Przez życie ze śpiewem na ustach i radością w sercu

Dwa lata temu, 12 stycznia 2020 roku, w wieku 76 lat zmarła piosenkarka Barbara Dunin-Kurtycz.

Jestem wdzięczna losowi za to, że mogłam robić to, co kocham, i że przeżyłam wielką miłość – mówiła piosenkarka Barbara Dunin w ostatnich latach życia. Ze Zbigniewem Kurtyczem prawie pół wieku tworzyła wspaniały duet w życiu i na estradzie. Odeszła 12 stycznia 2020 roku, pięć lat po swoim ukochanym mężu.

„Interpretacja i naturalne warunki głosowe stawiają artystkę wysoko w hierarchii naszych pieśniarek i piosenkarek" – tak pisała o Barbarze Dunin wybitna krytyczka Magdalena Samozwaniec w „Życiu Literackim". Olśniewająca urodą i pełna temperamentu młoda artystka zachwyciła ją występem w kabarecie „Przy szabasowych świecach" działającym przy Starym Teatrze w Krakowie. – Śpiewałam tam utwory, które dają większe pole do popisu w zakresie interpretacji i niosą ważniejsze, głębsze treści niż piosenka estradowa – mówiła po latach, z nostalgią wspominając początki kariery.

Na profesjonalnej scenie debiutowała wiele lat wcześniej. Zaledwie czteroletnia rezolutna Basia odważnie stanęła na deskach Teatru Słowackiego i w jednym ze spektakli zagrała księżniczkę. – Pamiętam tylko takie ogólne wrażenie, że było cudnie, a ja miałam na sobie piękną sukienkę z zielonego tiulu – wspominała.

W dzieciństwie najpierw swoim śpiewem, a potem, już jako uczennica szkoły muzycznej, także grą na pianinie, chętnie uświetniała uroczystości rodzinne. W skrytości ducha marzyła o tym, by zostać aktorką. Wiele osób dostrzegało, że ma ku temu predyspozycje. Należał do nich m.in. aktor Wojciech Ruszkowski. – Jako licealistka oglądałam z koleżanką w Starym Teatrze zdjęcia ze spektaklu „Grube ryby", w którym on grał. Zaczęłam naśladować jego charakterystyczny zaśpiew, nie wiedząc, że stoi za nami. Gdy usłyszał, jak go sparodiowałam, powiedział z uznaniem: „Genialnie to zrobiłaś" – opowiadała.

O tym, że jej żywiołem stała się estrada, a nie scena, przesądziły dwa czynniki. Nie zdecydowała się zdawać do szkoły teatralnej, bo była ze sportem na bakier. – Adepci aktorstwa musieli się uczyć jazdy konnej, pływania, szermierki. To mnie zniechęciło. Czasem żałowałam, że jednak nie zaryzykowałam – przyznawała.

Szybko upomniała się o nią polska scena muzyczna. Jej talent został doceniony w konkursie Polskiego Radia w Krakowie. – Ty tak pięknie śpiewasz. Musisz wziąć udział – namawiał ją tata. Ojcowska intuicja go nie zawiodła, córka pokonała wszystkich konkurentów, a wygrana otworzyła jej drogę do kariery wokalnej.

Mezalians arystokracji z PKP
Umiejętności doskonaliła pod okiem śpiewaczki operowej Celiny Krejczy, a w Estradzie Krakowskiej, gdzie śpiewała m.in. piosenki z tekstem poety Tadeusza Śliwiaka i muzyką Lucjana Kaszyckiego, koleżanki i koledzy mówili o niej: „nasza przyszłość". Tak właśnie odpowiedzieli Zbigniewowi Kurtyczowi, wielkiej gwieździe z Warszawy, gdy w 1962 roku przyjechał na koncerty do Małopolski i, oniemiały z zachwytu na widok utalentowanej czarnowłosej piękności, zapytał: Kto to jest? – Zbyszek twierdził, że jak zobaczył moje czarne oczy, od razu się zakochał. Mnie natomiast urzekła przede wszystkim jego serdeczność i szczerość – mówiła.

Połączyło ich uczucie, choć wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że nie jest im pisana wspólna droga przez życie. Ona była młodą kobietą, z pochodzenia arystokratką, która nie mogła się opędzić od adoratorów, on 24 lata starszym od niej rozwodnikiem i ojcem dwóch nastoletnich synów... Był wtedy u szczytu popularności. Zyskał ją, gdy po wojnie przywiózł do Polski zachodnie szlagiery, w tym standardy jazzowe Glena Millera, które poznał, gdy służył w armii Andersa. Nad Wisłą stał się prekursorem jazzu i rocka, a jego szlagier „Cicha woda" znali wszyscy.

Gdy wspólna trasa koncertowa dobiegła końca i Zbigniew Kurtycz musiał wracać do stolicy, wiedzieli, że będą do siebie pisać listy i niecierpliwie czekać na kolejne spotkanie. Doszło do niego rok później na festiwalu w Opolu, gdzie każde z nich wykonało swoją piosenkę. Potem znów rozjechali się w różne strony, ale miłość okazała się silniejsza niż rozłąka.

W 1965 roku, gdy Barbara stawiła się w stolicy na egzamin ministerialny, który musieli wtedy zdawać wszyscy piosenkarze, ukochany roztoczył nad nią opiekę. Już nigdy więcej się nie rozstali. Przypieczętowali swą miłość ślubem w maju, nie bacząc ani na przesądy, ani na sprzeciw rodziców panny młodej, którzy marzyli o innym mężu dla córki. – Zakochałam się i szłam za głosem serca – tłumaczyła artystka. Gdy emocje opadły, a jej rodzice przekonali się, że jest szczęśliwa ze swoim wybrankiem, wzajemne relacje dobrze się ułożyły.

– Mąż czasem żartował, że nasze małżeństwo to mezalians arystokracji z PKP, ponieważ moja mamusia była z domu hrabianką, tatuś baronem, a teść przed wojną pracował jako radca prawny na kolei – wspominała z uśmiechem.

Zawsze śpiewała też solowe piosenki
Ich pierwszy wspólny występ stanowił zaskoczenie nawet dla nich samych. Oboje gościli w „Podwieczorku przy Mikrofonie", a prowadzący, Mieczysław Pawlikowski, uparł się, że skoro są małżeństwem, muszą zaśpiewać razem. – Szybko opracowaliśmy w garderobie parafrazę „Oczu czarnych", najpierw romans, potem jazz. Dostaliśmy gromkie brawa i prawdopodobnie ten spontaniczny występ przesądził o tym, że stworzymy duet – mówiła.

Rok później, pierwszy napisany specjalnie dla nich utwór „Bardzo proszę, nie odmawiaj", wygrał radiową Giełdę Piosenki. – Danusia Rinn z Bogdanem Czyżewskim chcieli ją nawet od nas kupić, ale jej nie sprzedaliśmy. To był nasz pierwszy przebój, po którym przyszły inne – opowiadała. Ich największy hit „Żeby się ludzie kochali" nuciła cała Polska. Małżonkowie z powodzeniem występowali nie tylko przed rodzimą publicznością, ale też za granicą, podczas tournée po ZSRR czy wielomiesięcznych występów w Stanach Zjednoczonych.

Barbara Dunin zawsze dbała o to, by prezentować słuchaczom także solowe piosenki. Do najbardziej znanych należą: „Nie kochaj mnie, a lub" i „A kiedy spóźnisz się z miłością". Choć para słynęła z pogodnego, niosącego radość i nadzieję, repertuaru, z nastrojowych ballad i piosenek o miłości, wokalistka ceniła sobie różnorodność artystyczną, dlatego chętnie wykonywała też zupełnie inne utwory, m.in. z kultowego musicalu „Kabaret".

W latach 70. przez kilka sezonów występowała w zespole Teatru Buffo, który pod dyrekcją Gozdawy i Stępnia przeżywał czasy swojej świetności. Także wtedy legendarny Lopek Krukowski angażował ją do telewizyjnego cyklu „Mała Antologia Kabaretu", w którym przypominał przedwojenne szlagiery. Barbara Dunin brawurowo wykonała m.in. przebój Hanny Ordonówny „Musisz, musisz, musisz", występowała też z Kazimierzem Brusikiewiczem i Wojciechem Siemionem. – To było inspirujące, musiałam się mierzyć z wyzwaniami aktorskimi, grałam np. francuską prostytutkę albo manekina w blond peruce, który ożywał... – opowiadała.

Jej profesjonalizm wysoko cenili koledzy z branży. Satyryk Filip Borowski miał okazję obserwować ją przez kilka dekad, bo ich zawodowe drogi często się przecinały. – Miała świetny warsztat – wyróżniała ją nienaganna dykcja i ładny tembr głosu, dobrze interpretowała piosenki, czuła, o czym śpiewa – podkreśla. Zawsze też chętnie wspierała młodszych kolegów. – Widać było, że dobrze życzy innym i chce pomóc, podzielić się swoim doświadczeniem. Robiła to szczerze, delikatnie i bardzo życzliwie – dodaje.
Kiedy trzeba było, Barbara Dunin umiała być stanowcza. Miała silną osobowość i zawsze odważnie wyrażała swoje zdanie. W latach 70. brała udział w zakazanych przez władze komunistyczne obchodach rocznic niepodległościowych, które organizował w warszawskich kościołach ksiądz Wacław Karłowicz. – Czytałam wspaniałe teksty wielkich poetów i śpiewałam pieśni patriotyczne. Panowała podniosła atmosfera, nieporównywalna z niczym innym. Nawet nas, artystów, wzruszenie ściskało za gardło. Ludzie zgromadzeni w kościele słuchali w skupieniu, a potem podchodzili i dziękowali nam serdecznie. To była taka enklawa wolności, bo wokół kościoła, na ulicach Starego Miasta, ZOMO pałowało ludzi i polewało ich z armatek wodnych – opowiadała.

Nie wstydzili się serdecznych gestów
O Barbarze Dunin i jej mężu mówiono: papużki nierozłączki. Razem opracowywali piosenki, razem jeździli na koncerty i razem spędzali czas wolny. Wspólna praca, wbrew powszechnemu przekonaniu, nie tylko nie zaszkodziła ich związkowi, ale jeszcze bardziej go scementowała. Mimo upływu lat oni wciąż byli w sobie zakochani. – Basia bardzo dbała o swojego męża, a on o nią. Łączyła ich wprost niesłychana, wielka miłość – wspomina znajoma pary, aktorka Ewa Wiśniewska.

Nigdy się ze sobą nie nudzili, choć poza muzyką nie mieli wspólnych pasji. Barbara Dunin uwielbiała czytać książki i rozwiązywać krzyżówki i mimo że nie podzielała zamiłowania męża do sportu, często kibicowała mu na trybunach, gdy z rakietą biegał po korcie tenisowym. Zarówno w Warszawie, jak i w Sopocie, gdzie co roku w ośrodku ZAIKS-u spędzali cały sierpień.

Gdy uśmiechnięci spacerowali po molo, odbierali wyrazy sympatii od wielbicieli. Czasem przechodzące grupki turystów spontanicznie śpiewały artystom refren ich przebojów. Państwo Kurtyczowie zawsze chętnie zatrzymywali się na krótką rozmowę i z uśmiechem rozdawali autografy. Emanowała z nich pogoda ducha i serdeczność.

– Ludzie ich kochali – mówi dziennikarka radiowa i telewizyjna Jolanta Fajkowska, która zapowiadała występy śpiewającej pary podczas festiwali kultury kresowej. Gdy wykonywali m.in. piosenki o Lwowie, szczególnie bliskie sercu artysty pochodzącego z tego miasta, brawa długo nie milkły. – Wystarczyło, że wyszli na scenę, a publiczność już była ich. Przepięknie śpiewali i robili to zawsze z entuzjazmem, nawet gdy widownia domagała się kolejnych bisów – dodaje.

Oboje bardzo muzykalni, zawsze perfekcyjnie przygotowani, podczas koncertów czuli się jak ryby w wodzie. Nigdy nie odwołali żadnego występu. Barbara Dunin śpiewała nawet ze złamaną ręką, bandaż zakrywając sięgającą do łokcia rękawiczką i opierając ciążący jej gips na ramieniu męża. – Zarówno na estradzie, jak i w życiu prywatnym, tworzyli piękną parę. Bardzo się kochali. Wzruszające było to, że nie wstydzili się okazywania sobie uczuć, serdecznych gestów. Trzymali się za ręce, odnosili się do siebie z czułością, ale i z poczuciem humoru – relacjonuje Jolanta Fajkowska.

Uważna na drugiego człowieka
– Basię pamiętam przede wszystkim jako szefową naszego kawiarnianego stolika – wspomina aktorka Ewa Wiśniewska. – Od lat osoby z naszego środowiska spotykały się co niedzielę w południe w kawiarni blisko pl. Teatralnego w Warszawie na cudowne pogaduchy. Jeśli ktoś ze względów zawodowych czy prywatnych nie mógł przyjść albo wiedział, że się spóźni, zawsze wcześniej meldował o tym właśnie Basi – zaznacza.

Swoje zdolności organizacyjne i charyzmę piosenkarka wykorzystywała także w ZASP jako szefowa warszawskiej sekcji estrady. – Cechowała ją krakowska kindersztuba i wynikający z niej pewien dystans w relacjach, ale była też niezwykle uważna na drugiego człowieka – zapamiętała jej koleżanka, piosenkarka Adrianna Godlewska-Młynarska.

Właśnie dlatego, jak podkreśla Maciej Klociński, znawca dawnej piosenki, jako jedna z nielicznych artystów okazała serce wokalistce Marcie Mirskiej, która kilka lat przed śmiercią znalazła się w trudnej sytuacji życiowej. – Pomagała jej i odwiedzała ją w szpitalu, choć nie była wtedy we władzach ZASP-u. Przykład i wzór. Właściwie to jest ważniejsze od śpiewu – bo gwiazd cały archipelag i wielkich ludzi masa. Najważniejsze jest być i pozostać człowiekiem – konkluduje.

Gdy wiele lat później Zbigniew Kurtycz zaczął chorować, żona zajmowała się nim z wielkim oddaniem, chociaż sama też już niedomagała. – Pamiętam, jak podczas jednego z ostatnich wywiadów radiowych, gdy pamięć go już zawodziła, podpowiadała mu to, czego nie mógł sobie przypomnieć. Kochałam ich oboje. Byli wzruszający, szczerzy, radośni do ostatnich chwil – mówi Jolanta Fajkowska.

Piosenkarz dożył sędziwego wieku. Zmarł, mając 95 lat. Żona boleśnie przeżyła jego śmierć. – Codziennie przed pójściem spać myślę o mężu, wciąż bardzo mi go brakuje. Ale wiem, że taka jest kolej rzeczy, a wszystko ma swój kres. Pociechą jest dla mnie świadomość, że przeżyliśmy wspólnie wiele wspaniałych lat. Dwa lata przed śmiercią Zbyszek powiedział do naszych przyjaciół: „Gdyby Basia tak się mną nie opiekowała, nie dożyłbym tego wieku". Te słowa wiele dla mnie znaczą – zwierzała się w jednym z wywiadów.

Rok po pogrzebie męża zaczęła mieć poważne kłopoty ze zdrowiem i choć los nie oszczędzał jej cierpień, nigdy się nie skarżyła. – To była taka stara szkoła wychowania, do innych wychodziła zawsze z pogodną twarzą – mówi satyryk Jerzy Skoczylas, który spotykał piosenkarkę podczas wakacji w Sopocie. – Kilka lat przed śmiercią, gdy zaczęła chorować, już nie przyjeżdżała. Bardzo jej nam wszystkim brakowało. Wciąż pamiętam jej promienny uśmiech, który było widać z daleka – opowiada.

Barbara Dunin zmarła 12 stycznia 2020 roku, pięć lat po swoim mężu, za którym tak bardzo tęskniła.

Kinga Szafruga
Dziennik Teatralny
13 stycznia 2022

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia