Przygoda w krainie Sarastra

"Czarodziejski flet" - reż. Giovanny Castellanos - Warszawska Opera Kameralna

Po trudnych czasami do zaakceptowania próbach znalezienia przez Warszawską Operę Kameralną nowego klucza inscenizacyjnego do dzieł Mozarta, w tej premierze udało się wreszcie osiągnąć stylistyczną jedność. Nowy "Czarodziejski flet" - ostentacyjnie różny od poprzedniego, będącego jednym z najlepszych osiągnięć teatralnych duetu Ryszard Peryt i Andrzej Sadowski - nie zapowiada wszakże, że osiągnięto nową jakość teatralną. Z założenia i ze względu na taki dobór realizatorów jest wydarzeniem, które nie będzie miało kontynuacji, jednorazową przygodą dwóch artystów.

"Czarodziejski flet" wykreowali Rafał Olbiński jako twórca scenografii oraz autor kostiumów Marcin Łobacz. Nie pracowali dotąd razem w teatrze, a stworzyli zgrany tandem. Reżyser Giovanny Castellanos - Kolumbijczyk działający w polskich teatrach dramatycznych - właściwie tylko się do nich dopasował. Rafał Olbiński zaproponował plakatowy świat, który tworzy od wielu lat. Wszystkie jego dobrze znane pomysły i wizje - ptako-ludzie, poetyckie drzewa, niebieskie chmurki i twarze, księżyce i słońca - służą tym razem Mozartowi. Ożywione w wizualizacjach zyskały nowe życie i wpasowały się w bajkową opowieść "Czarodziejskiego fletu". Jeszcze bardziej trzeba docenić Marcina Łobacza, który zaprojektowanymi przez siebie strojami perfekcyjnie dostroił się do wizji scenografa. Jego kostiumy są dostojne (suknia Królowej Nocy, szaty Sarastra) i zabawne (Papageno i Papagena), a zwierzęta, które uległy dźwiękom fletu Tarnina, wyglądają, jakby zeszły z plakatów Rafała Olbińskiego. Całość cechuje dobry smak i elegancja, co rzadko dziś spotyka się w teatrze.

Pochwaliwszy różnorodność barw i wizji, a także sprawne rozwiązanie poszczególnych sytuacji scenicznych przez reżysera, zaczynamy dostrzegać, że twórcy spektaklu nie zagłębili się w gąszcz symboli i znaczeń ukrytych w "Czarodziejskim flecie". Nie dociekali istoty sporu między Królową Nocy a Sarastrem, nie zajął ich los poddanych obojga władców ani głębszy sens próby podjętej przez Tarnina. Poprzestali na opowiedzeniu fabuły, co zresztą jest jednym z wielu sposobów inscenizacyjnych stosowanych w przypadku tej opery. "Czarodziejski flet" ma przecież także bogatą tradycję teatralną jako spektakl dla dzieci. Warszawska Opera Kameralna podąża tym tropem i proponuje przedstawienie przyjazne widzowi, również temu najmłodszemu. Użyto w nim zresztą polskich tekstów partii mówionych. W tym przypadku pomysł ten jest uzasadniony, choć w niedawno zrealizowanym na tej scenie Weselu Figara musiał budzić sprzeciw.

Ta inscenizacja przypomina nam, że operowy geniusz Mozarta polega na połączeniu w jednym utworze różnych składników. Żart miesza się z liryczną zadumą, śmiech z rozpaczą, szczera komedia z nieudawaną tragedią. Bywa też, że bohaterowie krążą między Erosem a Thanatosem. Zaburzenie tej równowagi prowadzi często do katastrofy teatralnej, na pewno zaś do dekonstrukcji Mozartowskiego świata. Dzisiejsi inscenizatorzy, reinterpretując jego dzieła, wybierają tylko to, co ich interesuje, a dopasowując je do gustów współczesnego widza, odrzucają to, co wydaje im się przestarzałe i nieaktualne. W rezultacie teatr Mozarta staje się banalny i pozbawiony głębi. I nie chodzi o konieczność zachowania osiemnastowiecznych kostiumów i realiów. Mozart po prostu wymaga szacunku, a realizatorzy nie mogą uważać, że wiedzą lepiej od nieco, jak robić teatr.

Stwierdzenia te dotyczą i ostatnich prób Warszawskiej Opery Kameralnej. Jest rzeczą zrozumiałą, że nowa dyrekcja postanowiła odciąć się od dawnych inscenizacji choćby dlatego, że liczą prawie trzydzieści lat. Zestawiając jednak premiery ostatnich dwóch sezonów, trzeba również zauważyć, że WOK nie ma sprecyzowanej koncepcji, jaki rodzaj teatru mozartowskiego chce obecnie proponować. Trudno bowiem uznać za poważną propozycję niedawne "Wesele Figara", muzycznie nonszalancko poszatkowane, a reżysersko zamienione przez Grzegorza Chrapkiewicza w płaską groteskę na pograniczu zgrywy.

Z kolei w "Uprowadzeniu z seraju" Jurij Aleksandrow starał się nieustannie i wyłącznie rozśmieszać widza, a przecież żart w sposób typowy dla Mozarta łączy się w tym dziele z liryzmem, a śmiech ze smutkiem. Nawet w "Łaskawości Tytusa" Marek Weiss, zastanawiając się nad istotą władzy, chciał zdynamizować spektakl i na małą scenę WOK obok protagonistów oraz chóru wprowadził grupę tancerzy, wysuwając tym samym na pierwszy plan efekt wizualny, a nie intelektualny.

Najwartościowszą zatem propozycją teatralną ostatnich sezonów obok obecnego "Czarodziejskiego fletu" pozostaje "Cosi fan tutte" z 2013 roku - spektakl przejęty po poprzednim dyrektorze. Reżyser Marek Weiss, przenosząc w nim akcję w lata dwudzieste XX wieku, zachował to, co najistotniejsze u Mozarta: wieloznaczność postaw i emocji jego bohaterów.

Można zmieniać styl inscenizacji, ale skoro obecna dyrekcja wielokrotnie deklarowała przywiązanie do tradycji Warszawskiej Opery Kameralnej, to niezmienny powinien pozostać szacunek do materii muzycznej. Reżyserzy mogą mieć szalone pomysły, ale wykonawcy w takim teatrze muszą dobrze znać niuanse interpretacyjne. Warto dostrzec obecne poszukiwania utalentowanej młodzieży, która po kilku sezonach powinna stanowić trzon zespołu, choć zbyt wiele już było pomyłek obsadowych. Sięgano po artystów, którzy na swej drodze zawodowej odeszli od Mozarta, albo mają takie braki zawodowe, że powinni go unikać. Na maleńkiej scence tego teatru każdy fałsz stylistyczny jest bowiem natychmiast słyszany. Również zespół Musicae Antiquae Collegium Varsoviense, który stał się podstawową orkiestrą WOK, ucierpiał na kontaktach z ciągle zmieniającymi się dyrygentami, i nadal nie osiągnął stylistycznej precyzji, a brzmienie sekcji instrumentów dętych wymaga starannego dopracowania. "Czarodziejski flet" pod względem wokalnym okazał się przedstawieniem na zaskakująco wyrównanym poziomie. Nikt nie odstawał od reszty: szlachetnie brzmiący Krzysztof Borysiewicz (Sarastro), precyzyjna w koloraturach, a przy tym odpowiednio dramatyczna Joanna Moskowicz (Królowa Nocy), liryczna, mimo braku ładnego wykończenia górnych dźwięków, Ingrida Gapova (Pamina), zabawny i zarazem nieco refleksyjny Artur Janda (Papageno), subtelny Aleksander Kunach (Tarnino), groteskowy, a nie przerysowany Łukasz Wroński (Monostatos). Czy taki zestaw to jednorazowe osiągnięcie, czy zapowiedź przemian w Warszawskiej Operze Kameralnej?

Jacek Marczyński
Ruch Muzyczny
31 lipca 2019

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia