Przypowieść o dwóch kobietach

"Kobiety bez znaczenia" - reż. Grzegorz Chrapkiewicz - Teatr Dramatyczny

Pisał Stanisław Jerzy Lec: "Samotności, jakaś ty przeludniona!". W tych zgrywnych, choć w istocie gorzkich słowach odbijają się one - "kobiety bez znaczenia", mistrzowsko zagrane przez Halinę Łabonarską oraz Małgorzatę Niemirską.

Spektakl powstał na kanwie dwóch monodramów Alana Bennetta z serii "Talking Heads", stworzonej na potrzeby telewizji BBC. Scenopis poprzedzający właściwy tekst zawiera odautorskie wskazówki dotyczące pracy kamery. Najwidoczniej dramaturg wyrażał spore zainteresowanie wywołaniem pożądanej reakcji. Obie sztuki - "Kobieta bez znaczenia" oraz "Pani od listów" - zostały napisane specjalnie dla Patricii Routledge, kojarzonej przez naszych krajanów głównie z roli serialowej Hiacynty Bukiet. Warto zresztą zachować w pamięci portret kobiety usiłującej odciąć się od mieszczańskiej proweniencji, pielęgnującej urojony wizerunek arystokratki. Oryginalny tytuł serii "Keeping Up Appearances" z powodzeniem mógłby posłużyć jako alternatywny tytuł przedstawienia Grzegorza Chrapkiewicza. Z tą różnicą, że przerysowanie i prześmiewczość serialu zostają zastąpione przez zgoła bardziej subtelne strategie opowiadania.

Reżyser nie kłopocze się przeplataniem obydwu historii - i słusznie. Ich symultaniczne poprowadzenie nie pozwoliłoby wybrzmieć im w pełni. Tło opowieści stanowi maksymalnie uproszczona scenografia, zredukowana w zasadzie do trójściennej drewnianej instalacji wyobrażającej elewację budynku (a może raczej werandę?) z okiennicami i drzwiami. Granicę półkolistej przestrzeni gry wytyczają ekrany z wizualizacjami, w większym stopniu tworzącymi pewną atmosferę niż stanowiącymi przekaźnik treści. W trakcie spektaklu na scenie pojawi się kilka rekwizytów (wózek inwalidzki, łóżko szpitalne, walizka), które nie zdominują jednak narracji budowanej przez aktorki.

Halina Łabonarska wciela się w pierwszą z "kobiet bez znaczenia", pannę Margaret Schofield - marginalną pracownicę korporacji z nienaganną fryzurą i odprasowaną garsoneczką. Centrum życia towarzyskiego stanowi pracownicza stołówka, w oczach panny Schofield urastająca nieledwie do centrum całego świata. Owszem, można się żachnąć. Lecz co jeśli codzienność opiera się na beznamiętnej obsłudze kserokopiarki, boksy i osobne pomieszczenia skutecznie uniemożliwiają jakikolwiek kontakt z drugim człowiekiem, a ciszę w domu zakłóca co najwyżej szum różnych odbiorników? Mało porywający to przepis na dramat. Za to na depresję - jak najbardziej.

Prostokąty światła rzutowane na podłogę wyznaczają rozkład stolików w jadłodajni. Jako że panna Schofield wiedzie uregulowane życie wykluczające odchylenia od normy, zajęcie stolika wraz ze stałą grupą towarzyszy traktuje niemal jak rytuał, którego pogwałcenie prowadzi do katastrofy. Wszystko było w porządku w poniedziałek, było w porządku we wtorek, jak zapewnia w pierwszych słowach kobieta. A w środę? W środę świat zapadnie się do wewnątrz.

Hiperbola hiperbolą, lecz jednorazowe naruszenie rutyny skutkuje istną reakcją łańcuchową. Margaret snuje się po kantynie. Po raz pierwszy jest zmuszona do zajęcia innego miejsca. Zamawia stek zamiast spożywanej dzień w dzień sałatki. Próba nawiązania niezobowiązującego kontaktu z siedzącym nieopodal szefem kończy się kompromitacją. Narasta uczucie dyskomfortu - a co jeśli pan Skidmore opacznie zrozumiał moje intencje? Łatwo patrzeć na pannę Schofield jak na pospolitą korporacyjną zębatkę; rozdmuchiwane przez kobietę problemy jawią się jako kuriozalne i oderwane od życia. Neurotyczne przywiązanie do opinii innych nie stanowi wszak trudności nie do przezwyciężenia. Coraz bardziej niespokojne zachowanie prowadzi jednak do odkrycia tajonego od dawna rozstroju. Zaczyna się niewinnie. Margaret trafia do lekarza z powodu dolegliwości gastrycznych. Niewyjaśnione źródło boleści stanie się pretekstem do ulokowania jej w szpitalu. I choć to zaburzenia somatyczne będą oficjalną przyczyną długotrwałej hospitalizacji, widz stopniowo nabiera przekonania o głębszym podłożu problemów.

Codzienność pacjentki wypełniają bzdurne pogadanki (z frazami w stylu "tośmy się pośmiali...!" jako lejtmotywem), przeglądanie pocztówek od współpracowników, segregowanie personelu i pacjentów wedle stopnia "fajności". Dopowiadanie w głowie wdzięczności za opowieści snute przy łóżku sparaliżowanej kobiety. Sporadyczne odwiedziny panny Brunskill, dziergającej na drutach narzutki ("prezent" za drobną dopłatą). Raz zdarza się wizyta szefa, pana Skidmore'a, jakkolwiek przy okazji innych zobowiązań, lecz i tak urastająca w skołatanej głowie panny Schofield do rangi melodramatycznego tete-a-tete.

Patrząc obiektywnie, życiu Peggy daleko do podłości. Co prawda brakuje w nim prawdziwych przyjaźni, choć zawsze znajdzie się parę - mniej lub bardziej zainteresowanych - osób. Problem tkwi gdzie indziej. Pomimo długotrwałej nieobecności panny Schofield, świat jakoś uporczywie tkwi i tkwi w swoich posadach - i nie śmie chylić się ku katastrofie. Stanowisko operatora kserokopiarki zostało zlikwidowane w ramach podziału obowiązków, miejsce przy stoliku z pewnością znalazło nowego właściciela. Nikomu nie przychodzi do głowy ocalenie przed zatratą ani panny Schofield-koleżanki, ni panny Schofield-współpracowniczki. I zabrzmi to nieznośnie górnolotnie, wiem - lecz panna Schofield najzwyczajniej zostaje skazana na nieistnienie. Odchodzi osamotniona, z muchą zamkniętą w zaciśniętej dłoni. Aż się chce powtórzyć za Ewą Lipską, że po umarłych nie zostaje "nawet szklanka cienia".

Uderzam teraz w minorowe tony podszyte eschatologią. Należy jednak pamiętać o tym, że Łabonarska przeprowadza metamorfozę swojej postaci w przemyślany sposób, któremu daleko do szantażu emocjonalnego. Z rzutkiej pracownicy prawie niepostrzeżenie przeradza się w panią w kwiecie wieku, dość niezdarnie flirtującą z lekarzami i strofującą pielęgniarki, a ostatecznie - w kobietę złamaną przez życie. Zmiana zachowania bohaterki idzie w parze ze ewolucją jej fizyczności. Nienaganność przechodzi w abnegację, rozwichrzoną czuprynę, bladą, spoconą twarz. A jeśli w ostatniej scenie można dopatrzeć się czułostkowych akcentów, to są to akcenty zamierzone, wynikające z precyzyjnej konstrukcji postaci, która całe swoje życie podporządkowała pragnieniu udramatyzowania swojego, bądź co bądź jałowego, życia.

Historia panny Schofield gładko zazębia się z historią Irene Ruddock. Małgorzata Niemirska wyprowadza szpitalne łóżko, wyliczając przy okazji uchybienia panujące w lokalnej kostnicy. To początek zupełnie nowej opowieści. Odziana w nieatrakcyjny brązowy prochowiec Irene ma nietypowe hobby - jest nim tropienie wszelkich niestosowności czy nawet skandali (rzecz jasna domniemanych), burzących rytm życia lokalnej społeczności. Dni wypełnia jej pisanie skarg. Na aptekarza, na rodzinę mieszkającą po sąsiedzku, na nieudolne władze miasta. Kobieta żyje w poczuciu wiecznej nie-takości świata - i to "poczucie" (połączone wszak z nieustannym naginaniem prawa) przywodzi ją ostatecznie przed wymiar sprawiedliwości. Niemirska zwodzi publiczność skrajnymi zachowaniami. W trakcie rozprawy widać skruchę i zagubienie oskarżonej. Co nie przeszkadza jej w szafowaniu kolejnymi oskarżeniami kilka minut później.

Niepowstrzymana obsesja donosicielstwa ostatecznie wpędza Irene za kratki. O dziwo, właśnie w więzieniu odnajduje prawdziwe szczęście. Romantyczna miłość? Artystyczne spełnienie? Skądże; kurs stenotypii i szycia. Przeszkolenie z bluzgów, udzielone przez koleżanki z celi. Nawiązanie autentycznych przyjaźni. Odsiadka uwalnia w kobiecie niespodziewane pokłady witalności. Nasuwa się jedna, dość oczywista obserwacja. Samotność prowadzi do stanów skrajnych. To właśnie różne metody walki z osamotnieniem stanowią główny temat "Kobiet bez znaczenia".

Konstrukcja postaci panien Ruddock i Schofield różni się znacznie, co skutkuje odmiennymi stylami gry. Podczas gdy Łabonarska przeprowadza stopniową transformację swojej bohaterki, Niemirska igra zmieniającymi się co chwila napięciami. Rola Irene stwarza również ryzyko popadnięcia w zbytnią plakatowość - w końcu wszyscy znamy starszawe podglądaczki, osiedlowe donosicielki, etatowe kłamczuchy z sytym uśmieszkiem śledzące cudze tragedie. Kreacja Niemirskiej, choć bardziej komediowa niż tragikomiczna, szczęśliwie nie popada w takie płycizny.

Obie historie, choć na pierwszy rzut oka nieprzystające, traktują o podobnym problemie. Pozornie rozliczając ludzi z ich przywar, naświetlają problem "samotności wśród tłumu". Paradoksalnie Margaret, pomimo ciut lepszej sytuacji życiowej, umiera złamana konfrontacją oczekiwań z rzeczywistością. Irene, która substytutem zdrowych interakcji uczyniła szpiclostwo, ostatecznie wychodzi na prostą. Dziwne? Niekoniecznie. Jedna z "kobiet bez znaczenia" stworzyła lukrowany wizerunek rzeczywistości, w tym samej siebie. Druga wolała widzieć świat gorszym niż jest w istocie. Brzmi jak kanwa przypowieści - i być może tak powinniśmy patrzeć na spektakl Chrapkiewicza. Jest to zatem tragikomiczna przypowieść o iluzji, paliwie, którego rezerwy kończą się zbyt szybko.

Agata Tomasiewicz
Teatr dla Was
23 lutego 2016

Książka tygodnia

Utalentowani jak Nardelli
Sekcja Krytyków Teatralnych ZASP
red.: Anita Nowak, Krystyna Piaseczna, Piotr Rudzki

Trailer tygodnia