Przypadłości wieku starczego Dziadów

"Dziady" - reż: Krzysztof Babicki - Teatr Śląski w Katowicach

"Dziady" Krzysztofa Babickiego mogliśmy oglądać w Teatrze Śląskim w ramach prologu do Festiwalu Interpretacje. Idea prologu była czytelna - zestawić dwie wersje "Dziadów" (w reż. Babickiego właśnie, oraz w interpretacji Wodzińskiego), po to by uwypuklić rolę reżysera w odczytywaniu dzieła i procesie jego przełożenia na rzeczywistość teatralną. Dwie skrajnie odmienne wersje jednej sztuki. I nie ulega żadnej wątpliwości, że to wersja Babickiego była tą bardziej klasyczną

Od jakiegoś czasu możemy obserwować wielki powrót „Dziadów” na deski teatrów. Polska klasyka zniknęła z afiszy w 89’ roku, po to by pojawić się z powrotem po blisko 20stu latach nieobecności. Dzieło Mickiewicza powróciło w kilku wariacjach, wersjach unowocześnionych bardziej lub mniej, powróciło z pełnym hukiem – dziś bowiem, po okresie głuchego milczenia, możemy mówić o prawdziwym wysypie „Dziadowskich” aranżacji. Istnieją różne głosy, które starają się wytłumaczyć ten fenomen. Jedni szepczą o tym, jak to „Dziady” stały się znów aktualne po Tragedii Smoleńskiej, kiedy to duch narodu zdołał otrząsnąć się z letargu i znów ma powody by zerkać podejrzliwie w stronę rosyjskiego ciemiężcy. Inni sugerują, że Mickiewicz nigdy przecież się nie zdezaktualizował. No i są jeszcze Ci, którzy w „Dziadach” starają się szukać prawd uniwersalnych, przenieść klasykę w nowe realia, ukazać ją od strony wartości, które jeszcze się nie zestarzały. To ostatnie stanowisko wydaje się rozsądne, ba – pożądane. Czy „Dziadom” w Teatrze Śląskim choć trochę się to udało? 

Spektakl Babickiego, to „Dziady” w wersji sztampowej. Mickiewicz, którego da się opisać terminami wyjętymi wprost z lekcji polskiego w ogólniaku. Widzimy romantyzm, mesjanizm, bluźnierczy lucyferyzm. W czasach, w których tworzył nasz narodowy wieszcz, były to rzecz jasna idee, zdolne porwać wyobraźnie, pociągnąć za sobą tłumy a nieraz zaszokować. Problem polega jednak na tym, że dziś wydają się one naiwne. Mickiewicz w tym wydaniu przestał być aktualny. Ewentualna próba wczucia się w idee prezentowane przez Konrada może skończyć się jedynie frustracją, zakłada bowiem odrzucenie wszystkiego tego, co ludzka myśl już po czasach Mickiewicza dodała do światopoglądu i jak zmieniła naszą mentalność. Trudno powrócić do naiwnego romantyzmu, kultu wieszcza – szaleńca, na którym zbudowana jest osobowość głównego bohatera. Wątek metafizyczny nie jest wiele głębszy. Bluźniercza próba Konrada zrównania się z Bogiem, grzech pychy, w czasach po tym, gdy Nietzsche ogłosił śmierć Boga, a współczesne myśli jako jedyne bóstwo uznają człowieka, nie szokuje ani nie skłania do refleksji. Wątek polityczny tym bardziej nie jest już aktualny, nawet gdy moskal nie nosi już na scenie rosyjskiego munduru. Mickiewicza w wersji Babickiego nie da oglądać się jako czegoś więcej niż tylko eksponatu z muzeum polskiej literatury. 
 
Nie tylko fabuła to ukłon w stronę klasyki. Scenografia jest utrzymana w ciemnym klimacie, przywodzącym na myśl obrazy Rembrandta. Plama światła punktowego rozświetla zwykle postać, wydobywając ją z ciężkiego mroku otoczenia. Z początku, być może w zamyśle twórcy również, wygląda to jak seria interesujących estetycznie obrazów. Niestety z czasem zainteresowanie ustępuje znużeniu. Obrazy w połączeniu z akcją i ruchem scenicznym, stają się miejscami przestylizowane. W rezultacie, można odnieść wrażenie, że akcja nigdy nie opuściła przytułku, w którym się rozpoczęła (żeby nie powiedzieć – domu starców, który przeżywa kryzys żarówkowy). Udźwiękowienie to przewijająca się w tle, powtarzalna muzyka, która z czasem staje się monotonna (Nie licząc tych paru chwil, kiedy to niski bas o głośności z której byłby dumny niejeden organizator koncertu hardtekowego, wydobywający się z teatralnych subwooferów, stara się zmieść widownię z krzeseł lub przynajmniej wywołać u niej wymioty).
 
Aktorstwo nie powala, wprowadza za to miejscami w konsternację, kiedy to trzeba zastanowić się czy widoczna na scenie gra to wciąż jeszcze element nieco topornej stylizacji, czy już nieumiejętność dostatecznego wczucia się w rolę. Wyjątkiem jest postać Gustawa/Konrada w którą wciela się Grzegorz Przybył – tej nie można zarzucić absolutnie nic.
 
Można odnieść wrażenie, że „Dziady” Babickiego cierpią na szereg przypadłości wieku starczego. Chaotyczna miejscami krzątanina na scenie przypomina problemy z pamięcią. Nazbyt czasem dostojna stylizacja i miejscami zbyt flegmatyczna akcja, jasno dają do zrozumienia, że kondycja „Dziadów”, nie przypomina już tej z choćby sprzed 100 lat. No i maniera opowiadania historii powtarzanych już setki razy, historii, które przestały poruszać, gdy jako ludzkość wyrośliśmy już z wieku młodzieńczego buntu. Babicki, inscenizując Mickiewicza przeprowadza własne Dziady. Wywołuje ducha Mickiewicza, by ten po raz kolejny opowiedział swoją historię. I to wychodzi doskonale – miejscami można odnieść wrażenie, że cały spektakl przesiąknięty jest duchem romantyzmu, obecnością wieszcza. Tylko że wieszcz, podczas tego wywołania, nie ma nam nic interesującego do powiedzenia.
 
Nie chcecie jadła, napoju,
Zostawcież nas w pokoju;
A kysz, a kysz!

Paweł Bojko
Dziennik Teatralny Katowice
27 lutego 2012

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia