodowego. Polacy jawią się tu jako odwieczni tułacze i pielgrzymi, którzy "tu na tym piasku rozbili namioty". Nie przypadkiem pośrodku sceny stoi biały namiot; w zależności od potrzeb będzie także przydrożną kapliczką. Z wnętrza wychodzi grupa rodaków: czwórka młodych (protestująca pielęgniarka Magdy Boczarskiej, wsiowy elegant Tomka Karolaka, turysta abnegat Andrzeja Konopki, zapiekły w nienawiści politycznej urzędnik z gminy Oskara Hamerskiego) i dwie weteranki, członkinie parafialnego kółka różańcowego, może emerytowane nauczycielki (Iwona Bielska i Urszula Popiel). Wybucha pieśń "Kochana Polsko, złota Polsko". Ktoś maniakalnie wychwala dobroć i majestat Augusta III Sasa, ktoś piętnuje rozpustę magnaterii. Są peany na cześć "katolickiej - rzymskiej wiary", relacje z fet w Łazienkach za króla Stasia. Nie dochodzi jednak do konfrontacji obcy-swoi, jest patriotyczny teatrzyk odgrywany na potrzeby przybysza. Polacy od Grabowskiego albo łżą jak z nut, albo tylko epatują przybysza litanią narzekań na Polskę. Przecież zawsze tak prezentujemy się w świecie - poniżamy się, by wzbudzić litość, a potem udowodnić, że mimo wszelkich przeciwności i tak ocaleliśmy.

Co ciekawe, nie ma w tym nowym "Opisie" łatwych aluzji do Polski współczesnej, są co najwyżej koincydencje. Jakbyśmy patrzyli na broniący się ze wszystkich sił przed zgonem, ale jednak zanikający świat. Czuć też w aktorach i w samym Grabowskim jakiś irracjonalny żal, że już nie pasujemy do tych barwnych sarmackich typów. I jeśli kiedyś reżyser drażnił się z nami odkrywaniem tego, co w nas od wieków pokraczne, tak teraz mówi: a przecież tego szkoda. Może to wszystko było okrutne i głupie, ale było nasze.

Finałowe sekwencje spektaklu to wyliczenia tortur i procedur stosowanych w dawnej Polsce. Podróżnik Grabowskiego wisi na sznurze, aktorzy kaci oprawiają go słowami, przypiekają pieśnią, a on dynda, pojękuje, nawet sznur skrzypi złowrogo. Straszna ta Polska była, okrutna i głupia. Teraz idzie nowe. Oby tylko nie było jeszcze głupsze.

Łukasz Drewniak
Przekrój
1 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia